Autor: Tomasz Świderek

Dziennikarz specjalizujący się w tematach szeroko rozumianej branży telekomunikacyjnej i nowych technologii.

Świat ucieka Europejskiej Agendzie Cyfrowej

Na półmetku europejskiego programu upowszechnienia dostępu do łączy szerokopasmowych jego cele są zagrożone, o czym mówią już urzędnicy unijnego komisarza ds. gospodarki cyfrowej i społeczeństwa. Europa oddaje pola Azji, co przełoży się na wyniki gospodarcze, bo zwiększenie dostępności do internetu o 10 pkt proc. powoduje wzrost PKB o 1 proc.
Świat ucieka Europejskiej Agendzie Cyfrowej

(CC by Fotografia 5k)

Gdy w 2010 roku Komisja Europejska ogłaszała cele Europejskiej Agendy Cyfrowej (EAC), uwzględnione w nich parametry łączy internetowych wydawały się imponujące. Dziś coraz częściej słychać, że nawet jeśli Europa zrealizuje te cele – co nie jest takie pewne – to i tak nie dogoni światowej czołówki. EAC zakłada, że w 2020 roku każdy mieszkaniec krajów Unii będzie mógł skorzystać z łącza internetowego o przepływności 30 Mb/s, a co najmniej połowa z łącza nie wolniejszego niż 100 Mb/s. Ogłaszając EAC, Komisja Europejska liczyła, że pozwoli ona Staremu Kontynentowi dogonić świat.

Dziś, gdy EAC jest w połowie drogi, Komisja ma świadomość, że cel dotyczący dostępności najszybszych łączy (ponad 100 Mb/s) może nie zostać osiągnięty. Mówiła o tym w lutym podczas FTTH Congress Anna Herold z gabinetu Günthera Oettingera, unijnego komisarza ds. gospodarki cyfrowej i społeczeństwa.

Zwiększanie dostępności i prędkości szerokopasmowego internetu nie jest sztuką dla sztuki. Z ogłoszonych w 2011 roku wyników badań przeprowadzonych przez Ericssona (czołowy producent sprzętu telekomunikacyjnego, właściciel renomowanej jednostki badawczej Ericsson ConsumerLab), firmę doradczą Arthur D. Little i Uniwersytet Technologiczny Chalmers w Göteborgu wynika, że podwojenie prędkości łączy internetowych powoduje wzrost PKB o 0,3 proc. Rok wcześniej Ericsson i Arthur D. Little wykazali, że wzrost penetracji internetu o każde 10 pkt proc. powoduje wzrost PKB o 1 proc.

Z kolei Columbia Institute of Tele-Information wyliczył, że gdyby w Niemczech przeprowadzono intensywne inwestycje, w wyniku których połowa gospodarstw domowych miałaby dostęp światłowodowych łączy internetowych, to przez 10 lat PKB rósłby dodatkowo po 0,6 proc. rocznie i powstałby 1 mln nowych miejsc pracy.

Magia prędkości

Dla wielu użytkowników internetu w Polsce zapisane w EAC parametry dotyczące przepływności łącza nadal wyglądają atrakcyjnie, a to dlatego, że według szacunków Komisji Europejskiej tylko około 1,5 mln łączy pozwala pobierać dane z prędkością od 30 Mb/s. To zaś oznacza, że może z nich skorzystać około 4 mln mieszkańców naszego kraju. Pozostali – o ile mają dostęp do internetu – korzystają głównie z łączy o przepływności do 10 Mb/s.

Poza tym nadal są miejscowości, w których jedyną szansą na dostęp do globalnej sieci jest internet dostarczany przez operatorów mobilnych, a jego rzeczywiste parametry zazwyczaj daleko odbiegają od reklamowanych. Dzieje się tak, bo pokazywane w reklamach prędkości są możliwe w sytuacji, gdy z mobilnego internetu na danym terenie korzysta… jedna osoba. Gdy pojawią się kolejne, reklamowana maksymalna prędkość jest dzielona między użytkowników.

W krajach Unii w połowie 2014 roku 70 proc. łączy miało prędkość powyżej 10 Mb/s, ale tylko 23 proc. nie mniejszą niż 30 Mb/s. Światowa czołówka, do której Unia chce doszlusować, wdrażając EAC, jest coraz dalej. Azjatyckie telekomy coraz częściej oferują łącza 1 Gb/s. Tak szybki internet pojawia się też w ofercie amerykańskich operatorów. W Hongkongu tamtejszy operator HKT w lutym uruchomił abonenckie łącza o przepływności 10 Gb/s.

Olbrzymie prędkości łączy internetowych uzyskuje się głównie dzięki doprowadzaniu światłowodów do mieszkań (technologia FTTH) lub do budynków (technologia FTTB). Z danych OECD wynika, że w Japonii 71,5 proc. internetowych łączy dostępowych to światłowody. Wśród państw OCED drugą pozycję w światłowodowym rankingu ma Korea Południowa (66,3 proc. ogółu łączy to światłowody), a trzecie Szwecja (40,7 proc.). Polska ze wskaźnikiem 4 proc. (około 242 tys. łączy FTTH/B) jest na 19. pozycji.

Według danych firmy Akamai w III kwartale 2015 roku wśród 10 krajów świata z największą rzeczywistą – zmierzoną na serwerach Akamai, które są umieszczone w 102 krajach świata – średnią prędkością internetu były cztery państwa z Azji i sześć europejskich, w tym pięć unijnych. USA było poza pierwszą dziesiątką.

Pierwsza trójka to Korea Południowa, Hongkong i Japonia, a więc kraje, które w dostępie do internetu postawiły na światłowody. Kolejne miejsca zajęły Szwajcaria i Szwecja.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

(infografika Dariusz Gąszczyk)

Gdy popatrzymy na zestawienie państw, w których największa część użytkowników ma łącza szybsze niż 15 Mb/s (to minimalna przepływność w kierunku do użytkownika, która pozwala oglądać w streamingu wideo w jakość 4k zwanej też Ultra HD) na szczycie globalnej czołówki znów są trzy kraje z Azji. W Korei Południowej taką prędkość ma 66 proc. łączy, w Hongkongu 37 proc., a w Japonii 33 proc.

Polska w statystykach Akamai jest w czwartej dziesiątce ze średnią prędkością 8,6 Mb/s (33. pozycja na świecie) i 11 proc. łączy gotowych do 4k (30. miejsce).

Po co tak szybkie łącza? Najlepiej na to pytanie odpowiada definicja szybkiego internetu używana amerykańskim w prawie telekomunikacyjnym. Mówi ona, że szerokopasmowy internet musi pozwalać użytkownikom na korzystanie (wysyłanie i odbieranie) z wysokiej jakości głosu, danych, grafiki i wideo w dowolnej technologii.

By dostosować zapisane w prawie parametry do rzeczywistości (coraz powszechniejsze jest wideo 4k i jednoczesne korzystanie z łącza kilku użytkowników przez domowe hotspoty WiFi) w styczniu amerykański regulator rynku telekomunikacyjnego ogłosił, że szybki internet musi pozwalać na ściąganie danych z prędkością nie mniejszą niż 25 Mb/s i ich wysyłanie z prędkością nie mniejszą niż 3 Mb/s. Poprzednia definicja z 2010 roku mówiła odpowiednio o 4 Mb/s i 1 Mb/s.

Komisja Europejska uważa, że o szerokopasmowym internecie można mówić, gdy dane pobierane są z przepływnością nie mniejszą niż 144 kb/s. O prędkości wysyłania KE nie wspomina.

Według specjalistów, by w streamingu oglądać w serwisie Netflix kolejne odcinki „House of Cards” w jakości 4k, potrzebne jest łącze o przepływności co najmniej 15 Mb/s. Sam Netflix rekomenduje 25 Mb/s. Gdy wideo 4k równolegle na różnych urządzeniach ogląda kilka osób, potrzebne jest łącze o odpowiednio większej przepływności. A wszystko wskazuje na to, że 4k to nie wszystko i nim skończy się dekada, jakość wideo wzrośnie do 8k. A taka jakość potrzebuje już 100 Mb/s.

Wydatki nieprędko się zwrócą

Zaspokojenie oczekiwań konsumentów i biznesu jest kosztowaną dla operatorów inwestycją. Według różnych szacunków pobudowanie światłowodowych łączy internetowych docierających do każdego gospodarstwa domowego w krajach Unii kosztowałoby 221–261 mld euro. W Polsce byłaby to inwestycja rzędu 10,5 mld euro.

Takich pieniędzy nie ma ani Polska, ani Europa. Dlatego budując szybki internet, kraje Unii podążają metodą hybrydową, czyli wykorzystują różne technologie (światłowody, łącza miedziane, technologie radiowe). W 2013 roku eksperci z firmy badawczej Point Topic oceniali, że dzięki temu koszty, jakie trzeba jeszcze ponieść na realizację celów EAC, można ograniczyć do 82 mld euro. Szacunki dotyczące Polski mówiły o 3,4 mld euro.

Poza olbrzymimi pieniędzmi kluczowe dla szerokopasmowych inwestycji jest podejście do nich szefów firm telekomunikacyjnych. Zasiedziali europejscy operatorzy, tacy jak Deutsche Telekom czy grupa Orange, są zakładnikami short-termismu, czyli patrzenia przez zarząd spółki na firmę i jej wyniki oczyma nastawionych na kwartalne zyski, dywidendę oraz wykup akcji inwestorów finansowych. Takie podejście do firmy sprawia, że wszelkie inwestycje, których okres zwrotu mógłby być wyższy niż trzy, pięć lat, są przez zarządy z definicji odrzucane. Dotyczy to także inwestycji, od których zależy długoterminowa przyszłość spółki. Stąd niechęć wielkich operatorów do inwestowania w światłowodowy dostęp do internetu. Średni okres zwrotu z takich inwestycji to około 10 lat, a przedstawiciele niektórych budujących sieci dostępowe FTTH skandynawskich dostawców internetu mówią wręcz o kilkunastu latach.

Zamiast inwestować w światłowody, większość zasiedziałych operatorów w Europie decyduje się na przyspieszanie internetu przy pomocy technologii, które wykorzystują istniejące już łącza miedziane. Tak m.in. postępuje niemiecki Deutsche Telekom, brytyjskie BT i austriacki Telekom Austria. Na światłowody postawiła natomiast hiszpańska Telefonica i portugalski Portugal Telecom.

Światłowody stają się też coraz popularniejsze w Rosji, gdzie – jak twierdzą przedstawiciele FTTH Council Europe – sieć miedziana jest w tak fatalnym stanie, że jej modernizacja jest nieopłacalna. W końcu 2014 roku w Rosji było 13,5 mln klientów FTTH/B, a więc tylko o 1,8 mln mniej niż we wszystkich pozostałych krajach europejskich. Rostelecom, rosyjski operator zasiedziały, twierdzi, że w końcu 2014 r. w zasięgu jego światłowodowej sieci dostępowej było 25 mln rosyjskich gospodarstw domowych, z których 25 proc. korzystało z FTTH/B. Operator planuje, że za dwa lata liczba mieszkań z dostępem do światłowodowych łączy internetowych wzrośnie do 33 mln. W efekcie 2/3 mieszkańców kraju będzie mogło korzystać z dostępu do internetu w tej technologii. W ocenie FTTH Council w 2019 roku ze światłowodowych technologii dostępowych będą korzystały 22 mln rosyjskich gospodarstw domowych.

Tym, co różni operatorów, którzy zamiast światłowodów zdecydowali się miedź, jest wybrana technologia, a co za tym idzie maksymalna prędkość internetu w miedzianym łączu. DT postawił na VDSL vectoring, zaś Telekom Austria i BT na G.fast. W efekcie niemieccy klienci DT mogą liczyć najwyżej na 100 Mb/s, zaś Austriacy (TA) i Brytyjczycy(BT) na nawet 500 Mb/s. Koszty wdrożenia tych technologii w miastach są kilkukrotnie niższe niż FTTH.

Stawiając na przyspieszenie miedzianych łączy, operatorzy zasiedziali przez lata przegrywali walkę o klientów i tracili rynek. O ile w końcu 2005 roku obsługiwali 50,3 proc. ogółu szybkich łączy internetowych, to w czerwcu 2014 roku było to już tylko 42,2 proc. Unijny rynek wzrósł w tym czasie o 165 proc., do niemal 157 mln łączy.

Wielkie telekomy przegrywały zarówno z nowymi graczami oferującymi światłowody, jak i z sieciami telewizji kablowej. Te ostatnie – dzięki dostępnej dziś technologii DOCSIS 3.0 – mogą oferować nawet 300 Mb/s, a gdy komercyjnie pojawi się DOCSIS 3.1, prędkość przesyłu do klienta może wzrosnąć do 10 Gb/s, zaś wysyłania danych do 1 Gb/s.

Polska rzeczywistość

Najwięksi polscy operatorzy stacjonarni do tej pory przyspieszali internet na łączach miedzianych i unikali inwestowania w światłowodowe sieci dostępowe. Jeśli je budowali, to praktycznie tylko w dużych miastach, czyli tam, gdzie koszty inwestycji są najniższe i jest szansa, że zwrócą się w nie więcej niż trzy lata.

Netia, największy operator alternatywny, ma m.in. w Łodzi i Wrocławiu łącznie 176 tys. takich łączy, a klienci używają kilkunastu tysięcy z nich. Netia ma te łącza tylko dlatego, że przejęła Telefonię Dialog, której zarząd widział w FTTH szansę na zdobycie przewagi konkurencyjnej i zdecydował się na inwestycje, wykorzystując wsparcie ze środków unijnych.

Orange Polska przez kilka lat prowadził za własne pieniądze ostrożny pilotaż w Warszawie i Lublinie. Dzięki niemu w końcu 2014 r. miał 78 tys. łączy gotowych do użycia i 14 tys. klientów FTTH. Firma obiecuje teraz intensywniejsze inwestycje w światłowody do domu i do budynku, ale tylko w dużych miastach. Zapowiada, że w 2015 roku wyda na nie 450 mln zł, co pozwoli zwiększyć zasięg światłowodów do 650 tys. gospodarstw domowych na koniec roku.

Poza miastami w światłowody inwestują mali operatorzy, którzy często korzystają z wartego łącznie 200 mln euro unijnego dofinansowania udostępnionego w Programie Operacyjnym Innowacyjna Gospodarka działanie 8.4. Według szacunków Krajowej Izby Komunikacji Ethernetowej dzięki unijnemu wsparciu ma szansę powstać 165 tys. łączy światłowodowych.

Nakierowane na klienta wielkomiejskiego podejście największych graczy może się nieco zmienić, jeśli uda im się (a w praktyce jeśli uda się Orange, bo szefowie Netii zadeklarowali, że inwestycje w rozwój sieci dostępowej na razie ich nie interesują) uzyskać dostęp do unijnego dofinansowania przewidzianego w Programie Operacyjnym Polska Cyfrowa (POPC). Na wspieranie w latach 2015–2020 inwestycji w szybkie łącza dostępowe na terenach pozamiejskich przewidziane jest w nim ponad 1 mld euro. Eksperci oceniają, że wykorzystując te pieniądze oraz środki operatorów, można by wybudować poza miastami co najmniej 2 mln nowych linii FTTH.

Według firmy badawczej Audytel do końca 2019 roku w Polsce ma szansę powstać do 5 mln światłowodowych łączy dostępowych.

Internet drugiej kategorii

Unijne pieniądze na budowę internetowych łączy dostępowych wydawane są nie tylko w Polsce. W niektórych krajach inwestycje są wspierane także przez państwo. W Austrii na ten cel w latach 2016–2020 przeznaczone ma być 1 mld euro uzyskane w 2013 roku z aukcji częstotliwości 800 MHz. O wiele większe pieniądze ze środków samorządowych i budżetu państwa przeznacza na ten cel Francja w ramach ogłoszonego w 2012 roku 10-letniego programu budowy światłowodów dostępowych. Inwestycje szacowane są 20 mld euro. Około 1/3 mieliby samodzielnie zainwestować francuscy operatorzy, kolejne 33 proc. samorządy i operatorzy, a resztę samorządy i rząd.

– Nikt nie może wydawać pieniędzy podatników na rozwiązania, które za pięć lat będą przestarzałe – mówiła Karin Ahl, prezes FTTH Council Europe, podczas odbywającej się w lutym 2015 roku w Warszawie FTTH Conference. Wtórowała jej Nadia Babaali, rzeczniczka FTTH Council Europe, twierdząc, że łącza 30 Mb/s to internet drugiej kategorii.

Karin Ahl podkreślała, że publiczne pieniądze powinny być lokowane w przedsięwzięciach, których nie trzeba będzie modernizować za 10–20 lat. Dodała, że niektóre kraje popełniły błąd i dofinansowały budowę wolnych łączy, i teraz zastanawiają się, co z tym fantem zrobić.

Choć nie podała przykładów, to mogła mieć na myśli także Polskę. W pierwszych prowadzonych u nas naborach szerokopasmowych inwestycji wspieranych ze środków unijnych dofinansowanie uzyskiwały projekty, w których planowano wybudować łącza o przepływności kilku, kilkunastu Mb/s.

Pułapki zbyt wolnych łączy nie uniknął także Urząd Komunikacji Elektronicznej, podpisując późną jesienią 2009 roku porozumienie z Orange Polska (wówczas Telekomunikacja Polska). W zamian za uniknięcie podziału na część hurtową i detaliczną Orange zobowiązało się m.in., że w ciągu trzech lat wybuduje i zmodernizuje w sumie 1,2 mln łączy.W dokumencie zapisano, że najszybsze – miał ich być 1 mln – będą miały przepływność nie mniejszą niż 6 Mb/s, a pozostałe nie mniej niż 2 Mb/s. Dopiero po dwóch latach UKE dostrzegł, że 6 Mb/s to zbyt mało i po renegocjacjach warunków porozumienia Orange zgodziło się do końca 2013 roku wybudować 220 tys. łączy o przepływności nie mniejszej niż 30 Mb/s.

(CC by Fotografia 5k)
(infografika Dariusz Gąszczyk)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

5G staje się rzeczywistością, czyli zderzenie PowerPointa z Excelem

Kategoria: Analizy
Dziś technologia 5G potrzebna jest przede wszystkim producentom sprzętu telekomunikacyjnego. Jutro będzie potrzebna operatorom. Pojutrze firmom. A dla konsumentów najlepiej byłoby, gdyby w ogóle nie dostrzegli, że już z niej korzystają.
5G staje się rzeczywistością, czyli zderzenie PowerPointa z Excelem

Polska droga do 5G

Kategoria: Analizy
Z komunikatów marketingowych operatorów komórkowych wynika, że wiosną Polska weszła w erę technologii 5G. W świecie realnym jedyną zmianą, którą dostrzegą pierwsi polscy klienci usług piątej generacji będzie pojawienie się znaczka 5G na wyświetlaczach smartfonów.
Polska droga do 5G

Wykluczenie cyfrowe coraz bardziej bolesne

Kategoria: Analizy
Prawie połowa światowej populacji wciąż nie korzysta z internetu. W czasie pandemii utrudnia to lub uniemożliwia dostęp do wielu dóbr i świadczeń socjalnych, pogłębiając społeczne wykluczenie. Potrzeba więcej inicjatyw, aby ten stan zmienić.
Wykluczenie cyfrowe coraz bardziej bolesne