Pewne i niepewne inwestycje w infrastrukturę

29.01.2014
Drogi, linie kolejowych i odwierty w poszukiwaniu gazu łupkowego, to niemal pewne inwestycje infrastrukturalne w najbliższych latach. Mimo, że wczoraj rząd przyjął program energetyki jądrowej duże inwestycje w energetyce, z elektrownią atomową na czele, stoją pod znakiem zapytania.
(CC BY-NC-ND Kancelaria Premiera)

(CC BY-NC-ND Kancelaria Premiera)

(CC BY-NC-ND Kancelaria Premiera)

160 mld euro – taką sumę podała ostatnio wicepremier Elżbieta Bieńkowska, minister infrastruktury i rozwoju, mówiąc o inwestycjach w Polsce w ramach nowej perspektywy budżetowej UE. Na tę kwotę składa się nie tylko „nasza pula” z Brukseli, ale i wkład własny, który musimy wygospodarować aby w pełni wykorzystać pieniądze.

Polskie drogi

Największe doświadczenie mamy w wydawaniu pieniędzy na drogi i w nowej perspektywie to także będzie priorytet. Załącznik numer 5 do Programu Budowy Dróg Krajowych na lata 2011-2015 przewiduje powstanie 700 km dróg ekspresowych za 35,7 mld zł. Dla wielu lokalnych społeczności ważniejszy będzie jednak załącznik numer 6, w którym wpisano 12 nowych obwodnic miast o długości blisko 150 kilometrów w sumie za 4,7 mld zł. Obwodnice buduje się znacznie trudniej i drożej niż zwykłą drogę w polu, więc to zadanie nie będzie należało do łatwych.

W propozycji Umowy Partnerstwa, która określa warunki wydawania pieniędzy z nowej perspektywy budżetowej UE rząd zadecydował, że na drogi i na kolej ze środków europejskich przeznaczy po 10,5 mld euro. Znamienne jest to, że na konferencji, na której ogłaszano ten podział listę dróg przedstawiono szczegółowo, a tylko jednym zdaniem wspomniano, że czeka nas też „kompleksowa modernizacja 500 km linii kolejowych oraz rozpoczęcie kursowania składów Pendolino”.

– Ten brak szczegółów w przypadku kolei mnie nie dziwi, bo o ile drogowcy wykorzystali prawie wszystkie środki z minionej perspektywy i są przygotowani do nowej, to kolej dopiero zaczyna niektóre inwestycje z pieniędzy na lata 2007-2013 – mówi Michał Beim, ekspert z dziedziny transportu w Instytucie Sobieskiego. – Doświadczenie pokazuje, że dużo lepiej realizowane są projekty opłacane przez samorządy niż te zgłaszane przez administrację centralną.

Według danych Eurostatu Polska jest drugim krajem UE po Litwie, w którym najwięcej podróży odbywa się samochodami osobowymi, co ma negatywne konsekwencje dla środowiska, dla lokalnych rynków pracy i dla rozwoju gospodarczego. Polski rząd w ramach Umowy Partnerstwa zaproponował podział 50/50 dla dróg i kolei jednak Komisja Europejska wolałaby większe środki przeznaczyć na kolej. Negocjacje będą trwały całe pierwsze półrocze 2014 r.

(infografika Darek Gąszczyk)

(infografika Darek Gąszczyk)

Przyjmę gaz w każdej postaci

Pod koniec tego roku oddany do użytku ma być oddany także gazoport w Świnoujściu budowany kosztem blisko 10 mld zł. Do 2024 roku ma do niego wpływać co prawda drogi gaz skroplony (LNG) z kontraktu katarskiego, ale w dłuższej perspektywie posiadanie takiego obiektu otwiera nas na cały rynek LNG, na którym po zapewnieniu sobie przez Stany Zjednoczone niezależności energetycznej ceny powinny spadać.

Niezależnie od dostaw gazu skroplonego spółki z udziałem Skarbu Państwa – PGNiG oraz Orlen powinny kontynuować poszukiwania gazu łupkowego. Ministerstwo Środowiska ma nadzieję, że po przyjęciu ustawy łupkowej oraz akceptowalnej ustawy o podatku od węglowodorów do dwóch krajowych spółek dołączą inwestorzy zagraniczni. W zeszłym roku ich entuzjazm wyraźnie opadł. Z zaplanowanych na 2013 roku 41 wierceń dokonano 13. Cztery z nich zrealizowało PGNiG, a cztery Orlen Upstream. W tym roku Orlen także zapowiada cztery wiercenia, a PGNIG aż 32, ale większość z nich ma dotyczyć wydobycia gazu konwencjonalnego. Żeby w ogóle mówić o opłacalności łupków w Polsce należy dokonać ponad 200 odwiertów, więc przed inwestorami jeszcze długa droga.

>>czytaj więcej: Jak złupić producentów gazu

Znacznie szybciej, bo już 1 lutego mają ruszyć prace nad rozbudową Elektrowni Opole (koszt: 11,6 mld zł). Marek Woszczyk, nowy prezes PGE, zapewnia, że pierwszy nowy blok zostanie oddany do użytku w czwartym kwartale 2018 r., a drugi w pierwszym kwartale 2019 r. Łącznie dwa bloki mają mieć 1800 MW.

Centrum Informacyjne Rządu wyliczyło w zeszłym roku, że „buduje się, lub niebawem rozpocznie budowę, bloków energetycznych w Turowie, Opolu, Puławach, Blachowni, Stalowej Woli, Jaworznie, Kozienicach i Włocławku. Wszystkie projekty powinny rozpocząć się najpóźniej w 2015 roku i zakończyć przed rokiem 2020. Ich łączna moc, to ok. 7000 MW, a wartość projektów – 30 mld zł netto”.

W sumie, według zapowiedzi rządu, na energetykę ma być przeznaczone ponad 100 mld zł. Co najmniej 40 mld zł na energię jądrową, co najmniej 5 mld zł na wydobycie gazu łupkowego, a największa kwota 55-60 mld zł ma być przeznaczona właśnie na nowe bloki energetyczne i sieci przesyłowe, w tym gazoport w Świnoujściu i terminal naftowy w Gdańsku.

Energetyka bez energii

Owe 40 mld zł na energię jądrową to dolne widełki szacunków kosztów budowy pierwszej polskiej elektrowni tego typu. Górne to 60 mld zł. Budowa ma zakończyć się do 2024 roku Tak przynajmniej zakłada przyjęty właśnie (28. stycznia 2014 r.) przez rząd Program Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ). Zaledwie stronę dalej w tym dokumencie znajduje się jednak bardziej realistyczne zdanie – „według dokumentów opracowanych przez MAEA, wprowadzenie energetyki jądrowej wymaga od 10 do 15 lat prac przygotowawczych, włączając w to samą budowę pierwszej elektrowni”. Nawet gdyby lokalizację i technologię budowy elektrowni wybrano w tym roku (a przed posiedzeniem rządu pełnomocnik ds. energetyki jądrowej Hanna Trojanowska mówiła o końcu 2016 roku) to po dodaniu 15 lat mamy rok 2029.

Tak kosztowna i długotrwała inwestycja to problem, bo prawo zakazuje finansowania tego rodzaju wydatków z budżetu państwa. Muszą to wziąć na siebie spółki, na które państwo ma wpływ. Tauron, Enea i KGHM zawarły już porozumienie z PGE o kupnie udziałów w PGE EJ1 – spółce celowej powołanej do budowy pierwszej elektrowni (docelowo mamy mieć dwie). Problem w tym, że nawet połączone siły największych polskich firm nie wystarczą aby sfinansować tak kosztowne przedsięwzięcie. Banki zaś najprawdopodobniej nie udzielą na nie kredytów.

– Przewidujemy, że elektrownia atomowa ma kosztować 60 mld zł i zwrócić się w ciągu 30 – 40 lat. Żeby tak było 1MWh energii powinien kosztować 300-350 zł. Dziś giełda energii ustala jego cenę na około 170 zł i tę kwotę bankierzy muszą wpisać do Excela. Gdy to zrobią okaże się, że o żadnym kredycie nie może być mowy, bo to się po prostu nie bilansuje -wyjaśnia prof. Konrad Świrski z Politechniki Warszawskiej, który ma na koncie kilkadziesiąt wdrożeń prac badawczych w elektrowniach w Polsce, USA i Azji.

W rządowym dokumencie znajdujemy zresztą zdanie: „Biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynku energii elektrycznej (niskie ceny hurtowe, niskie ceny uprawnień do emisji CO2, niska dynamika wzrostu zapotrzebowania na energię elektryczną) oraz brak możliwości prognozowania cen w długiej perspektywie, co dodatkowo obarczone jest dużą niepewnością dotyczącą sfery regulacyjnej (w tym także na poziomie europejskim), budowa jakiejkolwiek nowej jednostki wytwórczej – bloku węglowego, gazowego, czy jądrowego – jest sprawą trudną”.

Dla zdeterminowanego rządu, który chciałby doprowadzić do budowy elektrowni wyjściem mogą być kontrakty różnicowe. To długoterminowe umowy z gwarancją ceny energii, o których także wspomina rządowa strategia. Gdy cena rynkowa jest niższa od gwarantowanej producentom różnicę dopłaca rząd, a gdy wyższa różnicę zwraca producent. W praktyce chodzi o ten pierwszy przypadek – aby rząd mógł zasilać z budżetu producentów, budujących elektrownię, a nie narażał się przy tym na zarzut pomocy publicznej, zakazanej w Unii Europejskiej. Pomysł testują Brytyjczycy, ale na razie utknął na brukselskich korytarzach. Nie można więc z góry zakładać, że Komisja Europejska entuzjastycznie powita omijanie unijnego prawa akurat w przypadku polskiej elektrowni.

Złośliwi mówią, że w takich warunkach dylemat atom czy łupki może okazać się fałszywy, bo oba wielkie przedsięwzięcia jeszcze przez lata będą sprowadzać się tylko do deklaracji. „W łupkach niepewność jest duża, oba przedsięwzięcia są kosztowne. Atom może wywołać emocje społeczne” – rozważał nowy minister środowiska Maciej Grabowski w wywiadzie dla „Bloomberg Businesweek” (nr. 3/2014). Nie wygląda więc na to, aby rząd na coś naprawdę się zdecydował.

Niepodejmowanie decyzji nie musi być jednak najgorszą taktyką. Najbardziej na politykę energetyczną Polski wpływa przecież polityka klimatyczna Unii Europejskiej, a ta wciąż się zmienia. 22 stycznia Komisja Europejska zaproponowała dość ostry 40 – proc. cel redukcji emisji CO2 do 2030 roku (licząc od poziomów z 1990 roku) ustalany na poziomie krajowym oraz 27 proc. udziału energii ze źródeł odnawialnych na poziomie całej UE. Podejście polegające na promowaniu OZE może jednak zmieniać wraz z kolejnymi wyborami europejskimi, albo np. w wyniku rozczarowujących wyników gospodarczych UE może rosnąć grupa krajów, które będą domagać się zawieszenia polityki klimatycznej. Nie jest to scenariusz najbardziej prawdopodobny, ale przy wieloletnich inwestycjach w energetyce i taki trzeba brać pod uwagę.

OF

(infografika Darek Gąszczyk)
Wydatki-na-infrastrukturę-w-najbliższych-latach

Tagi


Artykuły powiązane