Portfele przedsiębiorstw szeroko zamknięte

06.03.2014
Niektórzy ekonomiści, jak Larry Summers, nazywają to „wieczną stagnacją”, inni używają określenia „japonizacją”. Wszyscy się jednak zgadzają, że po aż nazbyt wielu latach niedostatecznego wzrostu w gospodarkach rozwiniętych pojawiło się znaczne ryzyko długoterminowe, dotyczące nie tylko pomyślności obywateli tych krajów, ale także kondycji i stabilności gospodarki globalnej.

(CC BY-SA 401(K) 2013)


Poszukujący sposobów zmniejszenia zagrożeń, jakie wynikają z niewystarczającego wzrostu, zgodni są co do tego, że ze wszystkich możliwych rozwiązań najskuteczniejsze byłoby zwiększenie nakładów inwestycyjnych przez firmy. Ponadto wiele przedsiębiorstw – średniej wielkości i dużych – całkiem powróciło już do zdrowia po wstrząsie, jakim był globalny kryzys finansowy z 2008 roku oraz recesja po nim, a teraz dysponują środkami, jakie potrzebne są na inwestycje w nowe fabryki, w sprzęt a także na angażowanie pracowników.

W Stanach Zjednoczonych, gdzie zyskowność firm jest niemal rekordowa, zasoby gotówkowe sektora przedsiębiorstw rosną z kwartału na kwartał i sięgają dziś najwyższego w historii poziomu – przy czym ze względu na bliskie obecnie zera stopy procentowe przynoszą one bardzo mały zarobek. Ponadto firmy znacznie poprawiły efektywność operacyjną i wydłużyły okres zapadalności swoich długów, a wskutek tego potrzebują znacznie mniejszych oszczędności „na wszelki wypadek” niż potrzebowały w przeszłości.

Jakkolwiek patrzeć na sektor przedsiębiorstw w krajach rozwiniętych w ogóle, a w Stanach Zjednoczonych w szczególności, widać, że jest on równie silny jak był przez wiele lat. Firmy niefinansowe osiągnęły kombinację odporności i zręczności mocno kontrastującą z warunkami, jakie panują w części gospodarstw domowych oraz w sektorze rządowym na całym świecie, gdzie nie uporano się jeszcze ze spuścizną nadmiernego zapożyczenia.

Zamiast jednak wykorzystać ten nadmiar gotówki do powiększania mocy produkcyjnych i zdobywania nowych rynków – przed czym od wybuchu globalnego kryzysu finansowego wiele firm się wahało – wolą one jak dotąd zwracać te pieniądze udziałowcom (być może zresztą nalegają na to aktywni inwestorzy).

Tylko w zeszłym roku spółki w USA zatwierdziły programy odkupienia akcji na ponad 600 miliardów dolarów – to kwota ze wszech miar imponująca i rekordowo wysoka. Ponadto wiele firm podniosło wypłaty kwartalnej dywidendy dla akcjonariuszy. Tak samo było w pierwszych dwóch miesiącach 2014 roku.

Choć jednak dla akcjonariuszy ta niechęć spółek do inwestowania pokaźnej gotówki jest oczywiście korzystna, to większość przekazanych im pieniędzy krąży wyłącznie w sektorze finansowym. Niewiele na tej gotówce skorzystała gospodarka, która – co dotyczy wielu krajów – usiłuje podnieść tempo wzrostu, zwiększyć zatrudnienie, unikać tworzenia „straconego pokolenia” pracowników i coś zrobić z nadmierną nierównością dochodów.

Tymczasem żeby gospodarki rozwinięte mogły prosperować, konieczna (choć niewystarczająca) jest skłonność sektora przedsiębiorstw do inwestowania w skali odpowiadającej zasobności jego portfela. Najważniejsze ograniczenia związane są tu, jak się wydaje, z sześcioma czynnikami.

Po pierwsze, firmy niepokoi przyszły popyt na ich wyroby. Niedawne ożywienie gospodarcze, dość przecież niemrawe (zarówno w ujęciu bezwzględnym, jak i w porównaniu z oczekiwaniami), zostało wywołane za pomocą eksperymentalnej polityki, stosowanej przez banki centralne w celu podtrzymania konsumpcji. Obecnie, gdy w USA Rezerwa Federalna zaczyna wycofywać stymulację monetarną, a tempo wzrostu w krajach wschodzących słabnie, większość firm nie jest po prostu w stanie dostrzec jakichś ogromnych szans.

Po drugie, Chiny mają tak wielki wpływ na rozmiary globalnego popytu (przejawia się on zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio, poprzez istotne efekty sieciowe), że perspektywy tej drugiej co do wielkości gospodarki świata odbijają się bardziej niż proporcjonalnie na projekcjach globalnych przychodów przedsiębiorstw. A że obecnie szczególną uwagę budzi nadmierny wzrost krajowej akcji kredytowej w Chinach oraz tamtejszy system bankowości nieoficjalnej, to wiele firm czuje się niepewnie.

Po trzecie, choć firmy przyznają, że kluczem do przewagi konkurencyjnej są w dzisiejszym zglobalizowanym świecie innowacje, czują się upokorzone, że coraz częściej oznacza to podejście typu „zwycięzca bierze wszystko”. W sukcesie innowacji w mniejszym stopniu chodzi dziś o finanse, a bardziej – o wynalezienie szczególnie udanego programu użytkowego. W efekcie liczne firmy, niezbyt przekonane, że na „zwyczajnych” innowacjach da się sporo zarobić, inwestują w sumie mniej, niż poprzednio.

Po czwarte, w przypadku ewentualnych inwestorów na długoterminowej analizie kosztów i korzyści odbijają się prawne wątpliwości co do niektórych warunków działania. W Stanach Zjednoczonych wiele firm spodziewa się zasadniczych reform budżetowych; nie są one jednak w stanie oszacować wpływu tych reform na swoje przyszłe zyski operacyjne. W Europie politycy są świadomi potrzeby istotnych reform strukturalnych, także tych, których wymaga umocnienie integracji regionalnej; firmom jednak doskwiera brak wystarczającej jasności co do elementów takich reform.

Po piąte, możliwości ograniczenia ryzyka nie są aż tak duże, jak wstępnie sugerują doradcy finansowi. To prawda, ze firmy mają do dyspozycji więcej narzędzi zabezpieczających. Jednak możliwości zarządzania ryzykiem poniesienia straty są wciąż ograniczone, zarówno ze względu na niepełną ofertę rynków długoterminowych, jak i dlatego, że przedsięwzięcia publiczno-prywatne nie mogą wystarczająco korzystać z dźwigni finansowej.

Po szóste wreszcie, większość liderów firm przyznaje, że mają wobec banków centralnych ogromny dług wdzięczności za stosunkowy spokój ostatnich lat. Wskutek zastosowania przez banki centralne śmiałych eksperymentów w polityce pieniężnej udało się uniknąć wieloletniej globalnej recesji, a firmy zyskały czas na dojście do zdrowia.

Ponieważ jednak banki centralne działały całkiem samotnie, nie były one w stanie odnowić właściwie silników wzrostu gospodarek rozwiniętych: nie mają nawet do tego odpowiednich narzędzi. Choć wielu liderów przedsiębiorstw może nadal nie dostrzegać dokładnie związanych z tym zagrożeń, niepokoją ich długofalowe skutki uboczne, jakie mogą wystąpić we współczesnych gospodarkach rynkowych wskutek utrzymywania stóp procentowych na sztucznie zaniżonym poziomie i rozdymania bilansów banków centralnych.

Dobra wiadomość jest taka, że z każdym z tych ograniczeń inwestycji można – i powinno się – uporać. Ostatnie dane o inwestycjach przedsiębiorstw w USA sugerują, iż jest tu pewien postęp. Zła natomiast wiadomość jest taka, że potrzeba na to dużo więcej czasu i wysiłków, a także koordynacji w skali globalnej. W tym czasie sektor przedsiębiorstw tylko stopniowo brał będzie na siebie większe obciążenia. To wystarczy, żeby gospodarki rozwinięte odnotowały w tym roku wzrost, ale nie wystarczy do osiągnięcia i utrzymania przez nie szybszego tempa wzrostu, co jest pilnie potrzebne z uwagi na pomyślność zarówno obywateli tych krajów, jak i gospodarki globalnej.

Mohamed A. E-Erian jest prezesem oraz współdyrektorem ds. informatyki w towarzystwie funduszy inwestycyjnych PIMCO a także autorem książki „When Markets Collide” (Gdy dochodzi do zderzenia rynków).

© Project Syndicate, 2014.

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane