Autor: Jan Cipiur

Dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii

Przychody z piractwa w znacznej części finansują legalne biznesy

Kilka dni temu w Niemczech rozpoczął się kolejny na Zachodzie proces somalijskiego pirata. Piraci byli, są i będą. Nie znikną całkowicie, bo w erze globalizacji nie ma niestety czegoś takiego jak interes globalny i jego ochrona.
Przychody z piractwa w znacznej części finansują legalne biznesy

(infografika Darek Gąszczyk/ CC BY-NC by U.S. Pacific Fleet)

Mało kto nie słyszał o obwiesiach wypływających po łup z długich na 3000 km wybrzeży somalijskich w tzw. Rogu Afryki. W ciągu ostatnich kilku lat (2008-2013) liczba incydentów pirackich (uprowadzenie statków, wzięcie zakładników, ostrzelanie, próba przedostania się na pokład) na szlakach koło Somalii oraz w Zatoce Gwinejskiej przekroczyła 1000. Liczba statków przejętych przez piratów wyniosła zaś w tych dwóch rejonach ponad 220. Najniebezpieczniejsze, a tym samym najintratniejsze dla złoczyńców były trasy morskie koło Somalii stanowiące „podejście” do Kanału Sueskiego, który jest jedną z bram światowego handlu.

Pogląd na koszty i straty ponoszone wskutek tego procederu zyskujemy dzięki organizacji One Earth Future Foundation, która podjęła się ich przybliżenia w ramach programu Oceans Beyond Piracy. Z bardzo pracochłonnego i poddanego szerokiej weryfikacji opracowania pt. „The Economic Cost of Somali Piracy, 2011” wynika, że w 2011 r. mogły się one mieścić w przedziale 6,6 -6,9 mld dolarów, a 80 proc. tego ciężaru przypadło na przemysł żeglugowy. Resztę, tj. 20 proc., czyli jakieś 1,3 mld dolarów wzięły na siebie rządy. Trzeba wspomnieć, że jest to szacunek wstrzemięźliwy, ponieważ eksperci Banku Światowego sądzą, że roczne globalne straty handlu międzynarodowego wskutek piractwa somalijskiego sięgają nawet 18 mld dolarów.

(infografika Darek Gąszczyk/CC BY-SA by Defence Images)

(infografika Darek Gąszczyk/CC BY-SA by Defence Images)

Tak jak zawsze, gdzie jeden traci, tam drugi korzysta. Wśród wygranych jest przemysł naftowy, bowiem im statek płynie szybciej (najlepiej z prędkością ponad 18 węzłów), tym trudniej go przechwycić, ale też wyższe obroty okrętowych diesli, to większe spalanie paliwa. Ręce zacierają także towarzystwa ubezpieczeniowe, o ile oczywiście umieją oszacować ryzyka, w co wszakże nie należy wątpić. W sprawie kosztów patrolowania wód przez okręty i samoloty, warto posłuchać kontradmirała Josepha W. Kuzmicka z US Navy. Sprawozdając przed niecałym rokiem przed podkomisją Kongresu USA zwrócił on uwagę, że piraci somalijscy są w stanie buszować tygodniami aż 1200 mil od brzegu. Maksymalny obszar zagrożony ich obecnością wynosił zatem w szczycie, aż 2,85 mln kwadratowych mil morskich, czyli był większy od terytorium Stanów Zjednoczonych. Więcej szczegółów w sprawie kosztów na diagramie.

(infografika DG)

(infografika DG)

Współczesna bandyterka morska niewiele ma wspólnego z paroma stuleciami polowań niegdysiejszych łotrów na hiszpańskie galeony obładowane srebrem i złotem. Głównym przedmiotem pożądania stał się dziś już nie ładunek, ewentualnie sam okręt, czy statek, a gotówka wymuszona w zamian za uwolnienie jednostki i jej załogi. Wg szacunków przytaczanych w ubiegłorocznym raporcie o „Pirackich szlakach” sygnowanym wspólnie przez Bank Światowy, UNODC i Interpol (Pirate Trails: Tracking the Illicit Financial Flows from Pirate Activities off the Horn of Africa), okupy przekazane tamtejszym piratom za uwolnienie przejętych przez nich załóg i statków pochłonęły w okresie od kwietnia 2005 do końca 2012 r. od 339 do 413 mln dolarów.

(infografika DG)

(infografika DG)

(infografika DG)

(infografika DG)

Najbardziej dotkliwy dla armatorów i wstydliwy dla Zachodu był okres 2008-2009 kiedy piraci przechwytywali więcej statków, niż ich uwalniali. Był to efekt zwiększonej aktywności i skuteczności piratów połączonej z bezradnością reszty świata, ale także konsekwencja wydłużających się rokowań w sprawie okupów.

Na podstawie obrazu z roku 2013 rysuje się możliwość nawet pełnego opanowania procederu piractwa na wodach Somalii i okolic. Byłby te wynik wyższej czujności i skuteczniejszej samoobrony ze strony załóg statków przemierzających te akweny, ale przede wszystkim efekt operacji połączonych sił morskich i lotniczych kilku państw Zachodu i regionu oraz Rosji, ale o tym później.

Model biznesowy

Z rekrutacją rzezimieszków nie ma na ziemiach somalijskich najmniejszych problemów. Mnóstwo tam rybaków, tyle że połowy ledwo dają przeżyć. UNDP szacuje, że PKB per capita wyniósł tam w 2012 r. 284 dolary, co degraduje Somalię do czwórki najbiedniejszych państw świata. Trzeba przy tym wiedzieć, że określenie państwo ma tam brzmienie puste i wyłącznie teoretyczne. Terytorium rozpadło się po 1991 r. na rejony pod pełną kontrolą rozlicznych klanów oraz grup interesu zbudowanych na bardzo nieformalnych podstawach, przy czym nader często jest to interes zbójecki. Krzycząca bieda i zupełny brak kontroli to najlapidarniejszy opis pożywki umożliwiającej rozkwit piractwa. Nie byłoby jednak morskiego rozbójnictwa na tak wielką skalę bez szczególnego odłamu finansjery.

Pominąwszy drobne przedsięwzięcia indywidualne, piractwo całą gębą to przedsięwzięcia „spółdzielcze”, w którym kapitały wykładane są przez kilku zazwyczaj sponsorów. Tak jak w każdej działalności gospodarczej, pierwszą czynnością po udanym zakończeniu operacji jest odliczenie kosztów. Dopiero potem przychodzi czas na zyski. Szeregowi piraci są najęci i otrzymują w razie sukcesu zapłatę w formie doli stanowiącej pozycję kosztów. Z reguły było to do tej pory od 30 tys. do 75 tys. dolarów na głowę pirata, co stanowi od 0,01 do 0,025 całości okupu. Oceniając kwotę pamiętać należy, że jest to wynagrodzenie za rok, a nawet więcej czasu w „służbie”.

Spółdzielcy zapewniający sprzęt, zaopatrzenie oraz obsługę na lądzie otrzymują ok. 25-30 proc. ogólnej kwoty okupu. Najwyższe zwroty osiągają indywidualne tuzy, których stać na samodzielne finansowanie działalności pirackiej. Tacy zagarniają 50-75 proc. wartości okupu brutto, ponieważ ze względu na swoje możliwości finansowe są w stanie trzymać pod kontrolą niemałe wbrew pozorom wydatki albo wręcz czerpać z dostaw „okołopirackich”. Co istotne, im więcej kapitału, tym większe możliwości tańszego i sprawniejszego zalegalizowania (wyprania) pieniędzy uzyskanych z okupów i tym bardziej zatem rośnie stopa zysku.

Piractwo rozwijało się wprawdzie z powodu zaniku podstawowych funkcji państwa i bezhołowia, ale biznes jest to dziś bardzo nowoczesny. Warto uzmysłowić choćby, że porozumienia w sprawach uwolnienia przechwyconych załóg i statków są spisywane przez doskonałych prawników w postaci jak najbardziej formalnych umów/kontraktów. Nikt też nie przyjmie okupu, zanim uznany ekspert wyposażony w najlepszy sprzęt nie stwierdzi, że banknoty są prawdziwe. Uprowadzony statek musi być wyceniony. Odpowiedni fachowiec pobiera za ekspertyzę 10-20 tys. dolarów. Przykłady zaawansowania biznesowego przekładającego się na koszty można mnożyć.

Wpływy z okupów nie są ogromne, ale na tyle duże, że rozwój biznesu wymaga korzystania z banków. „Inwestorzy-finansiści” okupujący najintratniejszy koniec łańcucha pokarmowego piractwa korzystają z usług bankowych w Dżibuti, a przede wszystkim w Dubaju. W przypadku relatywnie mniejszych przedsięwzięć „legalizacja” odbywa się z użyciem zagranicznych kuzynów, stryjów lub ciotek prowadzących z rodziną w kraju najrozmaitsze interesy. Przepływy gotówki mogą budzić podejrzenia, lecz nikt nie ośmieli się kwestionować, że biedakom w Somalii należy się przecież jakieś wsparcie.

Najważniejszy jednak sposób legalizowania przychodów z piractwa to tzw. metoda „handlowa”. Legitymizacja może odbywać się np. w drodze zawyżonego fakturowania. Dostaję do zbója cichcem 20 dolarów do wyprania. Zamawiam za granicą w zaufanym źródle towar wart wprawdzie 100 dolarów, ale akceptuję fakturę na 120 dolarów. Sto będzie moją zapłatą za towar, a 20 dolarów z tej faktury mój partner przekaże na zagraniczne konto zbója, który zamieni w ten sposób parzący ręce okup na najnormalniejsze w świecie pieniądze. Pośrednik jest ważnym ogniwem, bo rozmaitym inspektorom nie są z reguły znane związki między obcymi dla siebie z pozoru ludźmi, a więc trudniej jest wpaść na trop prania pieniędzy.

Pieniądze poruszają się po całym regionie przede wszystkim dzięki bankowości mobilnej z użyciem telefonii komórkowej oraz bez przeszkód przekraczają w formie gotówki zupełnie niestrzeżone granice. Wg jednego z badań Banku Światowego z transferów mobilnych korzysta 30 proc. mieszkańców Somali.

Czuwaliczka jadalna

Pomijając kwestie polityczne i względy polityczne każące finansować różne milicje i służby przyboczne, przychody z piractwa inwestowane są w dużej mierze na miejscu w dość szablonowy sposób obejmujący w pierwszym rzędzie nieruchomości, biznesy hotelarsko-restauracyjne oraz transport i logistykę, a w dalszej kolejności także inne tradycyjne sektory i branże. Pośród tej sztampy wyróżnia się czuwaliczka jadalna.

Międzynarodowa nazwa tej endemicznej tam rośliny to różnie pisane słowo khat. Jej surowe lub suszone liście żute są zupełnie legalnie na Półwyspie Arabskim i w Rogu Afryki od tysiącleci. Ludzie robią to dla przyjemności, bo wydobywają w ten sposób z liści pobudzający alkaloid znany jako katynon. Handel czuwaliczką używaną głównie przez biedaków osiąga corocznie rozmiary kilkuset milionów dolarów i to jest właśnie biznes, w którym inwestowane są często pieniądze z okupów za statki.

Khat uprawiany jest w Afryce przede wszystkim w Kenii. Utrudnieniem jest specyficzna cecha rośliny, która zaczyna tracić katynon już w dwa dni od zbioru. Stąd potrzeba sprawnego transportu. Samoloty z czuwaliczką odlatują z Nairobi do Mogadiszu regularnie trzy razy dziennie, dostarczając w ten sposób ok. 9 ton używki dziennie. Obroty hurtowe khatem odbywają się tradycyjnie w gotówce. Jest to czynnik wzmagający zainteresowanie tą używką ze strony osób organizujących i kontrolujących przedsięwzięcia pirackie, które również osiągają przecież gros przychodów w gotówce. Na ulicy khat można go kupić w Somalii za 20-50 dol/kg, ale szeregowy pirat płaci 100-150 dolarów, bo przecież ma lub będzie miał pieniądze. Ten skok cenowy to kolejny impuls przyciągający do tego geszeftu najgrubsze ryby pirackiego procederu.

Hostis humani generi

Cyceron miał powiedzieć, że piraci to hostis humani generi, czyli wrogowie całej ludzkości. Jeśli uznać również dziś jego punkt widzenia za słuszny, to zwalczanie tej plagi leży w interesie globalnym. Banał tej konkluzji jest oczywisty, ale świat zbierał się do tego zadania bardzo długo, a najpierw dopuścił do całkowitego rozkładu struktur państwowych w Somalii oraz do katastrofalnej klęski głodu w wyniku nienormalnych susz. Teraz na wodach wokół Somalii pływają jednostki z mandatu ONZ, NATO i Unii Europejskiej, a także okręty pod flagą rosyjską, chińską oraz indyjską i zrobiło się tam niemal spokojnie. Być może na dłużej, jeśli promotorom bezpieczeństwa starczy cierpliwości i funduszy. Po drugiej stronie Afryki, w Zatoce Gwinejskiej też grasują piraci rabujący ładunki i też długo trzeba było czekać na nieco żywszą reakcję świata. Kolejny region to morza i cieśniny Azji Południowo-Wschodniej, gdzie drobniejsi rabusie morscy zadowalają się najczęściej tym co znajdą na pokładzie pod ręką, osobistymi rzeczami załogi, a także porwaniami jej członków dla okupu. Za wcześnie więc na odtrąbienie całkowitego zwycięstwa.

Przyczyna główna plagi piractwa to niewydolność struktur współdziałania państw i społeczeństw wobec wyzwań w skali globalnej. Nie można jej usunąć z uwagi na poplątane interesy mocarstw i państw oraz setki nici najróżniejszych zależności politycznych, ekonomicznych, handlowych. Wprawdzie na horyzoncie nie widać poprawy w tym względzie, to ludzie o tym myślą i mają propozycje. Profesor i wytrawny dyplomata Kishore Mahbubani z Singapuru zwraca uwagę na nieznane szerzej w Europie sukcesy współpracy państw ASEAN i podkreśla m.in., że roczny budżet nowojorskiej straży pożarnej wynosi 1,5 mld dolarów, podczas gdy na podstawową działalność ONZ wydaje się marne – jego zdaniem – 1,74 mld dolarów rocznie.

Poza postulatami przeznaczania większych pieniędzy na rozwiązywanie kwestii globalnych zgłasza też pomysł, żeby stałymi członkami Rady Bezpieczeństwa uczynić Unię Europejską, USA, Chiny, Rosję oraz… Indie, Brazylię i Nigerię. Ciekawych przemyśleń ma wiele. Dotrzeć do nich łatwo, bo właśnie ukazała się po polsku jego książka „Wielka Konwergencja. Azja, Zachód i logika jednego świata”. Na koniec znowu jednak o korsarzach.

Zawsze znajdzie się jakiś paradoks

W wymiarze ludzkim groza piractwa sprowadza się w ostateczności do strachu o życie i zdrowie oraz do obaw o dobytek wielkiej najczęściej wartości, choć w tej drugiej kwestii sporo ulgi przynoszą ubezpieczenia. W wymiarze gospodarczym w skali makro możliwe są – tak jak najczęściej w ekonomii – co najmniej dwa podejścia.

W pierwszym nie sposób wyjść ze zdumienia jak wielkie szkody mogą przynieść starania o umiarkowany w końcu przychód. W 2011 r. piraci somalijscy mieliby wymusić od armatorów okupy w łącznej wysokości dochodzącej do 160 mln dolarów, natomiast straty (koszty ochrony i przeciwdziałania) sięgnęły 7 niemal mld dolarów. Szkody jednych były zatem ok. 40 razy większe od korzyści drugich. Jest to współczynnik przybliżający piractwo do regularnych wojen, które są piramidalnym przykładem angażowania ogromnych środków, po to by w kategoriach uzyskanych pożytków obejść się na koniec smakiem.

Widać też jak na dłoni korzyści z prewencji. Z zestawienia Oceans Beyond Piracy wynika, że nakłady rzędu 1 miliarda dolarów z hakiem z puli środków publicznych pozwoliły zahamować, a być może nawet zakończyć plagę piractwa na wodach oblewających Róg Afryki. Jak na świat cały i jego niemały potencjał, koszty nie są zatem ani ogromne, ani nawet duże.

Drugie podejście zgodne jest wyznaniem wiary licznych ostatnio entuzjastów i akolitów myśli popytowej. Można więc oto dowodzić zupełnie serio, że działalność piratów z Somalii, choć wątpliwa etycznie tudzież moralnie i bez wątpienia sprzeczna z prawem wiele dobrego przyniosła ludzkości, bowiem nikły bardzo impuls popytowy w postaci zapotrzebowania na gotówkę zgłaszanego przez łotrów i rzezimieszków z Somalii wywołał popyt na dobra i usługi przewyższający dziesiątki razy realną wartość pierwotnego bodźca. Popyt ten przełożył się na realny PKB i wskaźniki tak pożądanego wzrostu w wielu krajach oraz całych regionach i to właśnie byłoby do okazania poza wszystkim innym. Kto chce, niech więc dalej wierzy, że pobudzanie popytu służy tylko dobru.

|OF

(infografika Darek Gąszczyk/ CC BY-NC by U.S. Pacific Fleet)
(infografika Darek Gąszczyk/CC BY-SA by Defence Images)
Działania-piratów-na-wodach-wokół-Rogu-Afryki CC BY-SA by Defence Images
(infografika DG)
Koszty-przeciwstawiania-się-i-zwalczania-piractwa-somalijskiego-
(infografika DG)
Średnia-wartość-jednorazowego-okupu-wypłaconego-
(infografika DG)
Szacunek-rocznej-wartości-okupów-wypłaconych-piratom-somalijskim-

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Afryka na zawsze dzika?

Kategoria: Trendy gospodarcze
Czy wypada rozpocząć słowami piosenki dla dzieci? O Afryce dzikiej? Minęło sporo czasu, a dzieci, które jej słuchały już dorosły. Asocjacje związane z tzw. Czarnym Lądem wciąż tkwią w naszych głowach. Spójrzmy jednak na Afrykę jako gospodarkę.
Afryka na zawsze dzika?

Portowe trzy gracje szukają inwestorów

Kategoria: Analizy
Do istniejącego DCT w Gdańsku polskie porty chcą zbudować jeszcze trzy kontenerowe terminale głębokowodne. Czy dojdzie do polsko-polskiej konkurencji o armatorów, spedytorów i ładunki?
Portowe trzy gracje szukają inwestorów

Infrastruktura jest łatwym celem cyberataków

Kategoria: Analizy
Atak hakerów na Colonial Pipeline pokazuje, czym grożą cyberataki na infrastrukturę krytyczną. Aby przywrócić rurociągowy transport paliw na wschód USA, zdecydowano się zapłacić okup. Jednak nie zawsze o to chodzi, czasami ważniejszy jest paraliż infrastruktury albo zdobycie cennych informacji.
Infrastruktura jest łatwym celem cyberataków