Stagflacja czai się za rogiem

Społeczeństwo ubożeje, bo trudno o pracę, a inflacja zżera resztę oszczędności. To właśnie jest stagflacja. Świat stoi na jej progu dzięki luźnej polityce Fed, rewolucji północnoafrykańskiej, zaciskającej się pętli zadłużenia w Europie i serii klęsk żywiołowych z ostatnich kilkunastu miesięcy.

Według podręcznikowej definicji stagflacja to zjawisko utrzymywania się wysokiej inflacji w warunkach stagnacji gospodarczej i wysokiego bezrobocia. Na ogół spowodowana jest tzw. szokiem podażowym: ograniczenie podaży jakiegoś dobra konsumpcyjnego powoduje wzrost jego ceny nawet przy słabym popycie wywołanym przez duże bezrobocie i spadek aktywności gospodarczej.

Pierwsza opisana stagflacja miała miejsce w latach 70-tych ubiegłego wieku i po części była skutkiem ubocznym wojny Yom Kippur. Ropa stała się narzędziem nacisku politycznego. Kraje arabskie zrzeszone w OPEC bez żadnych skrupułów wykorzystały swoją dominującą wówczas pozycję na rynku i zdecydowały o ograniczeniu wydobycia, a na kraje popierające Izrael – w tym USA – nałożyły embargo. Utrzymywano je od połowy października 1973 roku do marca 1974 roku. Skutek był poważny: gwałtowny, niemal czterokrotny skok ceny baryłki ropy (z około 3 dolarów do 11 dolarów) i wepchnięcie szeregu gospodarek państw uprzemysłowionych uzależnionych od ropy w stagnację. Dotyczyło to zwłaszcza gospodarki USA, która przez kolejne dwa lata z mozołem wychodziła z recesji i walczyła z wysoką, sięgającą 13 proc. inflacją.

Zjawiska pierwszej stagflacji nie można jednak tłumaczyć tylko polityczną decyzją o ograniczeniu wydobycia ropy. Zaczęło się od zdewaluowania dolara. Jeszcze w 1971 roku USA zrezygnowały z wymienialności dolara na złoto i zdewaluowały go o 10 proc. Kolejną dewaluację Amerykanie przeprowadzili w 1973 roku, na krótko przed szokiem naftowym. To było jak zaproszenie dla wzrostu inflacji. Szok podażowy tylko wzmocnił te tendencje.

Powtórka z lat 70-tych?

Dzisiejsza sytuacja nieco przypomina tę z połowy lat 70-tych. Głównym źródłem wzrostu cen na świecie jest drukowanie dolara przez amerykański Fed, co ma zapewnić płynność amerykańskim instytucjom finansowym. W praktyce polega to na wykupywaniu z rynku obligacji przez system Rezerwy Federalnej. Wartość tzw. drugiego etapu luzowania ilościowego to 600 mld dolarów. Taki zastrzyk gotówki instytucje finansowe lokują w aktywa na całym świecie, nie tylko w USA, m.in. na rynkach surowców. Ceny żywności, miedzi, złota, czy srebra rosną niemal nieprzerwanie od kilkunastu miesięcy. To skutek napływu taniego kapitału z USA.

Zwiększanie podaży pieniądza przez Fed to jednak nie jedyny powód. W ciągu ostatniego roku przez świat przetoczyła się seria klęsk żywiołowych, które spowodowały spadek zbiorów w rolnictwie. Zaczęło się od zbóż: susza w Rosji w lecie 2010 roku zepsuła żniwa na tyle, że kraj ten – jeden z największych producentów na świecie – zakazał eksportu zboża. Susze w Brazylii i jej problemy z logistyką przełożyły się z kolei na skok cen cukru. Kropką nad „i” były powodzie w Australii, które ograniczyły zbiory zbóż i huragan, który spustoszył uprawy trzciny cukrowej w tym kraju.

Drożejąca żywność prędzej, czy później musiała spowodować wzrost napięć społecznych w krajach, które są jej importerami. Tak też się stało: wysokie ceny w sklepach stały się zarzewiem buntu przeciwko autorytarnej władzy w Afryce Północnej. O ile rozruchy w Tunezji i Egipcie nie miały bezpośredniego przełożenia na rynki finansowe, o tyle rewolucja w Libii – jednego z krajów OPEC – już tak. Choćby dlatego, że rebelianci opanowali kluczowe porty naftowe, a wydobycie ropy praktycznie stanęło. Doszło do szoku podażowego na rynku ropy. Efekt: wzrost cen tego surowca.

PKB raczej nie przyspieszy

Zdaniem Dariusza Winka, głównego ekonomisty BGŻ, scenariusz stagflacji w gospodarkach rozwiniętych jest dziś bardzo prawdopodobny.

– I nie mówimy tu o roku, czy dwóch. To może potrwać kilka dobrych lat – mówi ekonomista. I wymienia główne czynniki, jakie mogą spowodować gospodarczą stagnację. Pierwszy to ograniczenie podaży kredytów. Po ostatnim kryzysie finansowym nadzory bankowe bardzo starannie kontrolują systemy pod kątem płynności i zabezpieczeń kapitałowych. Dotyczy to np. Europy, gdzie dużą wagę przykłada się do wymogów płynnościowych i stabilności finansowania.

– Kredyt był mechanizmem stymulującym wzrost gospodarczy w wielu krajach. Teraz będzie trudniej o pieniądz kredytowy i to nie ze względu na zaostrzanie polityki stóp procentowych tylko z powodu zaostrzenia wymogów nadzoru. Będzie to poważnym czynnikiem ograniczenia tempa wzrostu gospodarczego – mówi Dariusz Winek.

Tempo wzrostu gospodarczego może zostać ograniczone też ze względu na walkę z długiem publicznym, jaką podjęły niektóre kraje. A właściwie zostały zmuszone do tego, by ją podjąć ze względów na coraz większe problemy z rolowaniem narastającego długu.

– Deficyty się kurczą stopniowo, ale dług publiczny nadal narasta. Deficyt – choć redukowany – jest wciąż większy niż nominalne tempo wzrostu PKB. Okres stabilizowania wielkości zadłużenie do PKB może potrwać nie dwa, ale może nawet pięć lat. A redukcja deficytu może oznaczać redukcję popytu krajowego – uważa ekspert BGŻ.

I trzeci czynnik ograniczający wzrost PKB to drożejące surowce. Producenci już borykają się z coraz większymi kosztami produkcji. W warunkach ograniczonego popytu nie zawsze będą w stanie przerzucić większe koszty na konsumentów. A to oznacza spadek marż i zmniejszenie przychodów. Efektem może być ograniczenie aktywności gospodarczej.

Ryzyko stagflacji w Polsce – jeszcze niewielkie

Ekonomiści na razie ostrożnie wypowiadają się o ryzyku stagflacji w Polsce – choć do końca nie chcą go wykluczyć. O ryzyku stagflacji w naszej gospodarce ostrzegał już rok temu członek Rady Polityki Pieniężnej Andrzej Rzońca. Choć wówczas postrzegał to ryzyko jako niezbyt wysokie.

Sęk w tym, że scenariusz, o jakim wtedy mówił Andrzej Rzońca, zaczyna się spełniać. Rosną ceny surowców. Kraje borykające się z problemem nadmiernego zadłużenia ograniczają deficyty, co często idzie w parze z podnoszeniem podatków. Na taki ruch zdecydował się m.in. polski rząd wprowadzając wyższe stawki VAT. A kolejne ruchy ma w planach: wzrost akcyzy od papierosów, czy zamrożenie progów podatkowych. Analitycy dodają, że może wygasnąć kolejny impuls popytowy, który dziś pcha polska gospodarkę do przodu: unijne programy wsparcia. Za dwa-trzy lata możemy mieć poważny problem z utrzymaniem tempa wzrostu gospodarczego w przedziale 3,5-4 proc. Wskazuje na to m.in. projekcja centralnej ścieżki wzrostu PKB przygotowana przez Instytut Ekonomiczny NBP.

– Na razie możemy powiedzieć, że inflacja w Polsce będzie w tym roku wysoka, i pewnie w kilku kolejnych latach także. Co do tempa wzrostu gospodarczego: w 2013 r. może być niższe niż w 2012 – ale to może być dopiero pierwszy rok spowolnienia. Głębszego spodziewałbym się dopiero w 2014 roku. Słabo będzie może nawet w 2015. Najbliższe trzy lata wydają się trudniejsze z perspektywy polskiej gospodarki – mówi Dariusz Winek.

Jego zdaniem to, czy Polska będzie w stanie utrzymać ponad 3-proc. tempo wzrostu w dłuższym okresie będzie zależało od kilku czynników. Pierwszy to szybkość, z jaką świat poradzi sobie ze stagflacją.

– Musielibyśmy też utrzymać pewne przewagi konkurencyjne, jakimi są np. niskie koszty pracy i stosunkowo niskie ceny wynikające ze słabego złotego. W perspektywie drugiej połowy tej dekady największym zagrożeniem jest to, że posiadanych dziś jeszcze przewag nie uda się już utrzymać – uważa Dariusz Winek.

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Co z tą ropą?

Kategoria: Analizy
Po ataku Rosji na Ukrainę cena ropy naftowej przebiła barierę 100 dolarów za baryłkę po raz pierwszy od 2014 r. Obecny wzrost cen powodują przede wszystkim czynniki podażowe.
Co z tą ropą?