Rozejm w dobie strategicznej konkurencji

02.07.2019
Ku zaskoczeniu politycznych jastrzębi, mediów i opinii publicznej na świecie, oczekiwane z napięciem spotkanie prezydentów Donalda Trumpa i Xi Jinpinga w Osace nie przyniosło zapowiadanych wcześniej przez stronę amerykańską dodatkowych ceł na towary wartości 300 mld dolarów i cały handel z Chinami.

Przywódcy USA, Japonii i Chin na szczycie G20 w Osace (PAP)


Wręcz przeciwnie – uzgodniono, że negocjatorzy po obu stronach, wicepremier Liu He oraz amerykański przedstawiciel administracji ds. handlu Robert Lighthizer i szef departamentu skarbu Steven Mnuchin, którzy zresztą spotkali się na chwilę przed rozmowami w Osace, wznowią trudne negocjacje zerwane w początkach maja.

A największym zaskoczeniem była zgoda amerykańskiego prezydenta na współpracę firm z jego kraju z chińskim potentatem technologicznym Huawei, co częściowo, choć nie całkowicie, odsunęło pojawiający się już na horyzoncie całkowity zakaz współpracy z nią. Obie strony potwierdziły, że nie było mowy o córce szefa i założyciela tej firmy, pani Sabrinie Meng Wangzhou, zatrzymanej pod koniec ub.r. w Kanadzie, której ekstradycji domagają się władze USA.

Wojna handlowa łatwa do rozpętania, trudna do okiełznania

Trudne negocjacje

Pozornie wydaje się, że Trump ustąpił, a strona chińska wygrała, bo osiągnęła to, czego się domagała: nie wprowadzono dodatkowych ceł, zerwane negocjacje będą wznowione, zwyciężyła wzajemna korzyść, a nade wszystko ma być utrzymana zasada poszanowania suwerenności i równości stron, co szczególnie mocno eksponowały władze w Pekinie. Faktycznie jednak obie strony doskonale zdają sobie sprawę z tego, że wszystko przed nimi.

Jak to ujął znany z twardych poglądów dziennik „The Global Times”: „Zajmie nam trochę czasu zanim zorientujemy się, co tym razem zrobi administracja Trumpa”. Ale natychmiast dodał: „Chińczycy są dobrze przygotowani na wszelkie trudności, jakie mogą się pojawić w przyszłych rozmowach o handlu”. Natomiast dzień później zastrzegał, że „Chiny muszą być ostrożne i przygotowane na długą wojnę handlową” w przypadku, gdyby kontrole przejęli antychińscy polityczni jastrzębie, np. senator Marco Rubio, który już po Osace wezwał do całkowitego embargo dla Huawei.

Wojna handlowa, choć w zawieszeniu, nadal trwa. Nie zniesiono wprowadzonych już podwyższonych stawek, zanikającego, wzajemnego zaufania nie odbuduje się jednym spotkaniem czy ładną deklaracją, jak ta ze strony prezydenta Trumpa, że Xi Jinping to „znakomity” przywódca, z którym przeprowadził „świetną rozmowę” (a przy okazji jeszcze wspominał swoją „wspaniałą” wizytę w Chinach pod koniec 2017 r.).

Słowa się liczą, ale jeszcze bardziej liczą się interesy, a te są wyraźnie sprzeczne, bo chodzi o to, kto ma być liderem i osiągnąć przewagę. Wszelkie deklaracje, szczególnie często podnoszone przez stronę chińską, mówiące o „wzajemnych korzyściach”, nie są do końca przekonujące dla żadnej ze stron. Mimo że część Amerykanów zgadza się ze stale powtarzanym przez Chińczyków argumentem, że „w tej wojnie nie będzie wygranych”. A sam Trump na konferencji prasowej po spotkaniu z Xi zaznaczył, że – wbrew swoim programowym dokumentom – „powinniśmy być strategicznymi partnerami, powinniśmy sobie pomóc nawzajem”. To deklaracja sprzeczna z dotychczasową linią administracji, mówiącą otwarcie o „strategicznej konkurencji” z Chinami.

Nie wiadomo, co skłoniło Trumpa do zmiękczenia stanowiska – rozpoczynająca się kampania wyborcza czy biznesowa kalkulacja.

Nikt nie wie, czy to jest trwała zmiana, czy też chwilowa – i częsta u tego polityka – niekonsekwencja bądź sprzeczność. Nie wiadomo też, co skłoniło Trumpa do zmiękczenia stanowiska – rozpoczynająca się już kolejna kampania wyborcza – jak spekulują niektórzy, czy też biznesowa kalkulacja, że wojna handlowa z Chinami po prostu się USA nie opłaca.

Wcześniej czy później testem będą przyszłe rozmowy, które pokażą prawdziwe intencje obu stron. Nikt jednak nie ma wątpliwości co do tego, że pierwsza i druga gospodarka świata zderzyły się ze sobą i niełatwo będzie je wyprowadzić z tego zwarcia, bo dotyczy nie tylko ceł czy handlu, ale też zaawansowanych technologii, praw własności, ochrony rynków, no i podejścia do globalizacji oraz otwartych rynków. Doszło do paradoksu: prezydent Xi w Osace ponownie mówił o otwartych rynkach i korzyściach płynących z globalizacji, wskazywał korzyści płynące z multilateralnych rozwiązań i krytykował izolacjonizm, podczas gdy Trump słuchał tych słów z kamienną twarzą.

G20 zamiast Zgromadzenia Ogólnego ONZ

Ku rozczarowaniu amerykańskich oraz innych zachodnich mediów, w większości liberalnych, raczej nie będzie zderzenia systemów wartości, bowiem Trump chętnie rozmawiał nie tylko z Xi, ale też z przywódcami Rosji, Turcji czy Arabii Saudyjskiej. Forma i charakter tych rozmów wskazywały, że czuł się dobrze w towarzystwie dyktatorów. Co zresztą wkrótce potwierdził, wywołując – jak zwykle przez Twittera – niespodziewane spotkanie z Kim Dzong Unem w strefie zdemilitaryzowanej na Półwyspie Koreańskim.

Jednak jeszcze jedno spotkanie w Osace, tym razem bez Trumpa i Amerykanów, powinno być mocno wyeksponowane: rozmowy delegacji chińskiej i japońskiej, gdzie najwyraźniej doszło do poważnego zbliżenia, jeśli nie przełomu po wieloletnim okresie chłodu we wzajemnych relacjach. Premier Shinzo Abe zaprosił Xi Jinpinga do złożenia oficjalnej wizyty w Japonii. Wizyty na tak wysokim szczeblu nie było od czasów bardzo nieudanej wizyty Jiang Zemina na wyspach pod koniec lat 90., a zaproszenie zostało „z zadowoleniem” przyjęte.

Podczas chińsko-japońskiego spotkania mówiono o „skomplikowanym krajobrazie gospodarki światowej”. Wskazywano, że obie strony opowiedziały się za „wolnym i otwartym Indo-Pacyfikiem”, za „opartym na wartościach multilateralnym systemie handlu światowego” i za wolnym handlem bez większych ograniczeń, sprzeciwiając się protekcjonizmowi. Czyli zaprzeczyli temu, co głosił Donald Trump i jego administracja. Ponieważ rozmowa Abe z Xi poprzedzała tę Xi z Trumpem, nie wiemy, czy płynące z niej przesłanie i treści wpłynęły na szefa amerykańskiej delegacji. Można jednak przypuszczać, że dały mu i całej ekipie sporo do myślenia. Tym bardziej, że w związku z obecnymi napięciami w stosunkach z Iranem amerykański prezydent stwierdził: „Jeśli nas zaatakują, Japonia w ogóle nam nie pomoże”.

Szczyt potwierdził wagę G20, czyli swego rodzaju Dyrektoriatu najważniejszych państw świata.

Mógł się utwierdzić w tym przekonaniu w Osace, gdy Japonia opowiedziała się bardziej za Chinami i współpracą z nimi niż za izolującą się Ameryką. Powinien jednak uświadomić sobie, że Ameryka (czy on sam) wpędziła Japończyków w konfuzję po storpedowaniu wielostronnego porozumienia TPP (Transpacyficznego Partnerstwa), które Tokio z niemałym trudem odbudowało i nadal forsuje, już bez Amerykanów, za to przy sympatii „wolnorynkowych” Chińczyków. Ta gęstość spotkań, dwustronnych i plenarnych, potwierdziła wagę ugrupowania G20, czyli swego rodzaju Dyrektoriatu najważniejszych państw na świecie. W czasach turbulencji i zawirowań G20 zdaje się zastępować najszersze takie gremium na globie – i powołane w celu ułatwiania prowadzenia rozmów – czyli Zgromadzenie Ogólne ONZ. Jak widać po Osace, największe gospodarki świata radzą sobie dobrze, a inni, których tam nie ma, mogą jedynie słuchać napływających komunikatów.

Unikniemy „pułapki Tukidydesa”?

Te ostatnie są dobre, bo uniknięto eskalacji i spirali narastającego konfliktu w wymiarze handlowym, gospodarczym i technologicznym, a tym samym politycznym i strategicznym. Podobnie jak poprzednio na szczycie G20 w Argentynie osiągnięto jednak jedynie rozejm, a do przełomu daleko. Czy w ogóle do niego dojdzie?
Tu skazani jesteśmy bardziej na spekulacje niż szczegółową wiedzę. Na pewno dowiemy się więcej podczas kolejnych rund negocjacji, choć z natury rzeczy ukrytych przed opinią publiczną. Jednakże fakt, że tuż przed Osaką odwołano przygotowane już wystąpienie wiceprezydenta Mike Pence’a, który po raz kolejny – jak w Instytucie Hudson 4 października 2018 roku – miał mocno uderzyć w Chiny, tym razem przy okazji 30. rocznicy wydarzeń na placu Tiananmen. Być może Trump doszedł jednak do wniosku i skalkulował, że przynajmniej na tym etapie wojna handlowa i celna z Chinami mu się nie opłaci.

Co jednak będzie z prymatem technologicznym, utraty którego Amerykanie chyba boją się najbardziej? I zresztą dość zgodnie twierdzą, że największą niespodzianką wśród decyzji ich prezydenta ogłoszonych w Osace była zmiana w podejściu do Huawei. Co zrobi z tym Departament Handlu, który wprowadził embargo na tę firmę i kontakty z nią, oraz cała administracja, tego nikt do końca nie wie.

Wiadomo jednak, że mamy do czynienia z czymś znacznie głębszym niż tylko wojna handlowa, co ekspert z Harwardu, Graham Allison zręcznie ujął formułą „pułapki Tukidydesa”, czyli sytuacji, w której dotychczasowy hegemon ostro ściera się z szybko rosnącym pretendentem do nowego przywództwa. Z historii i badań przeprowadzonych przez Allisona oraz jego zespół wiemy, że w okresie 1500-2015 zidentyfikowano 16 takich przypadków, a aż w 12 z nich doszło do otwartej wojny.

Musimy wspólnie uniknąć pułapki Tukidydesa, czyli destrukcyjnego starcia między istniejącymi mocarstwami a wschodzącym pretendentem.

Chińczycy mają tę świadomość, dlatego często zapraszają do siebie Allisona, a sam Xi Jinping w rozmowie z byłym brytyjskim premierem Gordonem Brownem mówił wprost: „Musimy wspólnie uniknąć pułapki Tukidydesa, czyli destrukcyjnego starcia między wschodzącym mocarstwem a już istniejącymi mocarstwami”.
Chiny nie chcą wojny – w jakimkolwiek wymiarze. Nie dlatego, że są takie pokojowe, bo ich program militarny dowodzi, że zbroją się na potęgę. Po prostu dlatego, że Xi Jinping chciałby je wyprowadzić ponownie na pozycję światowego lidera i wiodącej cywilizacji, a to niezmiernie trudne oraz ambitne zdanie.

Donald Trump, który – jak stwierdził w niedawnych przesłuchaniach w Kongresie jego były szef dyplomacji Rex Tillerson – „nie czyta” i „polega na instynktach”, powinien jednak wiedzieć o Chinach i Chińczykach więcej, aniżeli tylko ograniczać się do oceny rozmów czy kwalifikacji przywódczych swego interlokutora.

Chińczycy nie chcą wojny, to wiemy. A czego chce Donald Trump – tego akurat do końca nie wiemy, a szkoda. Mimo rozejmu, niepewność przed nami.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test