Zagadka wzrostu Chin

04.03.2014
I znów wszystkie oczy zwrócone są na rynki wschodzące. Choć kraje te długo były ulubieńcami na globalnej loterii wzrostu, to na początku 2014 roku dostały baty. Dziś już nie uważa się, iż te gospodarki są bardziej odporne na kryzys. Powróciła obawa, że ich podatność na problemy jest większa niż w krajach rozwniętych.

Budowa w Makau (CC BY NC chadmagiera)


Oczywistym i ważnym zapalnikiem było tu ograniczenie przez Rezerwę Federalną USA bezprecedensowego programu zasilania płynnością. Kraje wschodzące, które są nadmiernie uzależnione od globalnych przepływów kapitałowych – co dotyczy szczególnie Indii, Indonezji, Brazylii, RPA i Turcji – stwierdziły nagle, że mają kłopoty z finansowaniem wzrostu gospodarczego. Ale trwa również równie widoczne załamywanie rąk nad Chinami. Nasiliły się występujące od dawna obawy o „twarde lądowanie” gospodarki chińskiej, to zaś budzi wręcz zgrozę.

W wirze kryzysu generalizacja stanowi normę; jednak w ostatecznym rozrachunku opłaca się podejście różnicujące. W odróżnieniu bowiem od tych krajów wschodzących, które wykazują skłonność do deficytu i obecnie przeżywają kłopoty – ich nierównowaga uderzająco przypomina nierównowagę krajów azjatyckich, które pod koniec lat 90. XX wieku dotknął kryzys finansowy – Chiny na rachunku obrotów bieżących mają nadwyżkę. W efekcie nie grozi im odpływ kapitału portfelowego wskutek ograniczenia przez Fed miesięcznych zakupów aktywów. No i oczywiście liczy się ogromny chiński amortyzator – sięgające 3,8 biliona dolarów rezerwy walutowe, zapewniające solidne, wystarczające ubezpieczenie na wypadek szczególnie dotkliwego zastoju finansowego.

Gospodarka Chin rzeczywiście obecnie zwalnia, ale znaczenie tego zjawiska nie jest dobrze rozumiane. Spowolnienie to nie ma nic wspólnego z problemami innych krajów wschodzących; właściwie jest ono objawem oczekiwanym. Powrót na trajektorię wzrostu na poziomie 10 proc. rocznie – co notowano w Chinach przez trzy dekady po 1980 roku – nie jest dziś ani pożądany, ani osiągalny.

Skoro jednak utrzymuje się nie mająca głębszego uzasadnienia fiksacja na punkcie wzrostu chińskiego PKB per capita, to zmniejszenie tempo wzrostu o jedną czwartą, do 7-8 proc. rocznie, przyjmowane jest niemal jak zapowiedź końca tego największego we współczesnym świecie sukcesu rozwojowego. Ta reakcja odruchowa zakłada, że obecne spowolnienie gospodarki Chin to nic innego jak preludium do nadchodzących rozczarowań jej wzrostem. Założenie to odzwierciedla rozpowszechnione i długotrwałe obawy przed mającą szerszy zasięg sekwencją scenariuszy klęsk, od zaburzeń społecznych po katastrofy ekologiczne, pęknięcia baniek na rynku mieszkaniowym oraz upadki tzw. banków nieoficjalnych.

Choć obawy te nie powinny się wymykać spod kontroli, to żadna z nich nie stanowi przyczyny obecnego spowolnienia. Przeciwnie, niższe wskaźniki wzrostu to naturalny skutek długo oczekiwanej zmiany układu równowagi chińskiej gospodarki.

Innymi słowy, to, czego właśnie jesteśmy świadkami, stanowi efekt zasadniczego zwrotu – od hiperwzrostu, napędzanego (dzięki pełnej energii działalności sektora przetwórczego) eksportem oraz inwestycjami do modelu, który o wiele bardziej polega na wolniejszej, lecz solidniejszej dynamice wzrostu wydatków konsumpcyjnych i usług. I rzeczywiście: w 2013 roku usługi stały się największym sektorem gospodarki Chin, a ich udział był wyższy niż przemysłu i budownictwa łącznie.

Problemu nie stanowią Chiny, ale świat – zwłaszcza zaś Stany Zjednoczone – który nie jest przygotowany na wolniejszy wzrost Chin, jaki nastąpiłby po udanym przestawieniu gospodarki (Piszę o tym w mojej nowej książce „Unbalanced: The Codependency of America nad China” [Niezrównoważenie: współzależność Ameryki i Chin]).

Zjawisko współzależności zakorzenione jest w psychopatologii stosunków międzyludzkich, kiedy to dwaj partnerzy – z potrzeby czy dla wygody – wzajemnie korzystają z niezdrowego wsparcia tego drugiego. Współzależność prowadzi ostatecznie do utraty tożsamości, do poważnych tarć, a często do nieprzyjemnego zerwania – chyba ze któryś z partnerów (albo obaj) zacznie bardziej polegać na sobie i sam się z tego wyzwoli.

Ekonomiczna analogia współzależności odnosi się szczególnie do USA i Chin. Bez amerykańskich konsumentów nie nastąpiłby rozpoczęty w latach 80. XX wieku chiński cud wzrostu napędzanego eksportem. Poza tym Chiny polegają na amerykańskim dolarze jako istotnej kotwicy dla ich niedowartościowanej waluty, co umożliwia im zwiększenie konkurencyjności eksportu.

USA ze swej strony polegają na tanich towarach „Made in China”, które powodują zwiększenie siły nabywczej znajdujących się w ciężkiej sytuacji konsumentów. Stany Zjednoczone uzależniły się także od chińskich nadwyżek oszczędności, które finansują ich własny (i największy w świecie) niedobór oszczędności, korzystają one także z wilczego apetytu Chin na amerykańskie papiery skarbowe, co pomaga im sfinansować ogromny deficyt budżetowy i subsydiować niskie krajowe stopy procentowe.

No ale w końcu współzależność ta była małżeństwem z rozsądku, a nie z miłości. Między partnerami zdarzały się tarcia dotyczące całej gamy problemów, w tym miedzy innymi handlu, kursu juana, bezpieczeństwa regionalnego, własności intelektualnej oraz cyberbezpieczeństwa. Poza tym Chiny – dokładnie jakby to przewidział psycholog – postanowiły pójść swoją drogą.

Reorientacja ta umożliwi Chinom wchłonięcie nadwyżki oszczędności, która będzie wykorzystana do utworzenia systemu ubezpieczeń społecznych oraz zwiększenia środków, jakimi dysponują chińskie gospodarstwa domowe. W efekcie Chiny nie będą już skłonne do pożyczania USA swojego kapitału.

Dla złaknionej wzrostu gospodarki amerykańskiej ta transformacja jej współzależnego partnera może się okazać czymś w rodzaju rozwidlenia dróg. Jedna z wychodzących z niego tras jest mocno ryzykowna: jeśli Stany Zjednoczone będą nadal za mało oszczędzać, a jednocześnie okaże się, że nie ma już chińskich towarów i chińskiego kapitału, odczują wyższą inflację i wzrost stóp procentowych, a także osłabienie dolara. Druga droga zawiera w sobie ogromną szansę: Stany Zjednoczone mogą przyjąć nową strategię wzrostu – czyli odejść od nadmiernej konsumpcji w stronę modelu, opartego na oszczędnościach oraz inwestowaniu w ludzi, w infrastrukturę i potencjał. Decydując się na to USA mogłyby mieć wsparcie ze strony eksportu, zwłaszcza do „przeorientowanych” już Chin – które przecież i dziś są dla nich trzecim co do wielkości i najszybciej rosnącym rynkiem eksportowym.

W porównaniu z pozostałymi rynkami wschodzącymi Chiny wydają się skrojone z innego materiału. Z azjatyckiego kryzysu finansowego pod koniec lat 90. XX wieku Chiny wyszły jako gospodarka najbardziej odporna –  i podejrzewam, że to samo sprawdzi się i teraz. Zróżnicowane podejście naprawdę się liczy, zarówno w przypadku Chin, jak i Azji oraz pozostałej części gospodarki globalnej.

Stephen S. Roach, członek zwyczajny wydziału w Yale University i były przewodniczący Morgan Stanley Asia, jest autorem mającej się wkrótce ukazać książki „Unbalanced: The Codependency of America and China” (Niezrównoważenie: współzależność Ameryki i Chin).

© Project Syndicate, 2014

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane