Z nową demokracją do Birmy płyną nowe kapitały

30.03.2016
Drugi demokratyczny zwrot w Birmie na pewno będzie kolejnym ważnym etapem gospodarczego otwarcia tego kraju. Wielu inwestorów już tam było i doskonale wie, jak ogromne możliwości się otwierają. To chłonny rynek, z ogromnymi zasobami taniej siły roboczej.
Birma (CC By NC ND Patrik M. Loeff)

Birma (CC By NC ND Patrik M. Loeff)

Birma (CC By NC ND Patrik M. Loeff)

1 kwietnia formalnie rusza w Birmie nowy parlament i nowy rząd. Dokładnie w cztery lata po tym, jak opozycja weszła symbolicznie do parlamentu w wyniku wyborów uzupełniających, Birma, zwaną dzisiaj Mjanmą, po długoletniej dyktaturze (od marca 1962) i okresie przejściowym (od marca 2011), staje się wreszcie ponownie demokracją, jaką była po wyjściu Brytyjczyków, aż do wojskowego zamachu stanu gen. Ne Wina.

Tyle tylko, że nadal będzie to demokracja nieco ograniczona, specyficzna czy licencjonowana, bowiem – w wyniku Konstytucji przyjętej poprzednio przez generałów – trzy kluczowe resorty, MON, MSW oraz „regionów granicznych” (czyli ds. licznych tam mniejszości narodowych) oddano w ręce wojskowym, a najważniejszy polityk w państwie, noblistka Aung San Suu Kyi, nie mogła objąć funkcji prezydenta, będącego zarazem szefem egzekutywy. Formalnie będzie ona odpowiadać za dyplomację, ale faktycznie za kraj. Zwycięstwo wyborcze jej Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD) w listopadzie 2015 r. było na tyle duże, iż pozwoliło jej na tym najważniejszym w państwie stanowisku posadzić osobę sobie bliską i zaufaną, wcześniej nieznanego eksperta, 70-letniego Htin Kyawa.

Trudny kompromis

Mamy więc – wreszcie – demokrację, ale funkcjonującą według scenariusza napisanego przez generałów, z wojskowymi mającymi blokującą mniejszość w parlamencie (Hluttaw), uniemożliwiającą nowelizację ustawy zasadniczej, a nawet zapisami w niej, pozwalającymi wojsku na szybkie wprowadzenie stanu wyjątkowego. Jest więc sukces, ale poniekąd połowiczny. Albowiem przed demokratycznym przełomem zawarto trudny polityczny kompromis.

Jednakże wizerunek państwa, szczególnie na Zachodzie, jeszcze bardziej się poprawi, a Mjanma, jak łatwo przypuszczać, utrzyma duże zainteresowanie polityków, turystów i biznesmenów za granicą.

Mjanma otworzyła się na świat już w okresie przejściowym (2011-2015), gdy prezydentem był były generał Thein Sein.  Wtedy zaczęły płynąć obce kapitały, wręcz niezbędne dla rozwoju po ponad pięciu dekadach dewastacji ze strony okrutnej wojskowej dyktatury i zaliczeniu tego państwa, w efekcie niesprawnych rządów, przez ONZ do grona państw najmniej rozwiniętych na globie.

Nic dziwnego, że jednym z pierwszych aktów Thein Seina jako prezydenta było podpisanie już w 2011 r. ustawy o inwestycjach zagranicznych (BIZ), pełną jednak ułomności, co sprawiło, że trzeba ją było szybko nowelizować. Od listopada 2012 r. obowiązuje kolejny akt o BIZ. Jest to ustawa odmienna od przyjętych w innych państwach, bo specyfikuje aż kilkanaście dziedzin, w których obcy kapitał ma być wpuszczany tylko częściowo, na zasadzie indywidualnych decyzji – od eksploatacji zasobów leśnych, które tam jeszcze są, po bogate źródła ropy naftowej i szczególnie gazu, po kamienie szlachetne i jadeit (Mjanma daje aż 90 proc. produkcji tego ostatniego na świecie). Podobnie jak w przypadku banków czy telekomunikacji, w tych dziedzinach nie można też dopuścić obcych BIZ do pakietów kontrolnych, co motywuje się „nadrzędnymi interesami państwa”.

Trudny kraj

Problem w tym, co pokazała już praktyka kilku minionych lat, że taki mechanizm napędza korupcję, jedną z największych bolączek tego państwa. Według analiz McKinsey korupcja oraz brak jasnych przepisów i „nieobecność rządów prawa”, jak też niezależnych prawników, stanowią najważniejsze mankamenty przed rozpoczęciem na terenie Mjanmy nowych inwestycji wszelkiego rodzaju.

Obok tego wyspecyfikowano też bariery dla robienia biznesu, takie jak: nieprzejrzystość administracji, słaba infrastruktura, wyjątkowo zaniedbany kapitał społeczny, niejasny przepływ informacji między oficjalnymi urzędami i wreszcie bariery typowo biznesowe, jak niejasna polityka kursowa walut czy często zmieniające się – i też absolutnie nieklarowne – przepisy podatkowe.

Nie mniej wspomniana ustawa o BIZ wyspecyfikowała aż 85 dziedzin „otwartych na obce inwestycje”, szczególnie w sektorach najbardziej ich potrzebujących i zaniedbanych, jak rolnictwo, przemysł (włącznie z wydobywczym), infrastruktura (w każdym wymiarze, ale począwszy od dróg, kolei i mostów), po ochronę środowiska naturalnego i wszelkie szeroko rozumiane usługi.

Ustawowo zagwarantowano obcym inwestorom różne ulgi podatkowe, a największym – wyłącznie z podatku dochodowego na trzy lata, a w przypadku kilku najważniejszych nowych specjalnych stref gospodarczych (Dawei, Kyaukphyu, Thilawa) nawet na dłużej.

Nic dziwnego, że obcy kapitał po 2012 r. wreszcie tu przyszedł, co widać na razie w dużych aglomeracjach, od Rangunu począwszy. W ostatnich czterech latach pojawiły się w Birmie takie znane firmy jak Adidas, Gap, H$M, Marks&Spencer, czy sieci hotelowe typu Accor, Hilton i Kempiński. Są tutaj także największe koncerny naftowe i gazownicze, jak Shell, Chevron, BG Group czy francuski Total, który robił już tam intratne interesy nawet w okresie dyktatury.

Idą inwestorzy

W okresie 1989 – 2012, po burzliwej i krwawej rewolucji lat 1988-89, za „drugiej dyktatury” pod wodzą starszego generała Than Shwe, do Birmy-Mjanmy napłynęło tylko niespełna 40 mld dolarów w ramach BIZ, głównie z Chin, które – wykorzystując zachodni ostracyzm – zaczęły ten kraj powoli zamieniać w swój protektorat.

Jeszcze w roku 2011, a więc tuż po pierwszym przełomie, napłynęło do Mjanmy ok. 850 mln dolarów BIZ, co było sumą porównywalną z 879 mln w roku 1997 czy 715 mln w roku 2007. Prawdziwe przyspieszenie przyszło po roku 2012, po przyjęciu nowego prawa. W roku budżetowym 2013 – 2014 do Mjanmy napłynęło 4,1 mld dolarów, a w roku 2014 – 2015 liczbę podwojono do 8,1 mld dolarów. Dalszego przyspieszenia analitycy spodziewają się w tym roku. Poprzedni prezydent, Thein Sein, podał kiedyś, iż potrzeby kapitałowe kraju są ogromne – Mjanma potrzebuje minimum 320 mld dolarów inwestycji do 2030 roku.

Okoliczności nadal są sprzyjające, bowiem wraz z otwarciem na świat kraj wszedł  na ścieżkę szybkiego wzrostu. W roku 2014 odnotowano wzrost PKB rzędu 8,5 proc., a podobnego spodziewano się w roku 2015, do czego jednak nie doszło z racji nadzwyczajnych wydarzeń klimatyczno-przyrodniczych, jak długa susza, a potem gwałtowne ulewy i powodzie oraz podtopienia. Ostatecznie w roku ubiegłym zanotowano wzrost 6,5 proc., ale na rok bieżący prognozy są nadal optymistyczne – minimum 8-, a nawet 9-procentowy wzrost.

Wiąże się to nie tylko z napływem obcych kapitałów, ale też towarów. Równie szybko rosną obroty handlowe, przy czym czołowi partnerzy w eksporcie i imporcie są praktycznie tacy sami, tyle że występują w różnej konfiguracji: Tajlandia (aż 41,3 proc. udziału w birmańskim eksporcie), Chiny (to z kolei lider w imporcie – 37 proc. udziału, a do niedawno było to grubo ponad połowa), Japonia, Singapur i Hongkong. Zachód jeszcze w pełni nie dotarł, a jeśli już, to – co częste – przez pośredników, głównie z Singapuru. Nadal istnieją ogromne obawy, jak postępować i jak się znaleźć w nie do końca przejrzystych okolicznościach biznesowo-handlowych. Heritage Foundation w cenionym światowym rankingu wolności gospodarczej umieszcza Mjanmę dopiero na 153 pozycji. To dowodzi przepaści w stosunku do państw wyżej rozwiniętych.

Wielu inwestorów już tam jednak było i doskonale wie, jak ogromne możliwości się przed nimi otwierają. Mjanma to chłonny rynek, a także, co eksponują w swoich materiałach władze, ogromne zasoby taniej siły roboczej (o stawkach rzędu 3 dolarów za dzień pracy), bowiem – jak się szacuje – aż 46 mln z ok. 60 mln ludności tego kraju, to osoby w wieku produkcyjnym 15-64 lat.

Co my na to

Polska, jak dotąd, gospodarczo do Mjanmy nie trafiła, chociaż były tam wizyty na wysokim szczeblu, np. marszałka Bogdana Borusewicza czy ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, którym towarzyszyły grupy naszych biznesmenów. Do Polski dość szybko, już w 2012 r. trafiła także Aung San Suu Kyi, ale jej wizyta, jak wiadomo, przełomu nie przyniosła. Rozmawiano jedynie na temat polskich doświadczeń związanych z umową Okrągłego Stołu i pokojowego, stopniowego przejścia z dyktatury do demokracji i gospodarki rynkowej, czego akurat jesteśmy w Birmie świadkami.

Do Mjanmy idą więc wszyscy, także z państw UE (Wielka Brytania, Francja i Niemcy), ale nie my. Idą tam, mimo że kraj jest nadal zaliczany do grupy krajów „wysokiego ryzyka”. Zobaczymy czy pod rządami prezydenta Htin Kyawa i faktycznymi rządami Aung San Suu Kyi to się zmieni.


Tagi


Artykuły powiązane