Autor: Jan Cipiur

Dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii

System emerytalny: jeden filar i dwa kikuty

Nie słychać, by ktoś kwestionował praktykę polemiczną polegającą na porównywaniu rzeczywistych stóp zwrotu z inwestycji dokonywanych przez OFE ze „stopami zwrotu” przypisywanymi działalności ZUS. Ale osoby z cenzusem baczyć powinny, żeby nie porównywać jabłek z gruszkami. W budżetowej bitwie o kikut II filara mało kto trzyma się elementarnych zasad debaty.
System emerytalny: jeden filar i dwa kikuty

(CC By SA garryknight)

Tylko niewiarygodnie ufnym optymistom mogłoby się wydawać, że podstawowe fakty nie budzą wątpliwości. Warto więc powtarzać stale, że w odróżnieniu od OFE Zakład Ubezpieczeń Społecznych, zawiadujący Funduszem Ubezpieczeń Społecznych, nie prowadzi żadnych inwestycji kapitałowych. Przyczyna jest banalna – w znaczeniu inwestycyjnym ZUS nie ma kapitałów. W ujęciu bilansowo-księgowym Zakład ma oczywiście różne kapitały, tak jak musi je mieć każdy podmiot gospodarczy, ale to akurat nie gra w omawianym kontekście żadnej roli.

Fatamorgana, czyli kapitał w ZUS

ZUS to jedynie buchalter i zarazem kasjer, przyjmujący gotówkę pochodzącą ze składek emerytalno-rentowych wpłacanych przez pracobiorców i pracodawców. Zakład absorbuje także wielkie środki publiczne w formie dotacji z budżetu państwa, gdy pieniędzy ze składek na bieżące wypłaty emerytur nie starcza. Nie starcza ich w Polsce od zarania wprowadzenia solidarności międzypokoleniowej w emeryturach, więc z tego punktu widzenia nie tylko nie jest to, ale też nigdy nie był dobry system.

Wszystko to, co wpływa do ZUS w poszczególnych okresach rozrachunkowych wypływa z rachunków tej instytucji w formie świadczeń emerytalno-rentowych i socjalnych dla osób w stanie spoczynku zawodowego, w niedyspozycji zdrowotnej lub w innej potrzebie życiowej. W najlepszym przypadku (gdy jakimś cudem nie ma deficytu) wpływy bilansują się z wypływami i nic nie pozostaje do zagospodarowania w formie inwestycji. ZUS zatem niczego nie inwestuje z tej prostej przyczyny, że w kategorii ewentualnych zasobów do zagospodarowania na przyszłość jest goły niczym święty turecki.

Niekiedy „budżet” ma się gorzej i skoncentrowany jest nie na potrzebach społecznych (którym ma w teorii służyć), lecz prawie wyłącznie na własnych trudnościach. Wówczas minister finansów nie przekazuje do ZUS tyle ile potrzeba i obiecał. Dzieje się tak właśnie teraz. W takiej sytuacji ZUS musi na emerytury pożyczać od banków na procent. Jest to zapewne procent istotnie wyższy od stopy podstawowej banku centralnego. Czym zatem jest „stopa zwrotu” w ZUS? Fatamorganą – brzmi jedyna prawdziwa odpowiedź.

W czystym systemie solidarnościowym zwanym także repartycyjnym lub po angielsku – pay as you go obecny pracownik, który kiedyś zostać ma emerytem, otrzymuje dziś swoją comiesięczną pensję oraz obietnicę świadczenia pieniężnego w przyszłości. Obietnica taka to nic innego jak odroczone wynagrodzenie. Zamiast wypłacić zatrudnionemu np. 3000 zł pensji mówi mu się, że teraz będzie otrzymywał co miesiąc np. po 2000 zł, ale za to na starość będzie miał mniej lub bardziej sowitą emeryturę.

W domyślnym przekazie sugeruje się ofierze manipulacji, że różnica w wysokości 1000 zł stanowiąca w tym przykładzie kwotę składek emerytalno-rentowych będzie bezpiecznie zainwestowana, a gdy nadejdzie właściwy czas, po pomyślnym pomnażaniu składek przez długie lata udanych operacji na rynkach finansowych, stanie się źródłem pokrycia świadczeń emerytalnych. Większość ludzi, albo nie ma żadnej orientacji, albo jest święcie przekonana, że tak właśnie funkcjonuje system solidarnościowy. Większość ta nie przyjmuje do wiadomości, że w systemie repartycyjnym jedynym pokryciem dla wypłat emerytur są bieżące składki i podatki. Bez składek i podatków nie ma w tym modelu emerytur – bo skąd?

Miraże polityków

Świadczenia emerytalne są elementem makroekonomicznej gry politycznej. Z punktu widzenia rządów największym dobrem jest wysoki wzrost gospodarczy umożliwiający sprowadzenie bezrobocia do rozmiarów tak małych, że pomijalnych w trakcie sporów politycznych i walki o władzę. Warunkiem koniecznym dla takiego scenariusza są niskie koszty pracy. Warunkiem niedużych kosztów pracy jest niski poziom płac i składek na zabezpieczenie socjalne.

Niezadowolenie obywateli ze skromniejszych uposażeń będących pochodną niedużych kosztów pracy można próbować rozładowywać obietnicami szczęścia na emeryturze, a ubytki w systemie ZUS wynikające ze zbyt niskich składek (lub zbyt wysokich świadczeń) pokrywać z podatków. Daniny i haracze pobierane przez państwo i tak zawsze budzą niezadowolenie, ale jego intensywność maleje, gdy łatwo o pracę. Na tej m.in. zasadzie miraże emerytur pod palmami nie spotkały się w swoim czasie ze zdecydowaną ripostą ze strony władzy, bowiem były jej na rękę. Kierowały myśli ku wygodnej w obietnicach przyszłości i zmniejszały (choćby nieznacznie, ale zawsze) bieżące naciski na wzrost wynagrodzeń.

Wprawdzie rośnie grono wyznawców teorii wiążących powodzenie gospodarcze z pobudzaniem popytu konsumpcyjnego, który rośnie podobno tym bardziej im szybciej rosną koszty pracy, to dobrze by jednak było, gdyby nie zdołali praktykować swojej wiary na Polakach. Jest to teoria tak samo dobra i skuteczna, jak kiedyś fałszowanie monet przez licznych władców. Wzmianka o odroczonych wynagrodzeniach nie miała na celu propagowania podwyższania w Polsce kosztów pracy, lecz podkreślenie, że w warunkach repartycyjnego systemu emerytalnego indywidualni pracownicy całkowicie tracą kontrolę nad składkową częścią przypadających na nich kosztów pracy i zdają się na wyłączną łaskę polityków, którzy obejmą władzę za kilkadziesiąt lat. Już samo to powinno być nokautującym argumentem za obroną II filara i jednoczesnym doskonaleniem systemu OFE oraz za rozwojem filara trzeciego, czyli zachętami dla osobistej zapobiegliwości.

Tzw. „stopa zwrotu” osiągana w ZUS to skrót myślowy mający uzmysławiać, że wielkości zobowiązań emerytalnych odnotowywanych przez ZUS są pochodną tempa dotychczasowego wzrostu gospodarczego i przyjętych wskaźników rewaloryzacji. Zdarzający się niekiedy dobry wzrost oznacza zadowalające wpływy podatkowe, a rosnące z ich tytułu dochody budżetowe ułatwiają decyzje o podwyższeniu stopy rewaloryzacji emerytur. Opieranie nadziei materialnych na przyszłość na satysfakcjonującym wzroście gospodarczym w kraju w następnym latach ma sens. Znacznie mniejszy sens ma wszakże pokładanie wszystkich nadziei na spokojną i nieźle zabezpieczoną starość w przyszłych podatkach i decyzjach polityków, którzy dziś spacerują jeszcze w pampersach.

Dzieci i ryby głosu nie mają

Dlatego nie warto chwytać się na lep „stopy zwrotu” w ZUS rozumianej, jako obietnica podwyższania przyszłych zasobów przeznaczanych na emerytury. Problem polega na tym, że owa zusowska „stopa zwrotu” nie jest osiągana, a wyznaczana i może być dowolnie niska lub dowolnie wysoka. Wystarczy do tego korekta prawa i konstrukcji wskaźnika wyznaczającego stopę rewaloryzacji zobowiązań emerytalnych zapisywanych na rachunkach w ZUS. W skrajnym ujęciu każdy rząd może sprowadzać swoje obietnice emerytalne ad absurdum. Wystarczy do tego pewien wysiłek legislacyjny. Dziś tzw. rewaloryzacja „zasobów” ZUS wynosi prawie 7 proc., ale czemu nie mogłoby to być 8, 10, a nawet 12 proc. rocznie? I tak rachunek zostanie przedstawiony do realizacji w odległej i bardzo odleglej przyszłości. Można powiedzieć, że jest to klasyczna perspektywa keynesowska, bowiem to J.M. Keynes zauważył, że i tak „na dłuższą metę wszyscy będziemy martwi”.

Tu ujawnia się kolejny czynnik – bolą wyłącznie te podatki, które są do zapłacenia dzisiaj, a jeszcze bardziej te, za które już ściga nas komornik ręka w rękę z prokuratorem i sędzią. Podatki do uiszczenia za 20, czy 40 lat nie liczą się nawet za grosz w bieżącej ocenie poziomu bytowania. W prawdziwym życiu nie ma zatem takich osób, które zamartwiałyby się stopami opodatkowania w dalekiej przyszłości. Wskutek tego udaje się przesuwać wielkie zobowiązania finansowe poza horyzont świadomości i percepcji społecznej, a obietnice przyszłego szczęścia można mnożyć bez obaw, że znajdzie się dostatecznie liczna grupa, która powie: „sprawdzam”. Tamą dla rozhasania polityków może być jako taka świadomość ekonomiczno-finansowa w społeczeństwie, ale z tym w Polsce dramat.

Wysokie podatki niezbędne do spełnienia dzisiejszych obietnic emerytalnych płacić będą osoby pomijane w rachubach politycznych i niebiorące udziału w dyskursie dotyczącym emerytur w Polsce. Osoby te nie liczą się, ponieważ nie głosują, a nie głosują, bowiem swój czas spędzają głównie w żłobkach, przedszkolach, szkołach lub jeszcze nie zdołały się narodzić.

Podwyższanie obiecywanej „stopy zwrotu z ZUS” ma też przebiegły sens sprawozdawczy. Dzisiejsze zobowiązania ZUS wobec emerytów i osób pracujących z prawem do emerytury przekraczają 2 biliony złotych, czyli są wyższe od jednorocznego PKB wytwarzanego w Polsce. Im hojniejsze obietnice świadczeń w przyszłości w formie „wysokiej stopy zwrotu w ZUS”, tym jednocześnie wyższe są skumulowane zobowiązania finansowe z tego tytułu. Obietnice te są jednak niegroźne dla obiecujących nie tylko dlatego, że ich spełnianie przypadnie za kilkadziesiąt lat, ale również z tego dziwnego powodu, że im wyższa „stopa zwrotu w ZUS”, tym mniejsza wartość przyszłych zobowiązań. A im mniejsze przyszłe zobowiązania, tym łatwiej mamić naiwnych swoją rzekomą odpowiedzialnością za losy następnych pokoleń.

Czas to pieniądz, coraz mniejszy

Dzieje się tak za sprawą koncepcji i pojęcia wartości pieniądza w czasie. Dzisiejsze przyjemności są warte „po stokroć” więcej, niż potencjalne atrakcje za lat 20 lub 30. Zdajemy sobie sprawę z inflacji i jej złego wpływu na siłę nabywczą naszych pieniędzy. Wiemy, że życie jest pełne niespodzianek, z reguły przykrych, a wszelakiego ryzyka tym więcej, im dalej wybiegamy myślami w przyszłość. Z tych trzech głównych powodów dzisiejsze pieniądze są warte więcej niż te same pieniądze w przyszłości.

Obliczanie dzisiejszej wartości jutrzejszych pieniędzy, w wyniku którego otrzymuje się tzw. wartość bieżącą (Present Value – PV), wymaga zastosowania operacji zwanej dyskontowaniem. W rozpatrywanym tu kontekście „stopa zwrotu w ZUS” służy jednocześnie jako stopa dyskontowa do oszacowania dzisiejszej wartości jutrzejszych zobowiązań emerytalnych. Ze wzoru na PV (do natychmiastowego znalezienia w sieci) wynika, że im wyższa stopa dyskontowa ulokowana w mianowniku ułamka, tym wartość bieżąca przyszłych zobowiązań jest mniejsza. Zatem im większe obietnice i im dorodniejsze gruszki na wierzbie, tym zagrożenia związane z olbrzymi zobowiązaniami ZUS wyglądają na mniejsze.

Sprawa ta budzi emocje niemal wszędzie w świecie rozwiniętym, lecz nie w Polsce. Stany Zjednoczone mają różne systemy emerytalne. Jeden z nich obejmuje pracowników sektora publicznego (m.in. nauczycieli, policjantów, strażaków), którzy cieszą się przywilejami „państwowych” emerytur stanowych. Stan zobowiązań emerytalnych poszczególnych stanów wywołuje już popłoch. W marcu tego roku Reuters sygnalizował, że w ciągu jednego roku łączne niedobory w 109 stanowych schematach emerytalnych wzrosły o 144 mld dol. i osiągnęły wiosną 2013 r. poziom 834 mld dol. Kwota ta nie oddaje jednak całej prawdy. Gdyby liczyć zobowiązania tak, jak muszą to czynić przedsiębiorstwa, to niedobory stanowych funduszy emerytalnych wynoszą teraz ok. 4 bln dol., czyli jedną czwartą PKB USA.

Na tym właśnie tle pojawia się kwestia stopy dyskontowej. Rachmistrze stanowi są bardzo optymistyczni i oceniają, że długofalowa, przeciętna stopa zwrotu na inwestowaniu składek emerytalnych wyniesie 7,5 proc. rocznie, podczas gdy w sektorze prywatnym przyjmuje się średnio, że będzie to 4,7 proc. Zbyt wysoka „stanowa” stopa zwrotu, i jednocześnie stopa dyskontowa, sprawia, że przyszłość nie wygląda szczególnie niebezpiecznie. Wielu ekspertów przestrzega jednak i podkreśla, że stopa dyskontowa dla zobowiązań emerytalnych powinna przebiegać w pobliżu rentowności obligacji państwowych, czyli w teraźniejszych warunkach amerykańskich w okolicach 2 proc. To oznaczałoby, że góra zobowiązań emerytalnych urosłaby jeszcze wyżej.

Amerykanie nie słyną z przesadnej bojaźliwości, a jednak dostrzegają ryzyko z przeszacowania stopy zwrotu w przypadku zobowiązań emerytalnych. Głównie dlatego, że wiedzą, lub domyślają się, że płacąc w przyszłości znacznie wyższe podatki sami poniosą skutki błędów popełnianych przez polityków, gotowych obiecać wszystko i jeszcze więcej. U nas wysoka „stopa zwrotu” w ZUS to jeden z koronnych argumentów za demontowaniem systemu, który miał mieć trzy filary. Niebawem zostanie nam jeden i w tle dwa żałosne kikuty. Wielka szkoda.

OF

(CC By SA garryknight)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Ukraina stawia na prywatne fundusze emerytalne

Kategoria: Analizy
Ukraiński rząd zatwierdził projekt gruntownych zmian systemu emerytalnego. Przewiduje on radykalne ograniczenie dotychczas obowiązującej formuły solidarnościowej i przeniesienie ciężaru odpowiedzialności za finanse emerytów znad Dniepru na prywatne fundusze emerytalne.
Ukraina stawia na prywatne fundusze emerytalne

Emerytalne reformy znowu będą pilne

Kategoria: Oko na gospodarkę
W czasie pandemii ucichły na świecie dyskusje nad kosztami systemów emerytalnych. Wzrost inflacji przy wychodzeniu gospodarek z kryzysu wcześniej, czy później doprowadzi do wzrostu stóp procentowych. Rządy na nowo mogą zacząć wtedy szukać okazji do zmniejszenia wydatków i długów. Emerytów to nie ucieszy.
Emerytalne reformy znowu będą pilne

Skąd się biorą ujemne realne stopy procentowe?

Kategoria: Analizy
Ujemne poziomy realnych stóp procentowych są nie tyle efektem dyskrecjonalnych decyzji banków centralnych, co przede wszystkim wynikają ze zmian uwarunkowań gospodarczych. W ostatnich dekadach realne stopy procentowe na świecie systematycznie się obniżały i obecnie w większości gospodarek rozwiniętych, a także w wielu gospodarkach wschodzących – w tym w Polsce – są ujemne.
Skąd się biorą ujemne realne stopy procentowe?