Autor: Jan Cipiur

Dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii.

Podatek z Ameryki przez Estonię do Polski

Szumu jest sporo wokół tzw. podatku estońskiego. Padły zapowiedzi wprowadzenia go dla małych i średnich polskich firm. Nieporozumienie polega na tym, że to żadna nowość, a odmiana codziennej praktyki stosowanej od lat w Stanach Zjednoczonych.
Podatek z Ameryki przez Estonię do Polski

Estoński parlament (©PAP)

Podatek zwany u nas estońskim to amerykański „pass-through company tax”, albo inaczej flow-through company tax. Rozwiązanie nie doczekało się swojej polskiej regularnej nazwy, ale mowa z grubsza o „podatku przechodzącym ze spółki na właścicieli i na potem”.

Wprawdzie urody w tym określeniu ani krztyny, ale coś wyjaśnia. To mianowicie, że firmy wybierające ten model nie podlegają podatkowi dochodowemu od zysku, czyli CIT. Opodatkowani są właściciele spółek pass-through jako dysponenci ich zysków.

Zyski te są przedmiotem opodatkowania podatkiem od dochodów osobistych (PIT), ale dopiero wtedy w formie dywidendy za konkretny okres trafiają na konta udziałowców danej spółki. Zamiast CIT jest PIT. Fiskus i podatnicy mają przejrzyściej i łatwiej.

Pomysł z czasów Reagana

Metoda pass-through zaczęła być wdrażana wraz z rewolucją podatkową z roku 1986 będącą emanacją podejścia nazwanego „Reaganomics”. Z inicjatywy prezydenta Ronalda Reagana uchwalona została ustawa podatkowa o znamiennej nazwie Tax Reform Act. Po raz pierwszy we współczesnej historii podatkowej Ameryki stawki postawione zostały z głowy na nogi, ponieważ najwyższe stawki opodatkowania osobistego PIT stały się mniejsze od stawek korporacyjnych (CIT). Korzyści z pass-through stały się ewidentne.

Z punktu widzenia podatnika rzuca się natychmiast w oczy, że model pass-through zapobiega podwójnemu opodatkowaniu dokonywanemu po raz pierwszy na poziomie przedsiębiorstwa (CIT), a następnie obciążającemu indywidualnego podatnika wykazującego dochody z prowadzenia działalności gospodarczej (PIT). Rozwiązanie wydaje się niekorzystne z punktu widzenia bieżącego interesu podatkowego państwa. Za jego wprowadzeniem stało więc doświadczenie potwierdzające, że firmie wystawiającej i przyjmującej setki i tysiące faktur miesięcznie znacznie łatwiej ukrywać zyski niż pojedynczej osobie.

To co fiskus traci rezygnując z podwójnego opodatkowania, zyskuje z naddatkiem, na ujawnianiu większych zysków oraz obniżce kosztów kontroli podatkowej.

To co fiskus traci rezygnując z podwójnego opodatkowania, zyskuje, niekiedy z naddatkiem, na ujawnianiu większych połaci zysków, jak również na obniżce kosztów kontroli podatkowej, która staje się łatwiejsza. Rozwiązanie pass-through taxes ma również tę wielką zaletę, że podatki można planować i przesuwać w czasie, operując terminem wypłaty dywidendy. I wreszcie, szefowie od finansów (CFO) i księgowi nie muszą wyczyniać łamańców z podatkowym rozliczaniem inwestycji.

W końcu dochodzimy też do rachunku ekonomicznego prowadzonego przez fiskusa. Pass through napełnia skarbiec rządowy bardzo efektywnie, zmieniając przy tym strukturę przychodów podatkowych w ten sposób, że zwiększa się udział podatków osobistych znacznie łatwiejszych do ustalenia i wyegzekwowania.

Ściąganie podatków z firm to mitręga, z osobami fizycznymi z reguły idzie niemal jak po maśle, także dlatego, że USA i gdzie indziej, także u nas, za długi niebędące skutkiem oszustwa już wprawdzie do więzienia nie wtrącają, ale za unikanie podatków a i owszem, choć w Polsce istotnie dość rzadko.

CIT schodzi na margines

Wg dokumentacji Kongresowego Biura Budżetowego (CBO), w 1965 r. podatki z grupy PIT stanowiły 42 proc. całości, a z grupy CIT – 22 proc. W wielkościach bezwzględnych z PIT było 48,8 mld dol. wpływów, z CIT – 25,5 mld dol., ogółem 116,8 mld dol.

W 1988 r., czyli w dwa lata po wdrożeniu reformy podatkowej Reagana i zakotwiczeniu zasady pass-through, proporcje uległy pewnej zmianie – PIT stanowił 44 proc, a CIT już ledwo 10,4 proc. W 2018 r różnica jest jeszcze większa, bowiem PIT zapewnił 50,5 proc. (1 684 mld dol.) dochodów federalnych, a CIT jedynie 6,3 proc. (205 mld dol. wobec 3 330 mld całkowitych wpływów podatkowych. Przed ponad pół wiekiem PIT dawały amerykańskiemu rządowi dwa razy więcej niż CIT, dzisiaj – ponad 8 razy więcej.

Podobny proces zachodzi w Polsce, z tą różnicą, że proporcje między oboma państwami zaburza podatek od konsumpcji VAT, którego w USA nie ma, a podatki tego rodzaju pobierane są na szczeblu stanowym.

U nas wpływy z CIT wyniosły w 2018 r. 44,3 mld zł (10,7 proc. całości), a z PIT 111 mld zł (27 proc. całości). 15 lat przedtem, w 2003 r., te same wielkości i udziały wynosiły: CIT 15 mld zł (10,2 proc.), PIT – 35,4 mld zł (24 proc.).

Podatek dochodowy od osób prawnych, w tym zwłaszcza przedsiębiorstw, jest nadal zauważalnym źródłem przychodów państwa polskiego, ale nie odgrywa kluczowej roli. Ewentualny ruch w stronę pass-through nie byłby zatem obarczony dużym ryzykiem utraty istotnej części przychodów podatkowych, zwłaszcza jeśli ograniczony zostałby do firm małych i średnich.

W USA firm pass-through przybywa

W USA na zasadzie pass-through rozliczają podatki przede wszystkim firmy prowadzone przez osoby fizyczne (sole proprietors), które można uznać za odpowiedniki polskiej indywidualnej działalności gospodarczej.

Ich liczba wzrosła z ok. 9 mln w 1980 r. do ponad 24 mln w 2013 r. Dwie inne formy prowadzenia biznesu rozliczające się wg reguł pass through, tj. partnerstwa (m.in. firmy prawnicze i doradcze) oraz tzw. S Corporations (spółka mająca 100 lub mniej udziałowców) też stały się przez te lata liczniejsze (wzrost z dwóch od ok. ośmiu milionów podmiotów).

Wielkie i duże przedsiębiorstwa mają z reguły formę spółek akcyjnych, a nawet jeśli są to tzw. firmy rodzinne, to struktura właścicielska jest zazwyczaj bardzo pogmatwana. Jeśli wyobrazić sobie miliony akcjonariuszy i dziesiątki spółek-córek i setki wnucząt, a w związku z tym olbrzymie kłopoty z właściwym przypisaniem podzielonych zysków, to widać od razu dlaczego zasady pass-through nie obejmują korporacji i dlaczego premier Morawiecki obietnicę „podatku estońskiego” ograniczył do maluchów i średniaków.

W 2016 r. prawie połowa (45 proc.) dochodów firm amerykańskich rozliczających się jako pass through przypadała na płatników o dochodzie rocznym powyżej 500 tys. dolarów, a 1/3 na osoby z dochodem 1 miliona i więcej. Im większy dochód, tym wyższa skala podatkowa dochodząca do 37 proc. (u nas stawka maksymalna to 32 proc.).

Ponieważ większość udziałowców spółek pass through funkcjonujących w Ameryce to jednak osoby niemajętne lub bogate nienachalnie (ponad 22 proc. z nich miało w 2016 r. dochody poniżej 100 tys. dolarów rocznie), to wprowadzono ostatnio 20-procentowe, warunkowe, odliczenia od pass through tax.

Korzyść będzie istotna, bowiem krańcowa stopa podatkowa spada w tym wypadku z 37 proc. do 29,6 proc. Korzystanie z ulgi obwarowane jest jednak limitami dochodowymi, których przekroczenie wyklucza jej zastosowanie. Jak na warunki amerykańskie, limity są relatywnie niskie. Podstawowy limit dla osoby rozliczającej się samodzielnie wynosi 157 500 dolarów rocznie, zaś gdy chodzi o małżonków rozliczających się wspólnie – dwa razy tyle. Nie broni się zatem potencjalny argument, że amerykański fiskus znowu pogłaskał bogaczy, bo w rzeczywistości ulga skierowana została do tamtejszej klasy średniej.

Małe płacą najmniej

Szacunek rzeczywistych stóp opodatkowania dochodów biznesowych w USA zawiera opublikowany w 2016 r. kolejny tom opracowania pn. Tax Policy and the Economy. Rozdział pt. „Business in the United States: Who Owns It, and How Much Tax do They Pay” (Amerykański biznes: kim są jego właściciele i jakie płacą podatki) jest dziełem grupy składającej się z urzędników Ministerstwa Skarbu oraz naukowców z Berkeley i Chicago Booth School of Business.

Autorzy ci utrzymują, że bardziej wiarygodnych szacunków szukać nie warto. Jeśli im zatem wierzyć, to średnia stopa opodatkowania działalności gospodarczej wynosić ma w USA 24,3 proc., realna stopa podatkowa dla dużych przedsiębiorstw (C Corporations) – 31,6 proc., a dla S Corporations, czyli spółek mających najwyżej 100 właścicieli – 24,9 proc. Partnerstwa cieszyć miałyby się stopą w przeciętnej wysokości 15,9 proc. natomiast w przypadku nierolniczej jednoosobowej działalności gospodarczej (Sole proprietorships) jest to 13,6 proc.

Wskaźniki oszacowane zostały na podstawie danych z 2011 r., więc ich wysokość mogła się do dziś zmienić, ale nie ma podstaw do twierdzenia, że zmieniły się proporcje.

Praktyka amerykańska nie odbiega zatem od europejskiej – wielkie firmy płacić mają dużo, małe mało. Z przytoczonej publikacji wyziera nieskrywana niechęć dla przywilejów podatkowych przyznanych partnerstwom.

Tę formę organizacyjną przyjmują wielkie kancelarie prawne, firmy świadczące usługi finansowe, a także medyczne. Są to działalności przynoszące olbrzymie dochody, a wykonawcy tych usług nie mają skrupułów w stawianiu warunków, w tym zwłaszcza cenowych.

Autorzy opracowania uważają na podstawie przeprowadzonych symulacji, że gdyby nie było przepisów podatkowych wprowadzających opodatkowanie na zasadach pass-through, to w 2011 r. podatki dochodowe CIT przyniosłyby rządowi o 100 mld dol. więcej niż w rzeczywistości. Różnica w wielkościach bezwzględnych byłaby duża, ponieważ rzeczywiste wpłaty wyniosły wówczas 181 mld dol., a zatem bez pass-through mogły być o 55 proc. większe.

W ujęciu proporcjonalnym skutek byłby zauważalny, ale nie uderzający, bowiem w 2011 r. udział CIT w podatkach ogółem wyniósł 7,9 proc., a po przyroście wpływów o 100 miliardów urósłby do 12,2 proc.

Od razu trzeba jednak dodać, że jakaś część hipotetycznego ubytku po stronie CIT musiałaby zostać zrekompensowana po stronie PIT. Dla oceny ważna jest także praktyka. Szacunki zostały zapewne sporządzone w tzw. ujęciu memoriałowym polegającym na zapisywaniu zobowiązań (tu – podatkowych) z chwilą ich ujawnienia, niezależnie od tego, czy innego terminu ich zapłaty.

Jednak do chwili przekształcenia się ich w gotówkę mogą minąć lata, albo w ogóle do tego nie dojdzie wskutek odwołań i rozstrzygnięć sądowych. Z PIT jest łatwiej, bo mniej jest obszarów budzących wątpliwości i spory, więc ujęcie memoriałowe pokrywa się w wyższym stopniu z kasowym.

Pass-through jak żel kojący

Ustawodawcy amerykańscy nie mają sobie równych w mataninie podatkowej, kuglują jak tylko mogą i czynią to od bardzo wielu dekad. Wydawnictwo Wolters Kluwer twierdzi, że amerykańskie przepisy podatkowe mają razem 75 tysięcy stron i są 187 razy obszerniejsze niż sto lat temu.

W 1913 r. wszelkie federalne regulacje podatkowe miały 400 stron, a przez 26 lat od introdukcji w Stanach podatku dochodowego urosły jedynie o 100 następnych stron. Największy przyrost regulacji nastąpił w ostatnich trzech dekadach.

Liczby te są niekiedy kontestowane, najczęściej w naiwny sposób. Skrupulanci podkreślają mianowicie, że samo prawo podatkowe w formie ustaw ma „jedynie” nieco ponad 4000 stron, a jeśli odjąć wersje dawniejsze, już nieobowiązujące, ale niezbędne w sporach sięgających przeszłości – to tylko 2600. Reszta to „jedynie” interpretacje, objaśnienia, casusy sądowe i wszelka inna wiedza oficjalna. Argumenty tego rodzaju mogą podnosić wyłącznie dyletanci, którzy nie wiedzą lub nie chcą przyjąć do wiadomości, że praktyka podatkowa wykuwa się w sporach interpretacyjnych, a każde zapisane rozstrzygnięcie używane jest następnie jako argument.

W tym kontekście metoda pass-through, jako usuwająca wiele płaszczyzn potencjalnych sporów interpretacyjnych może działać jak żel kojący bóle podatkowe wywoływane nadczynnością legislacyjną.

USA nie są w kontekście opodatkowania typu pass-through samotną wyspą. Rozwiązanie stosowane jest na różną skalę w kilku innych krajach anglosaskich, np. w Australii, czy Nowej Zelandii. Najdalej poszła jednak w tym kierunku Estonia. Sprzyjały temu niewielkie rozmiary państwa.

PKB kraju wyniósł w 2018 r. prawie 31 mld dol. i był 19 razy mniejszy od polskiego, choć w przeliczeniu na mieszkańca półtora razy większy. Małe państwo jest zwinniejsze, a zarazem łatwiejsze w codziennym utrzymaniu.

Podatek estoński różni się od amerykańskiego pierwowzoru powszechnością stosowania; nie ma rozróżnienia na korporacje i pozostałe formy prowadzenia biznesu.

Podatek estoński, a w rzeczywistości nadbałtycka kopia odróżnia się od amerykańskiego pierwowzoru liczącego sobie już ponad trzy dekady powszechnością stosowania. Nie ma rozróżnienia na korporacje i pozostałe formy prowadzenia biznesu.

Podatek wymierzany od dochodu płacony jest dopiero z chwilą dystrybucji zysku np. w formie wypłaty dywidendy na rzecz właścicieli. Do 2018 r. stopa podatkowa wynosiła 20 proc. od zysku brutto, choć czytelniej jest mówić o proporcji 20/80. Jeśli firma wypłaciła np. 100 tys. euro w formie dywidend to naliczony podatek dochodowy wynosi 25 tys. euro bowiem 100 000 x 20/80 = 25 000. Właściciele otrzymują 100 000 euro, a wydatek spółki to 125 000 euro ponieważ 100 000 + 25 000 = 125 000.

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział rozważenie wprowadzenia metody pass-through w Polsce. Mówił za innymi o „podatku estońskim”, czyniąc w ten sposób Estończykom niezasłużone honory, ale może to i dobrze, bo podatek estoński brzmi przystępniej niż oryginał nazwany po angielsku.

Naśladownictwo jest wskazane, ale nie w pełni. Estończycy objęli podejściem pass-through, wszystkie przedsiębiorstwa, ale to bardzo mały kraj z gospodarką maleńką w porównaniu z polską. Największa spółka estońska Tallink Grupp AS działa głównie w transporcie morskim i miała w 2017 r. 967 mln euro przychodów, niecałe 50 mln euro zysku, zajmując dopiero 7. miejsce na sporządzanej przez Coface liście największych 50 firm z państw nadbałtyckich. Notabene, pierwsze miejsce okupuje od lat litewska spółka Orlenu – Orlen Lietuva.

Postulaty gruntownego przeglądu prawa podatkowego są wołaniem na puszczy. Nikt ich nie słucha, ani w Ameryce, ani w Polsce, ani gdzie indziej. Nie chodzi o uproszczenie prawa, bo im gospodarka bardziej skomplikowana i rozwinięta, tym o to trudniej. Chodzi o klarowniejsze zasady, definicje, usuwanie sprzeczności i nielogiczności, jasny język, krótsze zdania, ułatwianie zrozumienia zwykłym prezesom i księgowym, usuwanie złej tradycji prawniczej wiedzy tajemnej.

Powtarzać te wołania trzeba, tak jak powtarzał Marek Porcjusz Katon zwany Cenzorem, że „Ceterum censeo Carthaginem esse delenadam”, czyli: „A poza tym sądzę, że zniszczyć trzeba Kartaginę”. Dopóki jednak trwa ta podatkowa Kartagina, niechby było małym i średnim lepiej i wygodniej. Podatek estoński ma swoje miejsce w Polsce, bowiem małe i średnie firmy mają rosnąć, a rosną lepiej, gdy im się mniej miesza i przeszkadza.

Estoński parlament (©PAP)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Will the “Estonian tax” be introduced in Poland?

Kategoria: Macroeconomics
There’s been a lot of buzz about the so-called Estonian tax. The authorities even announced that it could be introduced for SMEs in Poland. This tax is not a novel idea, it's merely a slightly different version of a fiscal solution that has been widely used in the United States for many years.
Will the “Estonian tax” be introduced in Poland?

It's easier to reform taxes when the economy is booming

Kategoria: Macroeconomics
The rate of global economic growth is around 4 per cent per year, as a result of which the situation on the labor markets is improving and the profits of enterprises are increasing. The tax revenues are also increasing, often faster than GDP.
It's easier to reform taxes when the economy is booming

Gdy koniunktura dobra, łatwiej zmieniać podatki

Kategoria: Analizy
Globalny wzrost gospodarczy zbliża się do 4 proc. rocznie, dzięki czemu poprawia się sytuacja na rynkach pracy i zwiększają się zyski przedsiębiorstw. Wzrastają także wpływy podatkowe. W wielu krajach nawet szybciej niż wzrost gospodarczy.
Gdy koniunktura dobra, łatwiej zmieniać podatki