Ropa nie musi drożeć

05.07.2011
Jest szansa, że ceny amerykańskiej ropy spadną w ciągu roku do poniżej 90 dolarów za baryłkę. Tak uważa dwójka ekonomistów z USA i Kanady, którzy twierdzą, że znaleźli dobrą metodę prognozowania cen surowca. Największe banki inwestycyjne na razie wciąż przewidują odwrotny trend.

(CC BY-NC Tommy Ironic)


Ropa, to drugi główny bohater wydarzeń gospodarczych na świecie. Może z nią konkurować tylko Grecja i jej problemy. Skok cen ropy w pierwszych miesiącach roku jest powszechnie uznawany za główną przyczynę obecnego osłabienia globalnego wzrostu gospodarczego i spadków cen akcji na giełdach. Na początku 2011 r. baryłka ropy WTI (West Texas Intermediate) w USA kosztowała 85 dolarów, a pod koniec kwietnia już 110 dolarów (Brent w Londynie jest droższy o ok. 17 dolarów). Ten wzrost przełożył się na wyższą inflację, niższy wzrost płac realnych i przez to osłabienie globalnej gospodarki.

Przed tygodniem Międzynarodowa Agencja Energii po raz trzeci w historii dokonała interwencji na rynku ropy, uwalniając część rezerw surowca. Cel: walka z inflacją. Ale nie wpłynęło to znacząco na rynek – po krótkim załamaniu, ceny odbiły. WTI kosztuje ok. 95 dolarów.

Prognozy cen ropy mają duże znaczenie dla oceny perspektyw globalnej gospodarki. Istnieje ryzyko, że szybko rozwijające się kraje Azji będą pochłaniały tak dużą ilość surowca, że kraje rozwinięte wpadną w stagnację w skutek wysokich cen. Niektórzy ekonomiści-czarnowidze uważają, że z tego powodu gospodarka USA może po raz kolejny wpaść w recesję.

Wytchnieniem dla tych, którzy obawiali się czarnego scenariusza może być ostatnie ciekawe badanie przedstawione przez Christiane Baumeister (Bank Kanady) i Lutza Kiliana (Uniwersytet Michigan). Twierdzą oni, że cena ropy może obniżyć się do końca 2012 r. nawet do 80 dolarów. Naturalnie sama prognoza nie jest celem ich badań – poszukują oni modelu, który historycznie najlepiej przewidywał ceny ropy. Chodzi o taki model, który wykorzystwałby dane dostępne na bieżąco, a nie z opóźnieniem. Zalety badań Baumeister i Kiliana mogą zatem docenić przede wszystkim analitycy pracujący nad swoim warsztatem. „Uboczny skutek“ tego studium, czyli prognoza cen ropy, może być ciekawy dla wszystkich obserwatorów. Ich badanie zyskało już spory rozgłos w tzw. blogosferze.

Po ile ta ropa?

Używając swojego modelu, opartego na danych z ostatnich 40 lat, Baumeister i Kilian pokazują, że lepiej przewidywał on zmiany cen ropy niż kontrakty terminowe (kontrakt kupna surowca w określonej przyszłości). To dość istotna obserwacja, gdyż notowania kontraktów są bardzo często używane przez banki centralne i ekonomistów prywatnych firm do konstruowania prognoz cen ropy. Autorzy uważają, że ich model może być istotnym udoskonaleniem powszechnie używanych narzędzi analitycznych. Rzeczywistość częściowo zresztą już potwierdziła ich skuteczność. Baumeister i Kilian jako punkt odniesienia dla swoich prognoz przyjęli ostatnie dane dostępne w grudniu 2010 r., a przewidzieli tegoroczny wiosenny wzrost cen. Nie w takiej skali, w jakiej on rzeczywiście nastąpił, ale kierunek przewidywanych zmian był bardzo dobry.

Jaka jest ich prognoza na kolejne kilkanaście miesięcy? Z modelu wynika, że – w zależności od scenariusza – cena ropy WTI może wynosić między 76 a 130 dolarów na koniec 2011 r. i między 66 a 115 dolarów na koniec 2012 r. Należy pamiętać, że są to ceny liczone w dolarach z grudnia 2010 r., czyli po uwzględnieniu inflacji. Jeżeli skoryguje się prognozę o ten czynnik, to cena nominalna ropy (czyli taka jaką obserwujemy na rynku) będzie o kilka dolarów wyższa. Różnica nie będzie jednak znacząca. Co ważne, podstawowy scenariusz nie przebiega przez środek opisanych przedziałów, ale bliżej dolnej granicy. Główna prognoza wskazuje więc, że na koniec tego roku ropa może kosztować w granicach 85 dolarów za baryłkę, a przyszłego – 80 dolarów.

Gdyby rzeczywiście tak było, to dla globalnej gospodarki byłby to niezły scenariusz. Oznaczałby bowiem znaczące zmniejszenie presji inflacyjnej pochodzącej z rynku surowców. W takiej sytuacji banki centralne nie musiałyby spieszyć się z podwyżkami stóp procentowych. Oczywiście niższe ceny ropy odzwierciedlałyby również nieco niższy wzrost gospodarczy, ale w obecnych czasach, kiedy sektor prywatny w krajach rozwiniętych odbudowuje oszczędności i zmniejsza zadłużenie, niższy wzrost może okazać się bezpieczniejszy niż wyższy, ale opłacony rosnącym kosztem pieniądza.

Banki inwestycyjne, których prognozy są zwykle dość uważnie śledzone prognozują dalszy wzrost cen surowca. Analitycy Goldman Sachs twierdzą, że na koniec tego roku cena baryłki WTI będzie wynosiła ponad 100 dolarów, a na koniec przyszłego roku – w granicach 120 dolarów. Po interwencji Międzynarodowej Agencji Energii stwierdzili, że ryzyko dla tych prognoz zwiększyło się, ale na razie ich nie zrewidowali.

Sama Międzynarodowa Agencja Energii jest również dość „byczo“ nastawiona do prognoz cen ropy. W końcu to obawy o zbyt niską podaż stały za czerwcową interwencją agencji. Analitycy MAE uważają, że równowaga między popytem a podażą na rynku ropy jest bardzo delikatna i podatna na zaburzenia. W tym roku popyt na ropę, według szacunków MAE, wzrośnie o 1,3 mln baryłek dziennie (b/d), do 89,3 mln b/d, głównie za sprawą krajów rozwijających się, takich jak Chiny czy Indie.  Do 2015 r. popyt ma się zwiększyć do ok. 94,2 mln b/d. Podaż powinna podążać za popytem, jednak MAE ostrzega, że bufor bezpieczeństwa między potencjałem produkcyjnym a zapotrzebowaniem na ropę jest dość wąski i stąd ryzyko okresowych zaburzeń. Libijska ropa może zaś nie powrócić na rynek aż do 2014 r. w takiej skali, jak przed rozpoczęciem rewolucji w tym kraju.

Światu nie grozi szok naftowy

Jak interpretować rozbieżne prognozy dotyczące kluczowego dla gospodarki surowca? Można je tłumaczyć różnymi założeniami dotyczącymi globalnego wzrostu gospodarczego. Jadnak różnice między prognozami nie są w rzeczywistości tak wielkie, jak mogłoby się wydawać. Różne prognozy, nawet jeżeli wskazują na odmienne scenaiusze dla cen ropy, mają pewne istotne cechy wspólne.

Po pierwsze, nic nie wskauje na to, żeby światu groził kolejny szok naftowy podobny do tego z 2008 r., kiedy ceny wzrosły do niemal 150 dolarów za baryłkę. Taki scenariusz możliwy jest tylko wtedy, jeżeli gospodarki rynków wschodzących przyspieszą do granic przegrzania, a na Bliskim Wschodzie dojdzie do kolejnych zaburzeń w produkcji. W takiej sytuacji globalnej gospodarce groziłoby wyjątkowo twarde lądowanie, jednak prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest niskie.

Po drugie, w sytuacji, kiedy zdolności produkcyjne nie przewyższają znacząco zapotrzebowania na ropę, każde najmniejsze zaburzenie produkcji może mieć duży wpływ na ceny. Dlatego różnica między prognozami w wysokości 30 dolarów nie jest zaskoczeniem i nie musi oznaczać fundamentalnie odmiennego spojrzenia na rynek. Wystarczy, że przyjmie się odmienne założenia dotyczące tempa odbudowy potencjału libijskich zakładów produkcyjnych, a otrzyma się różne prognozy.

Warto zauważyć, że w ostatnich miesiącach dużą rolę w zawirowaniach na rynku ropy odgrywały również czynniki polityczne, a konkretnie – konflikt w ramach OPEC. Różni członkowie kartelu mają odmienne zdanie na temat tego, jaki poziom cen ropy jest bezpieczny dla światowej gospodarki i jak organizacja powinna reagować na wzrost cen. Na początku czerwca doszło do rzadko spotykanego konfliktu między członkami OPEC. Wniosek Arabii Saudyjskiej, której minister Al Naimi był niedawno uznawany za nieformalnego szefa organizacji, aby podnieść limity produkcji o 1,5 mln b/d, przepadł większością głosów 6 do 4. Koalicję przeciw temu wnioskowi montował zaś Iran. Trudno się dziwić, że rynek natychmiast odczytał to jako akt polityczny, zdecydowanie zwiększający niepewność co do zachowań kartelu.

Za niższą przewidywalnością zachowań OPEC idzie jednak również mniejsza rola tej organizacji. Część jej członków w ogóle nie jest w stanie zwiększać produkcji, inne kraje zaś są gotowę zwiększać ją nawet bez zgody reszty. Tak uczyniła np. Arabia Saudyjska, która od kwietnia zwiększyła wydobycie o kilkaset tysięcy baryłek dziennie. Z tego powodu ogólne wydobycie krajów OPEC jest o ok. 6 proc. wyższe od limitu wynoszącego 24,8 mln b/d. Możliwe zatem, że w dłuższym okresie zdolność OPEC do zaburzania cen na rynkach zmaleje. Jest to jednak dłuższa perspektywa.


Tagi


Artykuły powiązane