Zadłużenie wewnętrzne może doprowadzić do kryzysu w Polsce

26.11.2009
  Wielu obserwatorów sytuacji w światowej gospodarce skłania się w ostatnim okresie do ocen optymistycznych. Ale są i tacy, którzy wieszczą, że w połowie przyszłego roku spodziewać się trzeba kontrataku kryzysu. Nie brak też ocen sugerujących, że wychodzenie z kryzysowych czasów będzie drogą przez czyściec. Jakie wynikają z tego wnioski dla Polski? Myślę, że ważne …

 

Wielu obserwatorów sytuacji w światowej gospodarce skłania się w ostatnim okresie do ocen optymistycznych. Ale są i tacy, którzy wieszczą, że w połowie przyszłego roku spodziewać się trzeba kontrataku kryzysu. Nie brak też ocen sugerujących, że wychodzenie z kryzysowych czasów będzie drogą przez czyściec. Jakie wynikają z tego wnioski dla Polski? Myślę, że ważne i – paradoksalnie – w obu przypadkach takie same. Rzecz w tym, że scenariusz gasnącego kryzysu w gospodarce światowej – choć pozwoli pewnie uniknąć w Polsce recesji – nie oddala poważnych problemów z deficytem i długiem w naszej gospodarce. Ekstrapolacja skłania przecież do prognozy, że w 2010 deficyt sektora finansów publicznych osiągnąć może 8 proc. PKB, a dług przekroczyć 55 proc. PKB.

 W roku następnym może być jeszcze gorzej. To groźne nie tyle ze względu na „losy następnych pokoleń”, co ze względu na reputację. W szczególności, gdyby konieczne stało się ustawowe usunięcie 55 proc. progu ostrożnościowego (nie wspominając o 60 proc. progu ostrożnościowym zapisanym w konstytucji). Wówczas rynki mogłyby zwątpić w naszą zdolność do obsługi zadłużenia. Łatwo mogło by to prowadzić do pozbywania się przez zagranicznych (także krajowych) inwestorów skarbowych papierów dłużnych i drugiej fali deprecjacji złotówki (a gdyby jej skala była znaczna, to pewnie powstałyby problemy w bankach). Oczywiście liczyć należało by się również z wzrostem kosztu  pozyskania pieniądza przez budżet i negatywnymi tego następstwami dla kosztów obsługi długu.

Nie wiemy oczywiście, czy 8 proc. deficyt musi przynieść załamanie wiarygodności polskiej gospodarki, a następstwa tego nie muszą być aż tak dewastujące. Jednak w tym przypadku z pewnością trzeba „dmuchać na zimne”. Tym bardziej, że – z ekonomicznego i społecznego punktu widzenia – nie widać twardych blokad, które uniemożliwiałyby podjęcie przeciwdziałania. W istocie chodzi chyba o to, by zredukować potencjalny deficyt o 1,5-2 punkty procentowe (czyli mniej więcej o 20-25 mld zł). Nie można o tyle zredukować wydatków (zarówno z powodów społecznych, jak i następstw dla popytu). Z różnych powodów nie wydaje się też celowe uzyskanie z wpływów podatkowych takiej dodatkowej kwoty. Sądzę, że trzeba ciułać: kilka mld mniej wydatków, kilka mld więcej dochodów z podatków i… kilka mld dodatkowych dochodów z tytułu składek ubezpieczeniowych.

 Przeszkody dla takiego scenariusza są… natury politycznej. Przed wyborami nikt nie chce powiedzieć, że są to kroki konieczne. To się jednak może źle skończyć. Odpowiedzialność obciąży ludzi polityki (przede wszystkim premiera), ale bolesne konsekwencje – zwykłych obywateli. Wszystko to przy założeniu, że uwarunkowania zewnętrzne… będą sprzyjające. A gdy będziemy mieli do czynienia z drugim atakiem kryzysu? Cóż, wtedy liczyć się trzeba z bardzo poważnymi kłopotami… nawet, gdy konieczne kroki zostaną wcześniej podjęte. Strach pomyśleć, czego można się spodziewać, gdy podjęte nie zostaną.

Artykuły powiązane


Tagi

test