Ekonomia nie może być oderwana od rzeczywistości

14.09.2013
Jak rozstrzygnąć tak zwane spory o miedzę? Skąd się w ogóle biorą przedsiębiorstwa? Dlaczego Chiny tak szybko się rozwijają? Na te pytania starał się odpowiedzieć Ronald Coase, laureat nagrody Nobla z 1991 r., jeden z najwybitniejszych ekonomistów, którzy kiedykolwiek stąpali po ziemi. Drugiego września tego roku zmarł w wieku 102 lat.

Ronald Coase (TivkiCC-BY-SA-3 0 (2)


– To bardzo niespotykane, by idee 102-letniego ekonomisty miały znaczenie zarówno dla przeszłości, jak i dla przyszłości – napisał w internetowym komentarzu Matt Ridley, ekonomista, wieloletni dziennikarz „The Economist”, obecnie biznesmen i gospodarczy komentator. Pisał o Ronaldzie Coase, zmarłym 2 września brytyjskim ekonomiście, który w ciągu rozwijanej w Stanach Zjednoczonych kariery opracował tak wiele teorii, zbadał tak wiele tematów, że pisząc o nim właściwie nie wiadomo, od czego zacząć.

Zacznijmy więc może od tego, że Coase w swojej pracy naukowej nie badał tematów oderwanych od rzeczywistości. Był on ekonomistą, który tłumaczył zagadnienia bliskie i znane zwykłemu człowiekowi. Podkreślał zresztą często, że nie interesuje go ekonomia „czarnej tablicy”, czyli taka, która „zamiast studiować realny świat i gospodarkę, tworzy wyimaginowane światy istniejące tylko w umysłach ekonomistów”. Jako przykład takich oderwanych od rzeczywistości deliberacji podawał rozważanie problemów przy założeniu, że nie występuje w świecie problem kosztów transakcyjnych.

Centralni planiści kapitalizmu

Zanim sam Coase dostrzegł problem kosztów transakcyjnych, co później pozwoliło mu np. na wskazanie optymalnej metody rozstrzygania problemu efektów zewnętrznych, zadał pytanie bardziej fundamentalne. Skoro wolnorynkowy system opiera się na dobrowolnych kontraktach, jak to się dzieje, że w ogóle powstają przedsiębiorstwa, zatrudniające ludzi na stałe – dlaczego każdej pracy nie zleca się każdorazowo specjaliście?

Przecież przedsiębiorstwo to organizacja planowana centralnie, a to z wolnym rynkiem wspólnego wiele nie ma. Jak wytłumaczyć jego istnienie? Co więcej, jak obronić tezę, że socjalizm jako niezależna gospodarka nie może funkcjonować, skoro odgórnie zarządzane koncerny takie, jak Ford ze względu na swoją skalę są właściwie małymi gospodarkami i świetnie sobie radzą?

Pytania te Coase stawiał w latach międzywojennych i tego typu zagadnienia ekonomiści omawiali na porządku dziennym. To właśnie na te lata przypadało apogeum sporu pomiędzy Johnem Maynardem Keynesem, a Friedrichem Augustem von Hayekiem o pożądany kształt gospodarki. Pierwszy chciał interwencji, drugi wolności. Hayek tłumaczył, że interwencjonizm, a centralne planowanie tym bardziej, nie może być korzystne dla gospodarki, bo z konieczności o gospodarce – czyli o systemie handlu i produkcji oraz relacji międzyludzkich – za mało wiemy. Wiedza ta jest zmienna i rozproszona pomiędzy uczestników rynku i nie da się jej zgromadzić w jednym miejscu, żeby potem na jej podstawie zarządzać produkcją. To nie wypali.

– Ale Ford jednak funkcjonuje! – upierali się oponenci takiego minimalistycznego podejścia. I tu właśnie w sukurs wolnorynkowemu myśleniu przyszedł Coase ze swoim, opublikowanym w 1937 r. artykułem „The Nature of the Firm” (w wolnym tłumaczeniu „Istota firmy”). Tam właśnie przedstawił koncepcję kosztów transakcyjnych.

O co chodzi? To proste. Jeżeli chcesz wystrugać sobie kij, na którym potem usmażysz ogniskową kiełbaskę, możesz zrobić to samemu, albo poprosić kogoś, by – za drobną opłatą – zrobił to za ciebie. Struganie kija to nie jest trudna i ciężka praca. Ale, jeśli chcesz mieć samochód, to choćbyś był superinteligentnym bogaczem, trudno będzie ci wyprodukować go własnoręcznie we własnym garażu. Musiałbyś każdą część – opony, karoserię, podwozie, silnik – wytwarzać od zera, wszystko własnoręcznie łączyć, szlifować…

O wiele łatwiej będzie ci wynająć kogoś, kto wszystko to zrobi za Ciebie. Ale nie będziesz wynajmował osobno człowieka od opon, karoserii, czy silnika. Wynajdywanie ich na rynku, sprawdzanie, czy są dobrymi fachowcami, targowanie się z nimi, a potem podpisywanie z nimi kontraktów zajęłoby Ci nieskończenie wiele czasu. Ten cały czasochłonny ambaras, o którym tu mowa, to właśnie koszty transakcyjne.

To ze względu na istnienie kosztów transakcyjnych – przekonywał Coase – istnieją firmy, którym bardziej opłaca się zatrudnić specjalistów na stałe i opracować stabilny mechanizm produkcji niż każdorazowo zatrudniać podwykonawców na umowy zlecenie. Firmy są w stanie obniżać koszty transakcyjne i to właśnie de facto umożliwia jakąkolwiek bardziej złożoną produkcję.

Obniżanie kosztów transakcyjnych nie jest jednak procesem linearnym, mogącym odbywać się w nieskończoność. W pewnym momencie nawet Ford nie jest w stanie ogarnąć całości swojej produkcji. Istnieje punkt krytyczny (jego umiejscowienie jest inne w przypadku różnych firm), przy którym, aby firma nadal się rozwijała, część prac – jak choćby obsługę prawną, kwestie marketingowe, albo produkcję opon – należy zlecić komu innemu.

Konieczne jest więc, żeby – cytując Ridleya – „na morzu rynkowych negocjacji istniały wyspy centralnego planowania”. Konieczne jest, żeby tych wysp było wiele. Koszty transakcyjne uniemożliwiają zmonopolizowanie gospodarki przez jedną firmę, jak również sprawiają, że socjalizm (czyli monopol państwa) zawsze będzie gospodarką niewydolną.

Niemiłe zapachy i zbłąkane bydło

Trudno znaleźć obecnie znaleźć ekonomistę – z prawej, czy lewej strony – który nie doceniałby teorii kosztów transakcyjnych. Po śmierci Coase’a w sieci zaroiło się od wspomnień dotyczących ekonomisty i podsumowań jego dorobku. Co ciekawe, jako człowiek i naukowiec o dość konserwatywnej i wolnorynkowej wizji świata – nietrudno w jego pracach doszukać się konceptu „niewidzialnej ręki rynku” – nie zawsze był mile widziany na uczelniach.

We wczesnych latach 60 pracował na Uniwersytecie Wirginii, skąd został usunięty – jak się potem okazało – ze względu na swoje „prawicowe przekonania.” Czystki objęły także Jamesa Buchanana, również niedawno zmarłego ekonomistę. Dla Uniwersytetu Wirginii okazało się to wielką podwójną pomyłką. Obaj ekonomiści zdobyli potem Nagrody Nobla. Tyle, że pracowali już gdzie indziej i na reputację innych instytucji. Coase wykładał na Uniwersytecie Chicagowskim, w mekce wolnorynkowców z Miltonem Friedmanem na czele, a Buchanan na Uniwersytecie Georga Masona w Wirginii.

Wróćmy do dokonań naukowych Coase. W 1960 r. opublikował on swój drugi wiekopomny i po wielokroć cytowany artykuł – „Problem kosztów społecznych” („The Problem of Social Costs”). Ekonomiści od dawna zastanawiali się, jak rozwiązać problem efektów zewnętrznych. Załóżmy, że niedaleko od domu Kowalskiego powstaje zakład utylizacji śmieci. Zapachy, które ów zakład rozsiewa po okolicy obniżają komfort życia Kowalskiemu, przyprawiają go wręcz o mdłości.

Jak rozwiązać ten problem? Czy właściciel zakładu ma prawo zatruwać niejako niechcący życie Kowalskiemu? Sam Coase podawał przykład sytuacji, w której należące do hodowcy bydło w trakcie wypasu często wychodzi poza wyznaczony teren, na działkę, na której sąsiad uprawia zboże. W praktyce zarówno ograniczenie mobilności bydła, jak i puszczanie go samopas przynosi szkodę którejś ze stron.

Nazwijmy tego rodzaju spory roboczo „sporami o miedzę”. Można do tej klasy zaliczyć ekologiczne problemy związane z budową autostrad, czy lotnisk albo wydobyciem gazu łupkowego. Mam nadzieję, że miłośnicy filmów o Kargulu i Pawlaku wybaczą to uproszczenie (w filmie chodziło przecież tylko o ustalenie dokładnej granicy pól uprawnych należących do bohaterów).

Jednym z rozwiązań sporów o miedzę może być odgórna regulacja, przepisy prawa. Władza może powiedzieć Kowalskiemu, że ze względu na dobro ogółu (ktoś musi w końcu utylizować śmieci) musi on pogodzić się z wdychaniem niemiłych zapachów, albo się wyprowadzić. Władza może też powiedzieć hodowcy bydła, że musi ogrodzić swoją działkę – to jednak nałoży nań spore koszty.

Według Coase’a rozwiązywanie takich sporów dekretem nie jest jednak rozwiązaniem optymalnym. Coase preferuje negocjacje, w których strony mogą wypracować między sobą optymalne rozwiązanie. Np. strona, która jest źródłem efektów zewnętrznych może postarać się je ograniczyć, bądź pokrzywdzonej stronie wypłacać rekompensatę. Ale to nie zawsze. W sytuacji, jeśli Kowalski wybudował dom pod zakładem utylizacji śmieci i mógł wiedzieć o nieprzyjemnych zapachach, jest sam sobie winien i tylko dobra wola zakładu może mu pomóc.

Rynek jest według Coase bardziej wydajnym narzędziem w ograniczaniu kosztów transakcyjnych w takich sytuacjach niż państwo, ale nie jest też narzędziem idealnym. Mogłoby być przecież tak, że ktoś celowo np. uniemożliwiałby budowę lotniska, nie chcąc się zgodzić w ogóle na hałas. Dlatego – podkreśla ekonomista – konieczne jest wypracowanie właściwej definicji praw własności i stworzenie dobrego systemu prawnego, który pomagałby w negocjacjach pomiędzy stronami. Prawo takie pozwalałoby jasno stwierdzić, która ze stron sporu jest pokrzywdzona, a która musi ponieść koszty zadośćuczynienia.

Myliłem się wiele razy

Twierdzenie (upraszczając), że w wypadku sporów na rynku należy preferować wzajemne negocjacje od interwencji administracyjnej nosi nazwę „Teorematu Coase’a”. Przykładem wykorzystania teorematu w praktyce jest zmiana w amerykańskim systemie przyznawania koncesji na pasma radiowe. Dawniej opierał się on po prostu na licencjonowaniu poszczególnych nadawców. Żeby uzyskać koncesję musieli oni przekonać do siebie państwo, spełniając ustawowo wypracowany katalog wymagań i płacąc opłaty licencyjne.

Coase przekonywał, że najlepszą drogą do rozdzielania spektrum radiowego jest po prostu sprzedaż poszczególnych jego pasm na aukcjach. – Eksperci wyśmiewali ten pomysł, lobby branżowe sprzeciwiało mu się, politycy także byli przeciwni. Dopiero w 1994 r. udało się wdrożyć system sprzedaży licencji. Dotąd przeprowadzono już 73 aukcje, a skarb państwa zarobił na tym 52,6 mld dolarów. To podręcznikowy przykład wdrożenia dobrej strategii gospodarczej w tej dziedzinie – pisali w 2009 r. ekonomiści Thomas W. Hazlett, David PorterVernon Smith, którzy przebadali efekty reformy Coase’a.

Warto podkreślić, że mimo swoich osiągnięć Ronald Coase uchodził za naukowca bardzo skromnego i skorego do przyznawania się do błędów. Jednym z ostatnich tematów, którymi się zajmował były Chiny i ich gospodarczy sukces. – Jestem zaskoczony tym sukcesem. Nie spodziewałem się, że tak szybko wyrosną na globalną potęgę gospodarczą. Szczerze mówiąc, przypuszczałem, że zajmie im to 100 lat! – mówił w jednym z wywiadów udzielonych przed rokiem. Na pytanie rozmówcy o to, jak mógł się mylić w taki ważnej kwestii odpowiedział: „Myliłem się w życiu tyle razy, że i taka pomyłka nie jest dla mnie czymś niezwykłym.”

Chciałem porozmawiać z Ronaldem Coasem o jego naukowej skromności i o tym, jak postrzega rozwój ekonomii ze swojej 100-letniej perspektywy. Zgodził się nawet za pośrednictwem swojej asystentki na taką rozmowę. Postawił jednak warunek: wywiad ma być przeprowadzony listownie, tradycyjną pocztą. Pytania wysłałem. Coase odpisać już nie zdążył.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły