Pułapka średniego dochodu

21.04.2011
Część krajów szybko doganiających Zachód pod względem dochodów może wpaść w zadyszkę. W pewnym momencie kończą się bowiem proste źródła wzrostu – ostrzegają ekonomiści z Uniwersytetów w Berkeley i Seulu. Poziomem krytycznym, po którym często obserwowano załamanie wzrostu, jest dochód per capita w wysokości 17 tys. dolarów. Polska właśnie niedawno go przekroczyła.

Przebicie średniego poziomu dochodu często okazuje się trudne (CC BY-NC-SA Adam Simon)


Ostatni kryzys gospodarczy wzbudził wielką wiarę w to, że rynki wschodzące będą motorem globalnego wzrostu PKB. Wiele z nich – w tym Polska – uniknęło recesji i rozwijało się w latach 2008-2010 w tempie daleko wyższym niż kraje rozwinięte. Ekonomiści mówią czasami o zjawisku zwanym „wielką konwergencją“, czyli wyrównywaniu różnic w dochodach między krajami Wschodu i Zachodu. Ma to być odwrócenie tzw. „wielkiej dywergencji“ (termin ukuty przez Samuela Huntingtona), czyli rozjeżdżania się różnic w dochodach w XIX i XX wieku. Fundamenty tej wiary doskonale pokazuje poniższy rysunek, na którym przedstawiona została różnica wzrostu gospodarczego rynków wschodzących i krajów rozwiniętych.

Rys. 1.: Różnica między tempem wzrostu rynków wschodzących i krajów rozwiniętych, w pkt proc. (czerwona linia) oraz różnica między tempem wzrostu krajów Europy Środkowo-Wschodniej a krajów rozwiniętych (zielona linia) Widać, że w ostatnich latach rynki wschodzące zaczęły coraz szybciej doganiać kraje rozwinięte. Ale ten trend nie musi trwać wiecznie, co widać już m.in. po problemach Europy Środkowo-Wschodniej.

Problem w tym, że „wielka konwergencja“ może być podobnym uproszczeniem, co np. „koniec historii“ (termin ukuty przez Francisa Fukuyamę) – zwrotem, który staje się zbyt daleko idącym skrótem myślowym. Pomysłem na łatwy opis zmian, które z natury rzeczy są bardzo skomplikowane. To prawda, że rynki wschodzące będą zbliżały się pod względem zamożności do świata rozwiniętego, ale proces ten może być wyboisty i nieliniowy.

Nieco chłodnej wody na rozgrzane głowy optymistów wylali ostatnio ekonomiści z uniwersytetów w Berkeley i Seulu: Barry Eichengreen, znany amerykański ekonomista z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley oraz Donghyun Park (Asian Development Bank) i Kwanho Shin (Uniwersytet Koreański w Seulu). Opublikowali ciekawe badanie, w którym pokazują, że w przeszłości wiele szybko rozwijających się krajów wpadało w pewnym momencie w pułapkę rozwojową. Udało im się wyjść z biedy, ale znacznie trudniej było wykonać kolejny krok – osiągnąć wysoki poziom zamożności społeczeństwa. W języku angielskim mówi się na takie zjawisko „middle-income trap“, czyli „pułapka średniego dochodu“.

– Przywołując znanego teoretyka Nelly Furtado (żart autorów, to jest znana piosenkarka, której cytat wykorzystali – przyp I.M.) można powiedzieć, że „wszystkie dobre rzeczy kiedyś się kończą“. Okresy wysokiego wzrostu również nie trwają wiecznie – piszą Eichengreen, Park i Shin. Tłumaczą, że w pewnym momencie kraj musi zmniejszyć zależność od importowanej technologii i zacząć samemu inwestować we wzrost produktywności. Inaczej doświadcza znaczącego spowolnienia.

Magiczna granica 17 tys. dolarów

Badając dane z lat 1957-2007 ekonomiści zidentyfikowali epizody znaczącego spowolnienia długookresowego wzrostu gospodarczego w szybko rozwijających się krajach. To znaczy, że brali pod uwagę państwa, które przez co najmniej siedem lat notowały średnioroczny wzrost PKB przekraczający 3,5 proc., a następnie przez kolejne siedem lat notowały wzrost niższy o co najmniej 2 pkt proc. Takich epizodów znaleźli bardzo wiele, szczególnie w latach 70., kiedy na świecie powoli kończyła się złota era powojennego wzrostu.

Autorzy zadali pytanie, czy można znaleźć wspólne cechy dla krajów, które doświadczyły silnego spowolnienia tempa rozwoju. Okazuje się, że można. Jest pewien zestaw czynników, które – przynajmniej ze statystycznego punktu widzenia – zwiększają ryzyko wpadnięcia w pułapkę średniego dochodu.

Ze statystyk wynika, że spowolnienie nadchodziło średnio po osiągnięciu poziomu dochodu per capita w wysokości 16,7 tys. dolarów (w cenach z 2005 r.), po którym wzrost spowalniał średnio z 5,6 do 2,1 proc. Oczywiście to tylko uśrednione poziomy, ale – zdaniem autorów – za tymi liczbami kryją się pewne prawidłowości. Co więcej, używają oni różnych modeli statystycznych do potwierdzenia swoich wniosków.

– Spowolnienie wiąże się z momentem, w którym nie jest już możliwe zwiększanie produktywności poprzez transfer siły roboczej z rolnictwa do przemysłu, i w którym krańcowe zyski z napływu inwestycji zagranicznych zmniejszają się – piszą Eichengreen, Park i Shin.  Z trzech czynników wzrostu PKB – akumulacji kapitału, przyrostu siły roboczej oraz wzrostu produktywności – w okresach silnego spowolnienia załamaniu ulegał wpływ tego ostatniego. Wpływ akumulacji kapitału na wzrost PKB obniżał się nieznacznie z 2,4 do 1,8 proc., przyrostu siły roboczej z 0,89 do 0,86 proc., a wzrostu produktywności z 3,05 do zaledwie 0,09 proc.

Co ciekawe, zauważają oni również, że ryzyko spowolnienia wzrostu zwiększa się, jeżeli kraj podejmuje nadzwyczajne wysiłki w celu utrzymania wysokiej dynamiki PKB. Do takich środków nalezy m.in. utrzymywanie zaniżonego kursu walutowego. – Można tłumaczyć, że dewaluacja realnago kursu walutowego działa jako motor wzrostu gospodarczego we wczesnym okresie rozwoju, kiedy wykorzystywane są proste źródła wzrostu, ale nie w późniejszym okresie, kiedy wzrost opiera się głównie na innowacjach – piszą autorzy badania.

Taki wniosek, to ewidentny sygnał w kierunku Chin, które oskarżane są przez inne kraje oraz wielu ekonomistów o utrzymywanie zbyt niskiego kursu walutowego. Biorąc pod uwagę swoje analizy oraz obecny stan chińskiej gospodarki, Eichengreen, Park i Shin oceniają, że w nadchodzących latach ryzyko znaczącego spowolnienia gospodarki tego kraju wynosi ponad 70 proc. Taki scenariusz zaś może mieć globalne konsekwencje: – W ostatnich latach udział Chin w globalnym wzroście gospodarczym znacząco się zwiększył. Dlatego jej silne spowolnienie w niedalekiej przyszłości może mieć wpływ na tempo ekspansji całej światowej gospodarki. Może to również oznaczać większe ryzyko destabilizacji społecznej w samych Chinach – ostrzegają autorzy badania.

Polska też może wpaść w pułapkę

W naturalny sposób nasuwa się pytanie, jak wspomniane badania można odnieść do Polski? Produkt krajowy brutto per capita w Polsce przekroczył w ostatnich latach poziom 17 tys. dolarów, co mogłoby oznaczać, że kraj jest bardziej narażony na spowolnienie gospodarcze. Jednocześnie Polska przechodzi okres silnej konsolidacji fiskalnej, która w krótkim okresie może być dodatkowym czynnikiem obciążającym wzrost gospodarczy. Wiele głosów w ostatnim czasie wskazywało, że istnieje ryzyko spowolnienia dynamiki rozwoju.

Szef doradców premiera, Michał Boni, przyznał niedawno, że Polsce grozi „cywilizacyjny dryf“. Bank Światowy ostrzegał, że potencjalne tempo wzrostu PKB może w nadchodzących latach obniżyć się w Polsce o 1 pkt proc. Również ekonomiści rynkowi wysyłają ostrzeżenia. Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, w artykule pt. „Motory wzrostu i znaki zapytania“ zamieszczonym w kwietniu „Rzeczpospolitej“ pisał: – Rząd nawet specjalnie nie ukrywa braku pomysłu na wzrost gospodarczy po roku 2012. Jak podnieść potencjał gospodarki? Co ma przesądzać o dynamice obserwowanego PKB? Już nie wydatki infrastrukturalne, już nie środki unijne, już nie inwestycje prywatne, już nie eksport. To w takim razie co?

Czynnikiem, który może niewątpliwie przyczyniać się do obniżenia wzrostu produktywności (i tym samym dochodu) w Polsce jest niski poziom innowacyjności i nakładów na badania. We wszystkich rankingach dotyczących tych dziedzin Polska regularnie zajmuje bardzo odległe miejsca. W ostatnim zestawieniu „Innovation Union Scoreboard“, przygotowanym przez Komisję Europejską, Polska zajęła szóste miejsce od końca wśród wszystkich krajów Unii Europejskiej pod względem innowacyjności gospodarki. W skali od 0 do 1 Polska uzyskała 0,28 pkt, podczas gdy np. Czechy otrzymały 0,41 pkt, Węgry 0,33 pkt, a średnia dla całej UE wyniosła 0,51 pkt.

Z drugiej strony, kilka czynników zagrożenia wymienianych przez Eichengreena, Parka i Shina jest w Polsce nieobecnych. Po pierwsze, Polska jest krajem uprzemysłowionym, w którym od wielu lat około 35 proc. siły roboczej pracuje w przemyśle i ok. 50 proc. w usługach. Trudno więc przykładać do Polski schematy oparte na analizach krajów, które przechodziły z produkcji rolniczej na przemysłową. Po drugie, Polska posiada płynny kurs walutowy i nigdy nie odwoływała się do dewaluacji jako sztucznego narzędzia podbijania wzrostu PKB.

Dlatego trudno oczekiwać, że polską gospodarkę czeka załamanie wzrostu podobne do tego, jakiego doświadczały kraje analizowane we wspomnianym badaniu. Jednak alternatywy scenariusz również nie napawa optymizmem. Realne jest obniżenie długookresowego tempa rozwoju Polski z ponad 4 do poniżej 4 proc. Tempo wzrostu sięgające 6-7 proc., notowane w latach 2007-2008 może być pieśnią przeszłości.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły