Pora posprzątać po rewolucji energetycznej

Eksperyment z zieloną energią wymknął się Niemcom spod kontroli. Opanowanie sytuacji to jedno z największych wyzwań koalicji CDU i SPD.
Pora posprzątać po rewolucji energetycznej

(infografika Darek Gąszczyk/ CC by Magharebia)

O tym, jak poważna jest sytuacja, świadczy odstępstwo od niepisanej zasady niemieckiej polityki, według której lider mniejszej partii koalicyjnej bierze tekę ministra spraw zagranicznych. Jednak szef socjaldemokratów, Sigmar Gabriel zamiast do MSZ trafił do ministerstwa gospodarki. W dodatku przydzielono mu sprawy związane z energetyką, które do tej pory leżały w kompetencjach ministra środowiska. Prasa od razu okrzyknęła go super-ministrem i nie ulega wątpliwości, że Gabriel będzie miał większy wpływ na niemiecką rzeczywistość niż jakikolwiek inny minister. Ale też misja, której się podjął, reforma niemieckiej transformacji energetycznej (Energiewende), to zadanie godne supermana.

Jeszcze dwa lata temu niemiecka Energiewende była stawiana jako wzór do naśladowania, urzeczywistnienie snu o świecie, w którym dymiące kominy wielkich elektrowni zastąpiła energetyka rozproszona – zdecentralizowana, demokratyczna i zasilana niewyczerpanymi darmowymi  siłami natury. Jednak w miarę jak energetyczna rewolucja nabierała rozmachu, coraz wyraźniej widać było jej paradoksy.

Po pierwsze, mimo masowej instalacji odnawialnych źródeł energii, których koszt paliwa wynosi zero, niemieckie ceny energii są jednymi z najwyższych w Europie i ustępują tylko duńskim.

Po drugie, mimo wysokich cen energii, koncerny energetyczne, mają coraz gorsze wyniki i grożą, że będą musiały zamknąć część elektrowni.

Po trzecie, wbrew nadziejom ekologów, większe wykorzystanie elektrowni wiatrowych i słonecznych, doprowadziło w Niemczech do zwiększenia emisji dwutlenku węgla do atmosfery.

Kiedy dodać do tego śledztwo Brukseli w sprawie zasad finansowania niemieckich OZE, trudno oprzeć się wrażeniu, że Energiewende zboczyła na manowce. Sigmar Gabriel chce przywrócić ją na właściwy tor, ale żeby to zrobić musiałby wywołać kolejną rewolucję.

Fabryka sprzeczności

Głównym argumentem przeciwko Energiewende są koszty transformacji. Wynikają one z konstrukcji mechanizmu wsparcia finansowego dla właścicieli OZE. Ponieważ panele słoneczne i wiatraki są mało wydajne w porównaniu do konwencjonalnych źródeł energii, sprzedaż produkowanej przez nie elektryczności po cenach rynkowych nie gwarantuje zwrotu kosztów inwestycji. W Niemczech wprowadzono więc system taryf gwarantowanych (feed-in-tariffs), które zapewniają właścicielom OZE dopłatę różnicy między ceną rynkową energii a ustalaną administracyjnie ceną referencyjną. Taryfy przysługują przez dwadzieścia lat od momentu instalacji a obowiązująca wtedy cena referencyjna pozostaje punktem odniesienia dla danej instalacji przez cały okres dopłat.

Dopłaty są finansowane z narzutu doliczanego przez dostawców energii elektrycznej do każdego rachunku za prąd (z pewnymi istotnymi warunkami, o których dalej). Właściciele OZE mają ponadto zagwarantowany odbiór wytworzonej przez siebie energii.

(infografika DG)

(infografika DG)

System taryf gwarantowanych sprawdził się znakomicie – niemieckie pola zaroiły się od wiatraków a dachy domów, obór i magazynów pokryły się błyszczącymi panelami fotowoltaicznymi. Tylko w 2010 r. i w 2011 r. do sieci podłączono solary o mocy 15 gigawatów. To prawie połowa łącznej mocy wszystkich polskich elektrowni (33,5 GW). Taryfy gwarantowane okazały się sukcesem, ale ten sukces stał się pułapką, w którą wpadła cała niemiecka gospodarka.

Jej mechanizm jest następujący – OZE zasilane darmowym paliwem mają praktycznie zerowe koszty zmienne a zatem i koszt krańcowy, który służy do wyznaczania ceny elektryczności na rynku hurtowym. OZE mogłyby zatem oferować prąd za darmo (i tak zarabiają na dopłatach). To że cena na rynku hurtowym nie wynosi zero wynika z tego, że OZE na ogół nie zaspokajają całego popytu i podaż trzeba uzupełnić źródłami konwencjonalnymi. Ostatecznie cena hurtowa jest jednak niższa niż przy braku OZE, bo wytwarzana przez nie elektryczność wypiera z handlu droższe elektrownie, które dawniej były konieczne do zaspokojenia popytu. Między 2010 a 2013 r. ceny w hurcie spadły o jedną trzecią.

Im taniej, tym drożej

W czym więc problem? Ano w tym, że rachunki klientów indywidualnych wcale się nie zmniejszyły – wręcz przeciwnie – stale rosną. Od 2010 r. do końca ubiegłego roku podwyżka wyniosła ok. 22 proc., głównie za sprawą dopłaty do taryf gwarantowanych (wzrost w omawianym okresie o 157 proc.). Paradoks polega na tym, że im bardziej spadają ceny w hurcie, tym bardziej rośnie dopłata do OZE, którą muszą płacić gospodarstwa domowe.

Jednocześnie wzrost cen w detalu zachęca do instalowania własnych źródeł energii (przede wszystkim paneli słonecznych), które pozwalają ograniczyć ilość a więc i koszt prądu kupowanego z sieci. Powoduje to dalszy wzrost dopłaty do OZE a zarazem spadek cen w hurcie i wpieranie z rynku droższych źródeł konwencjonalnych. Pod koniec stycznia RWE poinformowało, że w wynikach za 2013 r. dokona odpisu w wysokości 3,3 mld euro w związku ze stratami, jakie przynoszą elektrownie konwencjonalne (to kwota o ponad połowę wyższa niż zysk koncernu w 2012 r.). Spółka zamierza zamknąć zakłady o mocy ponad 3 GW. Z kolei E.ON, które rozważa ograniczenie mocy wytwórczych o co najmniej 11 GW.

Kłopoty dotyczą przede wszystkim elektrowni opalanych gazem. Ponieważ te na węgiel produkują energię taniej, to one mają pierwszeństwo sprzedaży. Jednak produkcja w elektrowniach węglowych generuje znacznie więcej CO2 niż w przypadku zakładów opalanych gazem. W efekcie emisyjność niemieckiej gospodarki od pewnego czasu rośnie (w okresie 2009-2013 emisje wzrosły o ponad 4 proc.). I nic dziwnego – udział węgla w produkcji prądu wzrósł w ubiegłym roku o 1,5 pkt. proc. podczas gdy wkład energii z OZE był wyższy tylko o 0,6 pkt. proc. niż 2012 r.

Jednocześnie mimo skromnego wzrostu produkcji elektryczności ze źródeł odnawialnych, dopłata do nich w 2014 r. będzie wyższa o ponad 18 proc. niż w ubiegłym roku. I to właśnie rosnące koszty a nie większe emisje  przyprawiają o ból głowy niemieckich polityków. Zdaniem Sigmara Gabriela promocja OZE w obecnym kształcie oznacza dodatkowe 24 mld euro rocznie na rachunkach odbiorców. – Nie znam drugiego kraju, który dźwigałby równie wielki brzemię – powiedział na konferencji energetycznej w styczniu. – Zbliżamy się do momentu, gdy ten ciężar przekroczy możliwości naszej gospodarki. Transformacja energetyczna może być sukcesem, ale może również doprowadzić do deindustrializacji Niemiec.

Ulgi muszą zostać

Uwaga o deindustrializacji, to przytyk w stronę Brukseli. Pod koniec ubiegłego roku, Komisja Europejska wszczęła śledztwo w sprawie ulg w dopłacie do OZE, z jakich korzystają niemieckie przedsiębiorstwa energochłonne. Zdaniem Komisji ulgi te mogą stanowić niedozwoloną pomoc publiczną. I rzeczywiście – subsydiowanie OZE pozwoliło na ich niebywały rozwój, który z kolei obniżył ceny hurtowe prądu.

Gospodarstwa domowe oraz małe i średnie przedsiębiorstwa mają z tego niewiele, ale wielki przemysł, który nie dokłada się do taryf gwarantowanych, korzysta z tańszej elektryczności. Zniesienie tego przywileju z pewnością zmniejszyłoby rachunki za elektryczność płacone przez niemieckie rodziny i drobnych przedsiębiorców, ale jednocześnie spowodowałoby wzrost kosztów elektryczności dla przemysłu energochłonnego o prawie 45 proc. A to faktycznie mogłoby doprowadzić do przenoszenia produkcji zagranicę. Zwykły Niemiec stoi więc przed dylematem, czy lepiej dopłacać kilka euro do rachunku, czy też w zamian za ograniczenie tej kwoty ryzykować utratę pracy.

(infografika Darek Gąszczyk)

(infografika Darek Gąszczyk)

30 stycznia Sigmar Gabriel przedstawił szczegóły proponowanej reformy Energiewende (jej główne założenia zostały ustalone w trakcie negocjowania umowy koalicyjnej). Wsparcie finansowe dla OZE ma zostać zmniejszone z obecnych 17 centów za kilowatogodzinę do 12 centów w 2015 r. (jest to przeciętny poziom wsparcia dla wszystkich technologii). Od 2017 r. wysokość wsparcia ma być ustalany w drodze aukcji. Dodatkowo nowoinstalowane OZE będą miały obowiązek sprzedaży wytworzonej energii na  rynku (dziś nie jest to obowiązkowe). W przypadku elektrowni wiatrowych będą wprowadzone a dla fotowoltaiki obniżone górne limity mocy, jaka w danym roku może zostać zainstalowana.

Największe oburzenie wywołała propozycja, aby obciążyć dopłatą do OZE energię produkowaną na własne potrzeby. Dotyczyć to ma zarówno przyzakładowych elektrowni konwencjonalnych, jak i paneli zamontowanych na dachach prywatnych domów. – To tak, jakbym musiał płacić rolnikom za każdego pomidora wyhodowanego we własnym ogródku – ironizował Gerd Pommerien z AS Solar, firmy instalującej ogniwa fotowoltaiczne.

Sęk w tym, że zaproponowane zmiany mogą jedynie powstrzymać dalszy wzrost kosztów Energiewende, ale nie ograniczą obecnych. Do tego konieczne byłoby obniżenie dopłat do już zainstalowanych OZE. A to po prostu nie przejdzie. Zresztą i tak pomysły Gabriela spotkały się z falą krytyki najprzeróżniejszych środowisk oraz opcji politycznych, włącznie z posłami koalicji. Trudno powiedzieć zatem, jaki ostatecznie kształt będzie miał projekt ustawy reformującej Energiewende, który w maju lub czerwcu trafi do Bundestagu. Jedno jest pewne – na razie nie ma w nim ani słowa o likwidacji ulg dla przemysłu energochłonnego. Minister Gospodarki zapowiada, że w Brukseli będzie twardo bronił przywilejów niemieckich koncernów. Argumentuje, że Niemcy sami na sobie prowadzą eksperyment, z którego wyników skorzysta cała Unia.

Jak na razie, główny wniosek z tego eksperymentu brzmi: pod żadnym pozorem nie próbujcie tego u siebie w domu.

OF

(infografika Darek Gąszczyk/ CC by Magharebia)
(infografika DG)
2000--Produkcja-energii-elektrycznej-wg-źródeł
(infografika Darek Gąszczyk)
Zwolnienia-w-dopłacie-do-OZE-

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Zielona energetyka podbija Ukrainę

Kategoria: Analizy
Atrakcyjne taryfy na energię elektryczną produkowaną przez elektrownie słoneczne i wiatrowe, w połączeniu ze sprzyjającymi warunkami klimatycznymi, sprawiły, że Ukraina stała się Eldorado dla inwestorów z sektora „zielonej energetyki”.
Zielona energetyka podbija Ukrainę

Energetyczna rewolucja: czekają nas problemy czy świetlana przyszłość?

Kategoria: Analizy
Szybko rosnący udział odnawialnych źródeł w produkcji energii elektrycznej wywraca sektor energetyczny do góry nogami. Jedni wieszczą, że skończy się to katastrofą, wielkimi awariami zwanymi blackoutami. Inni mówią, że czeka nas świetlana przyszłość.
Energetyczna rewolucja: czekają nas problemy czy świetlana przyszłość?

Daleko do energetycznego perpetuum mobile

Kategoria: Ekologia
Tylko 12 krajów Unii Europejskiej spełniało już w 2018 r. wymóg udziału źródeł odnawialnych w konsumpcji energii. Bliskie spełnienia kryterium były kolejne cztery unijne kraje. W Polsce na nowo zaczęło wzrastać znaczenie OZE, ale to wciąż za mało dla osiągnięcia przyjętego na 2020 r. celu 15 proc.
Daleko do energetycznego perpetuum mobile