Płaca minimalna zrobi wielką karierę

18.03.2014
Podniesienie płacy minimalnej zmniejsza biedę sporej części outsiderów i skłonność pracodawców do zatrudniania osób bez kwalifikacji i wiedzy. Możliwe, że już niedługo ważniejsze będzie znalezienie jakiejkolwiek pracy za jakąkolwiek płacę, ponieważ technologie odpychają od warsztatów coraz więcej ludzi, nawet wysoko wykwalifikowanych.
(infografika Darek Gąszczyk/ CC BY-NC-SA by lomo54)

(infografika Darek Gąszczyk/ CC BY-NC-SA by lomo54)

(infografika Darek Gąszczyk/ CC BY-NC-SA by lomo54)

Wysokość płacy minimalnej zwykliśmy rozpatrywać w kategoriach palących acz niejednoznacznych spraw bieżących. Po nieco głębszym zastanowieniu zaczynamy wszakże nabierać pewności, że problem będzie szybko tracił na znaczeniu wobec znacznie groźniejszego wyzwania: prawdopodobnie w szybkim tempie zacznie rosnąć liczba osób z bardzo małymi szansami na jakiekolwiek zatrudnienie i wynagrodzenie, przynajmniej w tradycyjnym rozumieniu tych pojęć.

Najnowsza ilustracja dylematów i rozwiązań bieżących pochodzi z USA. Płaca minimalna wynosi tam od lipca 2009 r. 7,25 dol. za godzinę. Wspięła się na tę wysokość z poziomu 5,15 dol./godz. (ustanowionego w lipcu 2007 r.) wskutek kryzysu z 2008 r. Obecnie toczy się w Stanach Zjednoczonych batalia o jej kolejne podniesienie. 12 lutego 2014 r. Barack Obama podpisał dekret prezydencki (executive order) w sprawie wprowadzenia od 1 stycznia 2015 r. stawki minimalnej w wysokości 10,10 dol./godz. Postanowienie to dotyczy jednak wąskiego kręgu osób zatrudnionych przez firmy wykonujące zamówienia rządu federalnego, np. na samoloty, okręty czy papier do drukarek.

Prezydent zaapelował jednocześnie do Kongresu o objęcie podwyżką większości pracobiorców, twierdząc, że „nie stłamsi ona gospodarki, tylko da jej kopa”. Kongresowe Biuro Budżetowe (CBO, Congressional Budget Office) będące zapleczem badawczo-analitycznym amerykańskich prawodawców opublikowało więc w lutym 2014 r. raport „The Effects of Minimum-Wage Increase on Employment and Family Income” o skutkach potencjalnej podwyżki płacy minimalnej w USA na zatrudnienie i dochody gospodarstw domowych.

Przepisy o płacy minimalnej obejmują łącznie mniej więcej 2/3 pracowników amerykańskiego sektora prywatnego i publicznego. Antagonistyczne skutki jej ewentualnego podnoszenia skłaniają ustawodawców do podejścia pragmatycznego, którego wyrazem jest rozkładanie uchwalonych podwyżek na paroletnie etapy.

CBO zbadało dwa warianty. W pierwszym godzinowe wynagrodzenie minimalne zostałoby podwyższone do 10,10 dol. w trzech krokach (2014, 2015 i 2016), a później byłoby korygowane wedle tempa inflacji. Według tzw. centralnego wariantu prognozy po pełnym wprowadzeniu podwyżki, czyli w II połowie 2016 r., można by się było spodziewać negatywnego skutku w postaci zmniejszenia zatrudnienia w gospodarce amerykańskiej o około 0,5 mln osób, czyli o 0,3 proc. Wniosek wysnuty po kolejnych przybliżeniach: jest 2/3 szans na to, że spadek zatrudnienia mieściłby się w granicach od bardzo lekkiego do obejmującego łącznie około 1 mln osób.

Statystycznie mizerne efekty podwyżek

Jest też jasna strona. Po przeprowadzeniu takiej podwyżki, w II połowie 2016 r. wzrost wynagrodzeń odczułoby nawet 16,5 mln osób (tych, które zarabiały przedtem poniżej 10,10 dol./godz.). Efektem zwiększonego popytu ze strony najmniej zarabiających byłaby też jakaś liczba nowych miejsc pracy tworzonych w wysokim standardzie płacowym, a także podwyżki dla lepiej opłacanych pracowników.

Wyższym dochodom jednych towarzyszyłby spadek dochodów paru innych grup. Byłyby to osoby, które straciły pracę w wyniku wprowadzenia wyższej płacy minimalnej, pracodawcy z mniejszymi zyskami oraz konsumenci zmuszeni płacić wyższe ceny, bo podwyżki płac przekładają się zazwyczaj na inflację.

Jeśli brać pod uwagę ogół zatrudnionych, to podwyżka do 10,10 dol. przyniosłaby wzrost realnych dochodów netto o 2 mld dol. (netto – bo jedni zyskają, a inni stracą). W grupie gospodarstw domowych z dochodem poniżej obecnego oficjalnego progu ubóstwa wzrost realnych dochodów (też netto) wyniósłby w skali roku około 3 proc. (5 mld dol.), a około 900 tys. osób wydobyłoby się z liczącej 45 mln ludzi grupy z dochodami poniżej progu ubóstwa. Biorąc pod uwagę, że amerykański PKB przekroczył 17 bln dol., nie jest to efekt istotny ekonomicznie, ale ważący społecznie i politycznie. Interesujące są jednak również dalsze szczegóły.

Rodziny z dochodami w przedziale między jednokrotnością a trzykrotnością progu ubóstwa uzyskałyby per saldo w wyniku podwyżki płacy minimalnej (po odjęciu skutków inflacji) dodatkowo 12 mld dol. rocznie, a rodziny z dochodami między trzykrotnością a sześciokrotnością progu ubóstwa zyskałyby 2 mld dol. Rodziny z dochodami powyżej sześciokrotności progu ubóstwa straciłby per saldo 17 mld dol., a ich dochód roczny spadłby średnio o 0,4 proc. Niby niedużo, ale daje się odczuć.

W drugim wariancie dwuetapowa (w latach 2015 i 2016) podwyżka płacy minimalnej podniosłaby jej wysokość do 9 dol. za godzinę. Skutki pozytywne i negatywne byłyby wyraźnie niższe. Z kręgu ubóstwa wydobyłoby się około 300 tys. osób, a dodatni skutek dochodowy dla ogółu pracujących wyniósłby 1 mld dol. i byłby statystycznie oraz materialnie równie nieistotny jak w przypadku podwyżki do 10,10 dol. /godz. Liczba miejsc pracy w całej gospodarce mogłaby spaść o jakieś 100 tys., czyli również w granicach błędu statystycznego. Efekt budżetowy byłby zupełnie neutralny – CBO starało się, lecz nie mogło się doliczyć istotnego efektu podwyżek płacy minimalnej w badanej skali na budżet federalny, a zatem także na podatki.

Więcej złego czy dobrego

Obiegowe wyobrażenia o wyłącznie ponoć wolnorynkowym nastawieniu Amerykanów nie znajdują potwierdzenia w sprawie ewentualnej podwyżki płacy minimalnej. 3/4 mieszkańców USA jest za podwyżką, a stawkę 10,10 dol. popiera nawet połowa wyborców głosujących na republikanów. Najbardziej wpływowy tygodnik świata, wybitnie prorynkowy i raczej zachowawczy „The Economist” uznał w grudniu 2013 r., że „płace minimalne przynoszą więcej dobrego niż złego, z tym że powinny być wprowadzane nie przez polityków, tylko przez technokratów”.

Redaktorzy nie porzucili przekonania, że interwencje na rynku pracy obracają się w dużej mierze przeciw najsłabszym w rywalizacji o pracę, ale uznają, że trzeba jednak jakoś przeciwdziałać rosnącym nierównościom dochodowym i spadkowi udziału pracy w dochodach narodowych. Wskazują, że obecne czasy rygorów oszczędnościowych (austerity) nie sprzyjają subsydiowaniu osób najmniej zarabiających, a podwyżki podatków też nie brzmią atrakcyjnie. Podkreślają, że zmiana pracy w poszukiwaniu lepszych warunków wiąże się dla pracownika z kosztami i ryzykiem. Wiedzą o tym pracodawcy, którzy mogą w związku z tym ustawiać płace poniżej poziomu równowagi rynkowej.

„The Economist” konkluduje więc, że podnoszenie płac minimalnych może się per saldo odbić korzystnie na zarobkach bez ujemnych skutków dla wielkości zatrudnienia, pod warunkiem że podwyżki nie są jednorazowo zbyt duże. Wychodzi na to, że tygodnikowi globalnej finansjery i biznesu spodobałby się m.in. polski model komisji trójstronnej negocjującej tego rodzaju posunięcia.

Bezrobocie technologiczne

Niestety, rysujący się „historyczny” kompromis w sprawie płac minimalnych znaczy bardzo niewiele w obliczu zapowiadających się naprawdę wielkich problemów z zatrudnieniem w ogóle. W rozpoczynającej się ponurej debacie w tej sprawie przypominane są opinie wyrażane przez Johna Maynarda Keynesa („Economic possibilities for our grandchildren”) już 80 lat temu. „Nowa choroba” – jak ją nazwał – to bezrobocie technologiczne, które powstaje wtedy, gdy tempo redukcji zatrudnienia w wyniku postępu technicznego wyprzedza tempo wynajdowania nowych stanowisk pracy. W czasach Keynesa brzmiało to jak baśń o dzikich potworach z dziecinnych bajek, ale w tej przynajmniej kwestii miał rację.

Przez minione cztery dekady realne wynagrodzenie amerykańskiego robotnika ledwo drgnęło. W Niemczech i Wielkiej Brytanii poziom zatrudnienia wspina się na nowe szczyty, ale w relacji do kosztów życia wynagrodzenia pozostają płaskie. Automatyzacja, robotyzacja, komputeryzacja i nowe metody zarządzania sprawiają, że dochód narodowy powstaje coraz bardziej z kapitału i coraz mniej z pracy, mimo że ludzi na świecie wciąż przybywa (na nasze szczęście przestało to dotyczyć Polski).

Mają swoich zwolenników radykalne oceny, że coraz większa liczba obecnych miejsc pracy to jałmużna „wypłacana” przez tzw. klasy panujące w imię sprawowania skuteczniejszej kontroli nad maluczkimi, a nie efekt decyzji ekonomicznej (David Graeber, „Debt: The First 5000 Years”). Były amerykański sekretarz skarbu Larry Summers oszacował, że w w latach 60. XX w. nie pracował jeden na 20 amerykańskich mężczyzn w wieku 25–54 lat. Już za 10 lat od dzisiaj proporcja ta będzie, jego zdaniem jak 1 do 7, a starzenie się społeczeństwa ma na ten proces wpływ bardziej niż nikły. Fundamentalnym powodem jest kurczenie się dostępnego zasobu miejsc pracy w wyniku rosnącej substytucji pracy kapitałem, czyli zastępowania ludzi przez maszyny.

Kiedyś, nawet całkiem niedawno, wpływ postępu na rynki pracy dawało się leczyć dzięki przyrastaniu na Zachodzie populacji z wykształceniem na poziomie licencjackim i magisterskim. To przestaje jednak działać, bo gospodarce zaczyna już wystarczać sama śmietanka jajogłowych. W skali globalnej sprawdzać się jeszcze będzie przez jakiś czas wykorzystywanie w miejsce wyrafinowanych „full-automatów” rąk biedaków ze Wschodu i Południa.

Pochód maszyn, automatów, robotów i komputerów zaczynających już pomału kojarzyć abstrakcje jest jednak nie do zatrzymania. Można sobie np. doskonale wyobrazić, że nawet bardzo niska płaca minimalna nie powstrzyma biznesu od coraz szerszego stosowania oprogramowania do automatycznego księgowania, w dodatku w zgodzie z wszystkimi przepisami i najbardziej wydumanymi interpretacjami ministrów finansów. Samochody bez kierowców przemierzyły już bezwypadkowo w testach miliony kilometrów. Dostępne dziś możliwości zastąpienia człowieka w pracy liczone są w tysiącach, a pamiętajmy, że postęp przyspiesza w tempie oszałamiającym – jeszcze 20 lat temu telefon komórkowy był analogowy i ważył parę kilogramów.

Na horyzoncie socjalizm

Dwaj badacze z Oxfordu (Carl Benedict FreyMichael A. Osborne) zajęli się oceną szans skomputeryzowania ponad 700 zawodów. Wyniki opublikowali w pracy o przyszłości zatrudnienia („The Future of Employment: How Susceptible are Jobs to Computerisation”). Twierdzą, że w wyniku postępów komputeryzacji w ciągu dwóch dziesięcioleci może zniknąć prawie połowa zawodów. Wyrok skazujący na zagładę wydany został już chyba na telemarketera, bo ma być podobno aż 99 proc. prawdopodobieństwa, że ten zawód zniknie zupełnie. Najbardziej bezpieczny czuć się może terapeuta wypoczynkowy (tylko 3 promile takiego prawdopodobieństwa), ale także m.in. redaktor (5,5 proc.). Więcej złych lub dobrych wiadomości w tabeli.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

(infografika Dariusz Gąszczyk)

Badacze zauważają, że również w przeszłości nie brakowało panikarzy wieszczących powszechne bezrobocie technologiczne, a jednak udawało się go uniknąć. Dzisiaj zatwardziałych optymistów jest jednak jak na lekarstwo. Nieliczni starają się przekonywać, że w całkiem już niedalekiej przyszłości więcej będzie po prostu artystów i trenerów jogi albo opiekunów osób starszych.

Bardziej prawdopodobny scenariusz to jednak rozszerzający się do wielkich rozmiarów krąg ludzi – żałosnych substytutów automatów, przy czym pochód tych drugich byłby powstrzymywany wyłącznie z powodów polityczno-społecznych i z braku pomysłu, jak urządzić świat zupełnie inaczej. W długim zapewne okresie przejściowym spodziewać się zatem można dalszej koncentracji dochodów płynących przede wszystkim do właścicieli kapitału i osób z naprawdę unikalnymi kwalifikacjami. Na drugim biegunie następowałoby zaś wielkie spłaszczenie dochodów z płacą minimalną w roli stawki wręcz dominującej.

Całkiem możliwe, że potem – za sprawą maszyn – ludzkość doczeka się jakiejś formy znośnego socjalizmu, w którym głównym zajęciem i powodem homeryckich sporów będzie dzielenie dochodów z kapitału, a najbardziej pożądanym dobrem skierowanie na parę choćby dni do prac społecznie użytecznych.

OF

(infografika Dariusz Gąszczyk)

Tagi


Artykuły powiązane