Autor: Marek Pielach

Dziennikarz Obserwatora Finansowego, specjalizuje się w makroekonomii i finansach publicznych

Nie wiemy dobrze na co wydajemy, więc trudno oszczędzać

Przekazanie ogródków działkowych samorządom, sprzedaż dzierżawionych pól rolnikom, zmniejszenie płac w administracji i reforma środków wydawanych na zwalczanie bezrobocia – to pomysły na oszczędności w sektorze finansów publicznych. Niełatwo je zrealizować - budżet na 2015 rok, który trafi do Sejmu we wrześniu będzie podobny do wszystkich poprzednich.
Nie wiemy dobrze na co wydajemy, więc trudno oszczędzać

Mateusz Szczurek obawia się, że w budżecie na przyszły rok może zabraknąć 1,5-2 mld zł (Fot. MF)

– Decydować można o góra 60 mld złotych. Tylko 20-25 proc. budżetu to bowiem wydatki elastyczne, nie wynikające z wcześniej przyjętych ustaw. To jakieś 80 mld złotych, a od tego trzeba odliczyć składkę do Unii Europejskiej i wówczas właśnie 50-60 mld złotych zostaje do rozdysponowania na liczne potrzeby – mówi Halina Wasilewska-Trenkner, autorka wielu budżetów, była minister finansów, a obecnie doradca prezesa NBP.

Niewiele niższa jest co roku kwota deficytu budżetowego, ale wynika ona z kosztów obsługi długu (czyli głównie wykupu wyemitowanych wcześniej obligacji). W budżecie na 2014 rok zarezerwowano na to ponad 36 mld złotych.

Nic dziwnego, że przy tak małym polu manewru minister finansów Mateusz Szczurek martwi się spodziewaną niską inflacją w przyszłym roku. W wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” przyznał, że inflacja niższa o 1 punkt procentowy od założonej może oznaczać obniżenie dochodów budżetowych o 1,5 – 2 mld zł, poprzez niższe wpływy z podatków pośrednich.  O tyle należałoby obniżyć wydatki albo zwiększyć deficyt, ale to pierwsze jest bardzo trudne ze względu na wspomniany udział wydatków sztywnych, to drugie niemal niemożliwe z powodu starań o wyjście z unijnej procedury nadmiernego deficytu do 2015 roku.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

(infografika Dariusz Gąszczyk)

 

Eksperci podpowiadają jednak, że 1,5 mld złotych nie jest problemem, a w finansach publicznych w ciągu dwóch lat można zaoszczędzić aż 100 razy tyle! Tak przynajmniej twierdzi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte.

Jako pierwszą proponuje znowelizować ustawę o rodzinnych ogrodach działkowych, która weszła w życie w styczniu 2014 roku jako odpowiedź na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z lipca 2012 roku. Chodzi o ponad 33 tys. hektarów ogródków działkowych na gruntach miejskich. Zdaniem Rafała Antczaka przy bardzo konserwatywnej wycenie 300 zł za metr kwadratowy tereny te są warte ponad blisko 100 mld złotych. Samorządy za minimum taką kwotę mogłyby sprzedać te grunty np. pod zabudowę mieszkaniową, co sprawiłoby, że teoretycznie rząd nie musiałby planować w dwóch kolejnych budżetach ponad 50 mld subwencji dla nich. Sprzedaż ogródków może mieć miejsce bez ekwiwalentnych odszkodowań dla użytkowników.

– O ekwiwalentnych odszkodowaniach nie powinno być mowy, bo to są grunty, które należały i należą do państwa, a nie do działkowców. W zdecydowanej większości przypadków nie występują też roszczenia reprywatyzacyjne. To są po prostu grunty Skarbu Państwa, które uznaniowo przydzielono w czasach komunizmu wybranej grupie pracowników, których ściągano ze wsi do miast. Gest z tegorocznej nowelizacji ustawy, żeby tym uprzywilejowanym osobom przyznawać odszkodowania lub zastępcze ogródki jest więc wyłącznie polityczny, bo z elementarnym prawem własności nie ma nic wspólnego – wyjaśnia Antczak.

Taką samą uznaniowość widzi w dzierżawie ziemi z Agencji Nieruchomości Rolnych przez wybranych rolników. Kolejny pomysł to zatem sprzedaż gruntów, w tym dotychczasowym dzierżawcom. Na koniec 2011 roku ANR dzierżawiła 1,46 mln hektarów gruntów, co przy średniej cenie 24 tys. zł za hektar daje łącznie 35 mld złotych.

– Dynamika rozwoju rolnictwa w Polsce jest wysoka, a jego opłacalność w wyniku dopłat bezpośrednich jest na całkiem dobrym poziomie. Rolnicy bez problemu uzyskają kredyty na warunkach rynkowych na zakup dzierżawionej ziemi i nie powinni mieć problemu z ich spłatą – uważa Rafał Antczak.

Kolejne 15 mld złotych mogłoby przynieść obniżenie wynagrodzeń w administracji publicznej o 1/3. Według danych GUS za 2012 rok pracuje w niej 636 tys. pracowników, którzy zarabiają średnio ponad 72 tys. złotych rocznie, a więc na same wynagrodzenia idzie 46 mld złotych. 1/3 tej sumy to właśnie nieco ponad 15 mld złotych. Dlaczego 1/3?

– Dane wskazują, że średnia płaca w sektorze prywatnym jest w Polsce co najmniej o 1/3 niższa niż w sektorze publicznym. Jeśli założymy, że sektor publiczny nie jest o tyle samo wydajniejszy od sektora prywatnego, a mamy na to liczne dowody, to naturalne, że wynagrodzenia w sektorze publicznym w najlepszym przypadku powinny być równe tym w sektorze prywatnym – tłumaczy Antczak.

Z przejęcia przez samorządy ogródków działkowych mamy zatem 100 mld złotych przez dwa lata, z wykupienia dzierżawionych gruntów rolnych kolejne 35 mld złotych i do tego 15 mld złotych mniej corocznie z tytułu niższych płac w administracji publicznej (choć w pierwszym roku można przyjąć, że oszczędności byłyby o połowę mniejsze z tytułu odpraw po ewentualnych zwolnieniach). Łącznie przez dwa lata daje to około 150 mld złotych, a przez wszystkie kolejne lata minimum 15 mld złotych rocznie.

Kolejne pieniądze wskazuje Stanisław Kluza, były minister finansów. Podczas kongresu gospodarczego w Katowicach w maju przekonywał, że ponad 2 mld złotych można znaleźć w Funduszu Pracy (a więc w pozabudżetowym funduszu celowym) urealniając liczbę osób faktycznie bezrobotnych. Wzorem dla całego kraju miałby być powiat nyski, w którym wprowadzono miesięczne roboty publiczne z pensją 1600 złotych, a równocześnie urząd pracy zapraszał na spotkania w sprawie pracy niesubsydiowanej. Tej drugiej odmówiło aż 60 proc. bezrobotnych.

Kontrowersyjne propozycje

Kontrowersji nie budzi tylko pomysł urealnienia liczby bezrobotnych. W myśl obecnego prawa po trzech odmowach podjęcia pracy bezrobotnego można skreślić z rejestru. Wówczas z rejestrów ubyła by całkiem spora grupa osób, która pracuje na czarno, a jest zainteresowana tylko składką zdrowotną. Oszczędności na ogródkach działkowych, dzierżawieniu ziemi rolnej i płacach w administracji nie są już tak oczywiste. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach.

– Suma 100 mld złotych z samych ogródków działkowych [ze sprzedaży gruntów – przyp. red.] działa na wyobraźnię, ale pytanie czemu wcześniej ustawodawcy takiej kwoty nie zauważyli. Być może uznali, że gra nie jest warta świeczki. Przejście ogródków do podsektora samorządowego jako majątek do sprzedania mogłoby przysłużyć się Warszawie albo Krakowowi, które pewnie natychmiast sprzedałby te tereny zwiększając zdolność do zadłużania, bo w liczniku indywidualnego wskaźnika długu są dochody ze sprzedaży majątku. Mniejsze samorządy mogłyby jednak nie znaleźć chętnych za przyzwoite pieniądze, szczególnie jeśli w jednym momencie na sprzedaż byłyby ogródki w całej Polsce. Koszty ich utrzymania i przygotowania musiałyby jednak ponosić – wyjaśnia dr hab. Kamilla Marchewka-Bartkowiak z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

– Nie można tak po prostu skasować dotacji dla samorządów przez dwa lata, bo wtedy należałoby także zamknąć większość szkół w Polsce – zgadza się Halina Wasilewska-Trenkner. – Większość subwencji idzie przecież na edukację i to także w gminach, które ogródków działkowych nie mają. Nie rozumiem też założenia, że każdy z tych terenów automatycznie uda się sprzedać i to jeszcze za taką kwotę, którą odpowiadałaby dotacji z budżetu.

– To nierealne – dodaje.

Jeszcze większy problem byłby z zaoszczędzeniem 35 mld złotych przez sprzedaż całości ziemi z Agencji Nieruchomości Rolnych.

– Gdyby chcieć to zrobić należałoby wcześniej zmienić ustawę, która mówi że ten majątek jest przeznaczony na realizację spraw zabużańskich i ewentualny zwrot odszkodowań dla byłych właścicieli. Nie byłoby wówczas pieniędzy na odszkodowania przyznane przez sądy dla poszkodowanych w reformie rolnej. Także dotychczasowi dzierżawcy terenów od ANR mają umowy wieloletnie, których nie da się bez kosztów rozwiązać z dnia na dzień – zwraca uwagę Halina Wasilewska-Trenkner.

Krytykuje także pomysł cięcia płac urzędników.

– Od 2007 roku nie ma waloryzacji płac w administracji publicznej rządowej, a ewentualne podwyżki są możliwe tylko wtedy gdy maleje liczba urzędników i ta sama suma jest dzielona na mniejszą liczbę osób. Jeśli do tego dodamy obniżki to okaże się, że w tej administracji nikt nie będzie chciał pracować, a już na pewno nie ludzie o przyzwoitych kwalifikacjach – tłumaczy.

Zadaniowość i weryfikacja

Gdzie zatem znaleźć mniej spektakularne, ale i mniej kontrowersyjne (także politycznie) oszczędności?

– Wszelkie pomysły cięcia wydatków w obecnej sytuacji przypominają trochę zgadywanie na oślep. Nie mamy szczegółowego audytu wydatków budżetowych, nie mamy listy wydatków usztywnionych i tych indeksowanych m.in. o wzrost inflacji. Bez tego trudno powiedzieć tak do końca gdzie ograniczać ciąć, a gdzie nie – wyjaśnia dr hab. Kamilla Marchewka-Bartkowiak.

– Dlatego jestem zwolenniczką budżetu zadaniowego, a przynajmniej takiego sposobu prezentacji wydatków, żeby najpierw pokazać zadania, a dopiero potem „wycenę tych zadań”. Dopiero wtedy można racjonalnie oceniać czy dane zadanie jest potrzebne,  a jeśli tak czy można je zrealizować mniejszym nakładem środków – ocenia.

– Najbardziej oczywiste rezerwy tkwią w weryfikacji już przyznanych świadczeń –  mówi z kolei Halina Wasilewska-Trenkner – Polska pomoc społeczna posługuje się kryterium dochodu, a nie kryterium majątku. Dlatego w Stanach Zjednoczonych przed wizytą opieki społecznej chowa się w domu telewizory, a u nas można po zasiłek podjechać mercedesem – mówi obrazowo.

Oczywiście zarówno wprowadzenie budżetu zadaniowego jak i weryfikacja licznych świadczeń oznaczałyby rewolucję w strukturze najważniejszej ustawy przygotowywanej corocznie przez Ministerstwo Finansów.

– Moje dość proste, ale konserwatywne wyliczenia pokazują, że gdy znajdzie się wola polityczna możemy mieć kilkuletni oddech potrzebny do restrukturyzacji budżetu, czyli rzetelnego przeglądu wydatków pod kątem ich efektywności i zasadności. Te 150 mld złotych zaoszczędzone w dwóch – trzech kolejnych budżetach wystarczyłyby aby reform dokonywać bez presji ze strony rynków finansowych, które finansują deficyty – uważa Rafał Antczak.

Mateusz Szczurek obawia się, że w budżecie na przyszły rok może zabraknąć 1,5-2 mld zł (Fot. MF)
(infografika Dariusz Gąszczyk)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Ukraina stawia na latyfundia

Kategoria: Analizy
Podczas gdy w Europie sukcesy odnosi rolnictwo oparte na stosunkowo niewielkich gospodarstwach rodzinnych, ukraiński rząd przeprowadził przez parlament projekt ustawy oddający kilkadziesiąt milionów hektarów ziemi rolnej w ręce nielicznej grupy wielkich posiadaczy ziemskich.
Ukraina stawia na latyfundia

Zbyt mało wiemy o polskich nierównościach

Kategoria: Wskaźniki ekonomiczne
Zbyt mało jeszcze wiemy o prawdziwej skali nierówności dochodowych i majątkowych w Polsce. Zbyt mało polskich uczonych się tym interesuje i bada - przekonuje dr hab. Michał Brzeziński, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego.
Zbyt mało wiemy o polskich nierównościach

Powracające kłopoty fiskalne

Kategoria: Analizy
Dobra koniunktura międzynarodowa pozwoliła utrzymać przez kilka lat silny wzrost gospodarczy w Polsce. Dzięki temu poprawiła się też sytuacja finansów publicznych. Spowolnienie, które nas czeka w najbliższych miesiącach oraz konieczność zwiększenia wydatków dla wsparcia zamrożonej gospodarki pogorszą sytuację budżetu.
Powracające kłopoty fiskalne