Zmiany w podatkach najwcześniej za rok

17.11.2011
Chociaż dotychczas z ust premiera nie padła żadna deklaracja likwidacji ulg podatkowych, przed piątkowym expose Donalda Tuska licytacja i spory na ten temat trwają w najlepsze. W centrum uwagi znalazły się ulga prorodzinna – co jeszcze dałoby się wytłumaczyć – oraz wspólne rozliczenie małżonków, o którym wcześniej resort finansów od lat nie wspominał.
Daleko idąca modyfikacja ulgi prorodzinnej jest dziś raczej pewna. (CC By-NC Grant MacDonald)

Daleko idąca modyfikacja ulgi prorodzinnej jest dziś raczej pewna. (CC By-NC Grant MacDonald)

Daleko idąca modyfikacja ulgi prorodzinnej jest dziś raczej pewna. (CC By-NC Grant MacDonald)

Atmosferę podgrzała jednak do maksimum zapowiedź ministra finansów o trzech wariantach budżetu, w tym recesyjnym, który zakłada podwyżkę podatków. Mimo, że ta krótka deklaracja, skierowane zresztą bardziej do rynków, niż do szarych obywateli, niczego konkretnego w sobie nie zawierała, wystarczyła do rozpętania burzy medialnych spekulacji, w których wszyscy chętnie wymieniają kolejne miejsca cięć.

Nie zabrakło nawet odważnych, którzy twierdzą, że zmiany dotyczące likwidacji i ograniczenia ulg rząd wprowadzi już od 1 stycznia 2012 roku. Innymi słowy – rząd przedstawi projekty, parlament uchwali ustawy, prezydent je podpisze a same zmiany ukażą się w Dzienniku Ustaw i wszystko to w dwa tygodnie.

Taki rozwój wypadków wydaje się mało prawdopodobny. Nawet jeśli likwidacja lub ograniczanie ulg w PIT znajdzie się w planie premiera na najbliższe cztery lata (w wariancie pesymistycznego rozwoju sytuacji gospodarczej), nie ma szans by nastąpiło to już w przyszłym roku. Tym samym ich wpływ na przyszłoroczny budżet, nawet gdyby miał to być budżet w wariancie recesyjnym będzie żaden. Większego cięcia ulg nie się zresztą co spodziewać.  Z dwoma wyjątkami.

Likwidacja zryczałtowanych kosztów dla twórców oraz daleko idąca modyfikacja ulgi prorodzinnej jest dziś raczej pewna. Z tym, że najwcześniej od 1 stycznia 2013 roku. I są co najmniej dwa powody dla których tak jest. Przede wszystkim na zmiany w PIT nie ma dziś już czasu. Zwyczajowo utarło się w oparciu zresztą o orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, że niekorzystne dla podatników zmiany muszą być znane co najmniej na miesiąc przed początkiem roku podatkowego. Przy czym znane, oznacza ich publikację w Dzienniku Ustaw. Jedynie zmiany korzystne dla podatników mogę być wprowadzane później, a nawet wprowadzane w trakcie roku podatkowego.

To oznacza, że przepisy podnoszące PIT lub likwidujące ulgi podatkowe muszą znaleźć się w Dzienniku ustaw datowanym na 30 listopada. Można co prawda wydrukować taki Dziennik Ustaw z tą datą nawet na początku grudnia, bo takie historie już się zdarzały, jednak w tym wypadku dałoby to z pewnością łatwe zwycięstwo przeciwnikom zmian przed TK.

Trzeba też pamiętać, że zmiany w PIT, chociaż w wielu przypadkach uzasadnione, to jednak dają w praktyce groszowe z punktu widzenia budżetu dodatkowe wpływy. W każdym razie, gdy odniesiemy je do tego, co można uzyskać, szybciej, i przy znacznie mniejszym sprzeciwie społecznym, w wyniku zmian w VAT. Wystarczy porównać liczby.

Likwidacja powszechnie nadużywanych zryczałtowanych kosztów dla twórców oraz zleceniobiorców, to około 0,7 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu. Wygaszenie zupełnie bezsensownej ulgi internetowej około 0,4 mld zł. Jedyne liczące się pozycje, to ewentualne zniesienie wspólnego opodatkowania oraz mocne ograniczenie nieefektywnej ulgi prorodzinnej. Na pierwszym budżet zarobiłby około 2,7 mld zł. Na drugim posunięciu od 2 do 3 mld zł (całkowita likwidacja dałaby nawet 5,6 do 6 mld zł).

Tyle, że w obydwu przypadkach nie obeszłoby się bez sporej awantury politycznej i spadku notowań w społeczeństwie. W sumie, budżet zyskałby dodatkowo zaledwie 5, może w optymistycznym wariancie 6 mld zł. To mniej więcej tyle, ile dało podniesienie stawek VAT o 1 pkt proc. na początku 2011 r. A niewolno zapominać, że cała operacja polegała nie tylko na podnoszeniu stawek, ale też punktowym ich obniżeniu na niektóre produkty spożywcze.

Teraz wariant z podniesieniem VAT jest (poza akcyzą) najlepszym i najbardziej społecznie akceptowalnym sposobem szybkiego sięgnięcia do naszych kieszeni. Taka zmiana, może być – po uprzednim przegłosowaniu przez Sejm – wprowadzona niemal z miesiąca na miesiąc. Stąd podniesienie VAT np. już w marcu 2012 r. jest bardzo prawdopodobne. A droga do kolejnych podwyżek nadal stała będzie otworem. Obecnie podstawowa stawka VAT to 23 proc. Do niedawna obowiązywała na terenie UE umowa, zgodnie z którą państwa członkowskie miały nie podnosić VAT powyżej 25 proc.

Teraz takiej umowy już nie ma. Miało co prawda obowiązywać dżentelmeńskie porozumienie w tej sprawie, ale wyłom w nim zrobiły już Węgry, które planują podniesienie u siebie stawki VAT z 25 do 27 proc. To otwiera w praktyce drogę do podobnych podwyżek także w innych państwach Unii. Daje też argument w dyskusji. Można będzie spokojnie twierdzić, że stawka 25 proc. to jeszcze nie tragedia, bo to wcale nie najwyższy VAT, jaki można sobie.

Ale podniesie podstawowej stawki VAT o kolejny pkt proc., to nie jedyna możliwość jaką będzie miał w tym obszarze do dyspozycji rząd. Przywilejów VAT jest znacznie więcej, niż we wszystkich pozostałych podatkach razem wziętych. Z niższych stawek VAT korzystają np. usługi hotelowe i gastronomiczne, bez których przeciętny obywatel może się jakość obejść. Podniesienie stawek w tym obszarze, poza sprzeciwem branży nie spotkałoby się z jakąś szczególna krytyka społeczną. Ten prosty ruch dałby około 2 mld zł dodatkowych wpływów. Podniesienie VAT na usługi fryzjerskie to kolejne 300 mln zł. I tak można by jeszcze wymieniać długo.

Drogą ograniczania takich przywilejów poszły już Czechy, które stawki VAT z nielicznymi wyjątkami ujednoliciły na poziomie nieco obniżonej stawki podstawowej. Taki wariant wybrała także Francja, która w ramach swojego pakietu oszczędnościowego nie podniosła stawki podstawowej, ale zrezygnowała ze stosowania wielu stawek obniżonych, zyskując przy okazji dodatkowe 2,6 mld euro. Po podwyżki VAT sięga niemal cała Europa. Bo to instrument, który można zastosować szybko, politycznie w miarę bezpiecznie, i z dużymi korzyściami dla budżetu.

Poza opcją likwidowania przywilejów VAT jest także inne rozwiązanie po które można sięgnąć, zyskując przy okazji całkiem niezłą akceptację społeczną. Można podnieść podatki bogatym. To także instrument powszechnie dziś stosowany w krajach unijnych. Nie chodzi jednak o prostacki powrót do trzeciej stawki PIT dla najbogatszych, chociaż z tym tez nie byłoby problemu. Mało prawdopodobny jest też podatek solidarnościowy, czy też podnoszenie podatku od nieruchomości dla najbogatszych – czyli dysponujących najdroższymi nieruchomościami.

Można jednak uderzyć w ich wydatki, wyżej opodatkowując konsumpcję tych dóbr, które w powszechnym społecznym odbiorze uchodzą za dobra luksusowe. Wystarczyłoby w tym celu wprowadzić w przepisach o VAT stawkę nadzwyczajnie podniesioną, czyli taką która byłaby wyjątkowo wyższa niż stawka podstawowa. Przepisy unijne nic o niej nie wspominają. Ale też nie zakazują jej stosowania, odnosząc się tylko od minimów jakie powinny być oraz ograniczając liczbę wyjątków, w których podatek jest niższy od podstawowego. Można sobie wyobrazić wprowadzenie takiej ekstra stawki VAT na droższe samochody, luksusowe zegarki, biżuterię i co najmniej kilkadziesiąt innych pozycji.

Oczywiście podwyżki VAT wywołają sprzeciw ze strony firm, chociaż VAT nie uderzy ich po kieszeni bezpośrednio. VAT płaci ostatecznie konsument, a firmy są jedynie jego płatnikami. Dokonują transferu podatku z kieszeni kupujących do budżetu państwa. Wyższy VAT to wyższa cena a więc mniejszy popyt na sprzedawane produkty, które dla części konsumentów stają się mniej dostępne. Efekt ekonomiczny dla firm, może być zatem taki sam jak wtedy, gdyby VAT płacili z własnych kieszeni. To zresztą zagrożenie nie tylko dla firm.

Dotychczas polska gospodarka radzi sobie dobrze głównie dlatego, że mamy stosunkowo dobry popyt wewnętrzny. Nie zrażeni kryzysem kupujemy nadal sporo. Im głębiej jednak rząd sięgnie w najbliższych miesiącach do naszych kieszeni, tym szybciej zapał do tych zakupów stracimy. A to może przynieść dla budżetu efekt odwrotny od zamierzonego. Spadający popyt, mniejsza sprzedaż, to w ostatecznym rezultacie mniejsze transfery podatkowe z domowych i firmowych budżetów do państwowej skarbonki.

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego Dziennika Gazety Prawnej


Tagi


Artykuły powiązane