Turcja szybko się rozwija, ale cele ma zbyt ambitne

03.06.2013
Rząd turecki, przeciwko któremu trwają masowe protesty, wyznaczył sobie ambitne cele gospodarcze. Kraj w ciągu dekady chce wypracować dodatkowe 1,2 bln dolarów PKB i wedrzeć się do pierwszej dziesiątki państw globu. Nie uda się to jednak szybko, bo Turcja dopiero szuka pomysłu na eksport i wciąż jest uzależniona od zagranicznych pieniędzy.
Stambuł. Fot. MP/OF

Stambuł. Fot. MP/OF

Stambuł. Fot. MP/OF

„Ekonomiczne atuty Turcji – jej wielkość, zamożność, zróżnicowanie gospodarcze, perspektywy wzrostu i finanse publiczne są silniejsze niż w wielu innych krajach, w swojej kategorii ratingowej” – tak Agencja Moody’s 16 maja uzasadniała podniesienie ratingu Turcji do Baa3, a więc pierwszej kategorii inwestycyjnej. W zeszłym roku ten ruch wykonała Agencja Fitch (rating BBB-). Można się zatem spodziewać, że również S&P nie będzie długo trzymał Turcji na BB+, tuż poniżej poziomu inwestycyjnego. Niemniej nawet dwa ratingi inwestycyjne sprawiają, że do Turcji może napłynąć zupełnie nowy kapitał, który dotychczas ze względów formalnych musiał ją omijać.

To korzystne wydarzenie, bo świat pełen jest dziś pieniędzy, które szukają choćby najmniejszej stopy zwrotu, a sama Turcja potrzebuje środków, które nie znikną przy pierwszym zawirowaniu na amerykańskiej giełdzie. Gospodarka Turcji długo uzależniona była od popytu wewnętrznego finansowanego kredytami z zewnątrz. Stopa oszczędności jest bowiem bardzo niska (14 proc. PKB, nawet w Europie Środkowej i Wschodniej średnia to 22 proc.), a połowa z 75 mln Turków ma poniżej 30 lat i nie boi się kredytów. Jak pokazały ostatnie wydarzenia nie boi się także wyjść na ulice w proteście przeciwko nadmiernej władzy obecnego premiera.

Miękkie lądowanie

Chyba nieprzypadkowo iskra zapaliła się w czasie gdy turecka gospodarka zalicza tzw. „miękkie lądowanie”, bo tak określa się spadek tempa wzrostu do ok. 2 proc. Wynika on z przestawienia gospodarki. W czwartym kwartale 2012 roku to nie konsumpcja prywatna, ale eksport netto był największym składnikiem tureckiego PKB. Problem w tym, że owo PKB wzrosło w całym 2012 roku zaledwie o 2,2 proc. (dla porównania w 2011 roku +8,5 proc., a w 2010 roku +9.2 proc.)

Początku tej tendencji należy szukać na przełomie 2010 i 2011 roku, kiedy do Turcji napłynęła pokaźna ilość pieniędzy napędzając konsumpcję wewnętrzną. Gospodarka musiała stanąć na skraju przegrzania, z dwucyfrową inflacją i deficytem na rachunku obrotów bieżących przekraczającym 10 proc. PKB, aby zaczęto zaostrzać politykę makroekonomiczną. Wartość kredytów spadła, ale kosztem tempa wzrostu gospodarczego.

W 2012 roku zamiast spodziewanych 4 proc. wyszło tylko 2,2 proc. W 2013 roku ma być niewiele lepiej. Przedstawiciele tureckiego banku centralnego mówią o wzroście „o co najmniej 3 proc.”, Międzynarodowy Fundusz Walutowy daje 3,4 proc., a EBOR 3,7 proc. Najbardziej optymistyczni są analitycy Raiffeisen Research, którzy oceniają wzrost PKB na pełne 4 proc.

Jak pokazły ostatnie wydarzenia nie boi się także wyjść na ulice w proteście przeciwko nadmiernej władzy obecnego premiera.
Gospodarka Turcji

Oprac. DG

W takim tempie nie da się jednak osiągnąć zakładanego przez rządzącą Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) celu. W 2023 roku, na 100 lecie Republiki Tureckiej, kraj miał znaleźć się wśród 10 największych gospodarek na świecie z PKB przekraczającym 2 bln dolarów. Tymczasem w 2011 roku nominalne PKB wyniosło 775 mld dolarów, a Turcja była 17 na świecie. Rozwijając się w tempie 4 proc. rocznie nie sposób wypracować dodatkowych ponad 1,2 bln dolarów i awansować o siedem miejsc w ciągu dekady. W kraju gdzie tak bardzo liczą się symbole (100 lecie Republiki) to niewątpliwe rozczarowanie.

Kraj nie chciał wsparcia MFW

Jest ono tym większe, że dotychczas turecka droga gospodarcza sprawdzała się.

– 10 lat temu Turcja była winna Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu 23,5 mld dolarów. To stało się zanim doszliśmy do władzy, ale od tamtej pory nie podpisaliśmy porozumienia z MFW. Dlaczego? Prosili nas o inne rzeczy w zamian. Chcieli nauczyć nas jak prowadzić politykę – grzmiał premier Turcji Recep Tayyip Erdoğan otwierając doroczne Forum Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, które w 2013 roku odbyło się w Stambule i to w pobliżu Placu Taksim, gdzie trzy tygodnie później zaczęły się antyrządowe protesty.

Do największych napięć na linii MFW – Turcja doszło w 2009 roku, po wybuchy pierwszej fali globalnego kryzysu. Ówczesny szef banku centralnego Durmuş Yılmaz zignorował zalecenia Funduszu aby wychodzić z kryzysu przez podnoszenie stóp procentowych. Stopy zostały utrzymane aż do 2011 roku, a inflacja była pod kontrolą (choć w tym wypadku oznacza to poniżej 10 proc.). W samej Turcji Yilmaza krytykowano za dopuszczenie do aprecjacji liry, która zmniejszała konkurencyjność tureckiego eksportu, ale w kraju który tak wiele importował i konsumował nie był to nośny zarzut.

Czas pokazał, że to Turcja miała więcej racji niż MFW. Niemniej mimo ostrej retoryki luźną politykę monetarną zaczęto uzupełniać ostrzejszą polityką fiskalną. Agencja Moody’s w uzasadnieniu podniesienia ratingu przypomniała, że od 2009 roku turecki dług publiczny spadł aż o 10 punktów proc. do bezpiecznego poziomu 36 proc. PKB. Zmalał też udział zadłużenia denominowanego w walucie obcej (z 46,3 proc. w 2003 roku do 27,4 proc. w 2012 roku), a co jeszcze ważniejsze spadł deficyt na rachunku obrotów bieżących (z 10 proc. w 2011 roku do 6,1 proc. w 2012 roku). W tym roku co prawda znowu zaczyna on rosnąć, ale Turcja ma długofalowy plan zlikwidowania tej największej słabości swojej gospodarki.

Energetyka atomowa i gaz ziemny

Odpowiedzią jest niezależność energetyczna. W zeszłym roku wydatki na import surowców sięgnęły 55 mld dolarów, czyli aż 5 proc. PKB. Nic dziwnego, że deficyt na rachunku obrotów bieżących jest tak uporczywy, a „Wizja 2023” partii rządzącej zawiera ambitne cele energetyczne. W ciągu dekady Turcja ma posiadać trzy elektrownie atomowe. Pierwsze bloki pierwszej elektrowni, budowanej przez Rosjan kosztem 25 mld dolarów, mają być oddane do użytku w 2019 roku. W 2023 roku powinna też zacząć działać druga elektrownia stawiana przez konsorcjum francusko-japońskie. Trzecią elektrownię mają zbudować już sami Turcy, choć zapewne realizacja projektu wykroczy poza rok 2023.

Nie tylko atom jest szansą na dywersyfikację bilansu energetycznego. W sąsiedztwie Turcji duże złoża gazu odkryły dwa kraje: Cypr oraz Izrael. Stosunki polityczne Ankary z tymi państwami są jednak skomplikowane. Cypr od 1974 roku podzielony jest na część turecką i grecką, a relacje między Izraelem a Turcją dopiero niedawno zaczęły się normalizować, po tym jak premier Beniamin Netanjahu przeprosił premiera Erdoğana za incydent z tzw. flotyllą wolności, która płynęła w 2010 r. z pomocą dla palestyńskiej strefy Gazy.

Niemniej za kilka lat Izrael będzie szukał nabywców na gaz ze złoża Lewiatan, w którym znajduje się ok. 500 mld. metrów sześciennych gazu, a będący w finansowych tarapatach Cypr jak najszybciej chciałby eksploatować złoże Afrodyta, szacowane na 198 mld. metrów sześciennych. Najlepszym odbiorcą w obu przypadkach może okazać się Turcja.

O myśleniu perspektywicznym tureckiego rządu świadczą także duże projekty infrastrukturalne. Oprócz wspomnianych elektrowni atomowych co najmniej 15 mld dolarów pochłonie budowa nowego lotniska w Stambule, które z możliwością obsługi 150 milionów pasażerów rocznie będzie największym na świecie. 11 mld dolarów ma kosztować autostrada Stambuł – Izmir.

Właśnie głód surowców i duże projekty infrastrukturalne sprawiają, ze Turcję nazywa się czasem Chinami Europy. Jest jednak zasadnicza różnica – o ile Chiny muszą przestawić swoją gospodarkę z nadmiernie eksportowej na skupioną bardziej na rynku wewnętrznym, to Turcję czeka odwrotna droga. Czas pokaże czy uda się jej stworzyć produkty, które będzie mogła z powodzeniem sprzedawać za granicą, równoważąc rachunek obrotów bieżących i całą gospodarkę.

OF

Gospodarka Turcji
Gospodarka Turcji

Tagi


Artykuły powiązane