Ekonomia głównego nurtu jest ideologią, nie nauką

28.12.2013
„Economyths” Davida Orrella jest lekturą obowiązkową dla każdego, kto zajmuje się ekonomią, zwłaszcza naukowo. Autor dowodzi, że ekonomia bardziej niż na przykład fizykę przypomina epidemiologię, meteorologię czy naukę o sieciach.


Książka nie jest kolejną „humanistyczną” krytyką zmatematyzowanej ekonomii. Autor atakuje ekonomistów głównego nurtu od strony naukowej. Bardzo trudno byłoby mu zarzucić brak odpowiednich kompetencji. David Orrell zajmuje się matematyką stosowaną. Zrobił na Oksfordzie doktorat z przewidywania w systemach nieliniowych. Oprócz ekonomii zajmował się prognozowaniem pogody i rozwoju nowotworów.

Ekonomię głównego nurtu identyfikuje przez dziesięć założeń, które przyjmuje większość ekonomistów: gospodarkę da się opisać przy pomocy praw ekonomicznych, składa się ona z niezależnych podmiotów, jest stabilna, racjonalna i efektywna, nie faworyzuje żadnej płci, ryzykiem gospodarczym można zarządzać dzięki statystyce, wzrost gospodarczy może trwać w nieskończoność, jest zawsze dobry i da nam szczęście. Na tych podstawach opiera się m.in. ekonomia neoklasyczna i inne dominujące dziś teorie, np. hipoteza efektywności rynku. Orrell wysuwa przeciw nim potężne zarzuty, w każdym rozdziale rozprawia się z jednym założeniem. Po pierwsze twierdzi, że ekonomia głównego nurtu jest nienaukowa.

„Ekonomia jest matematycznym przedstawieniem ludzkich zachowań i jak każdy model matematyczny opiera się na pewnych założeniach. Te założenia w przypadku ekonomii są tak oderwane od rzeczywistości i od potrzeb i zachowań większości ludzi, że efektem jest wysoce zwodnicza karykatura. Teoria ekonomii w mniejszym stopniu jest nauką niż ideologią. Ludzie myślą, że założenia ekonomii są racjonalne, bo opierają się na ideach z fizyki i inżynierii. Mają one pozór prawdziwej nauki, ale w rzeczywistości są fałszywką” – pisze Orrell.

Między nauką a ekonomią

Autor prowadzi czytelnika przez historię nauki i pokazuje, jak ścieżki ekonomii i nauki krzyżowały się i rozchodziły. Wykazuje, jak ogromny wpływ na rozwój cywilizacji zachodniej, a zwłaszcza nauki, mieli pitagorejczycy. Założycielem tego pseudoreligijnego kultu był Pitagoras (ten sam, którego znamy z lekcji matematyki). Pitagorejczycy twierdzili, że wszystko jest liczbą. I mieli na to pewne argumenty.

Oprócz zależności między długościami boków trójkątów prostokątnych pitagorejczycy odkryli liczbową naturę muzyki. Kiedy na przykład uderzymy w strunę gitary, a potem znowu uzyskamy dźwięk, przyciskając ją do progu w połowie jej długości, różnica między tonami wynosi oktawę. Zawsze – bez względu na grubość, naciąg i oryginalną długość struny. Długości strun wydających dźwięki, które dobrze współbrzmią, stanowiły eleganckie proporcje jak 2/3 lub 3/4. Okazało się, że muzyka – nośnik tak nienamacalnej rzeczywistości jak emocje – ma matematyczną naturę!

Stąd wzięła początek idea uniwersalnych liczbowych praw opisujących działanie świata. To nie była tylko teoria naukowa, ale również estetyczna i moralna. Pitagorejczycy uważali, że cały świat powinien dać się opisać za pomocą liczb. Nie byle jakich – miały to być liczby piękne, doskonałe. Wierzyli, że istnieje głębszy ład, który wyjątkowi ludzie – tacy jak oni – są w stanie zamknąć w eleganckich teoriach.

Gdy okazało się, że nie wszystko w świecie da się przedstawić jako proporcję (odkryli, że przekątna kwadratu jest liczbę niewymierną), to cóż, tym gorzej dla faktów. Tę niezgodną z ich wyobrażeniami wiedzę o tym, jak świat powinien wyglądać, zatrzymali dla siebie. Nie tylko zresztą tę.

Pitagorejczycy byli bardzo elitarnym gronem. Żeby dołączyć do ich sekty, trzeba było spełnić wysokie wymagania: wyzbyć się wszelkiego majątku, wieść ascetyczny żywot i przez pięć lat studiować, złożywszy śluby milczenia. Warto też podkreślić, że Pitagoras dostał (nomen omen) imię na cześć Pytii, czyli delfickiej wyroczni, która była dla starożytnych głównym ekspertem do spraw prognoz.

Orrell twierdzi, że ekonomia jest w tak kiepskim stanie, bo ekonomiści głównego nurtu są pitagorejczykami – od drogi „wtajemniczenia” po podejście do prognozowania. Ekonomistą zostaje się w toku długich i drogich (w krajach anglosaskich) studiów. Istnieją silne mechanizmy wymuszania ortodoksji (w głównych czasopismach ekonomicznych praktycznie nie sposób opublikować prac, które podważają wspomniane założenia). Ekonomiści szukają eleganckiej, liczbowej racjonalności. Jak pitagorejczycy są gotowi pomijać milczeniem niewygodne fakty, aby podtrzymać przekonanie, że gospodarka wygląda tak, jak chcieliby, żeby wyglądała.

Ekonomia ma bardzo wiele wspólnego z fizyką klasyczną. Ekonomiści głównego nurtu próbują naśladować Newtona (ojcowie współczesnej makroekonomii – William Jevons, Leon Walras czy Wilfredo Pareto – mówili o tym wprost), choć zajmują się zupełnie inną sferą rzeczywistości. Newton rozumiał, że zachowań ludzi nie można opisać tak, jak czyni to fizyka. Pisał: „Mogę obliczyć ruchy ciał niebieskich, ale nie szaleństwo tłumu”.

Podstawą fizyki newtonowskiej jest założenie, że masa spadającego jabłka i ciał niebieskich różni się tylko wielkością, czyli liczbą. Podobnie są różne postacie energii – kinetyczna, potencjalna, termiczna – które mogą się w siebie przekształcać, ale zasadniczo są jednym i tym samym. Ekonomiści szukali podobnego pojęcia, które byłoby w stanie sprowadzić wiele różnych zjawisk do jednej liczby. I znaleźli je. Użyteczność jest rozumiana jako przyjemność minus nieprzyjemność, która się z daną rzeczą wiąże. Na przykład zjedzenie jabłka daje trzy jednostki przyjemności, a ból wydania pieniędzy to tylko dwie jednostki, więc kupując jabłko, jesteśmy do przodu o jedną jednostkę przyjemności. I w gospodarce chodzi o to, żeby tę użyteczność maksymalizować.

Żeby taki rachunek można było przeprowadzić, trzeba przyjąć wiele nieoczywistych założeń. Na przykład założyć, że jest możliwe porównywanie użyteczności dla różnych osób: wypicie filiżanki kawy ma dla Nowaka ma taką samą użyteczność jak zjedzenie jabłka dla Kowalskiego. Ekonomiści neoklasyczni zakładają też, że ludzie nie mają problemów z maksymalizowaniem użyteczności w czasie, tzn. oszczędzaniem dzisiejszych dochodów na później.

Orrell ocenia, że podstawowy model ekonomii neoklasycznej nie odpowiada gospodarce ludzi, tylko bogów. „Gdyby do Twoich drzwi zapukał ekonomista i poprosił o sporządzenie planu konsumpcji do końca życia, mógłbyś mieć mały problem. (…) To wymagałoby nieskończonych możliwości obliczeniowych” – pisze. „Ekonomia głównego nurtu zakłada, że ludzie są w wysokim stopniu racjonalni – superracjonalni i nie podlegają emocjom. Nigdy się nie przejadają, nigdy się nie upijają, oszczędzają na emeryturę, dokładnie tyle, ile trzeba – najpierw obliczając, ile oszczędności będą potrzebować, a potem z religijną skrupulatnością odkładają pieniądze. Prawdziwi ludzie nie są tacy”.

Codzienne doświadczenie przeczy założeniom ekonomii neoklasycznej i ekonomiści głównego nurtu nie mają kłopotu, żeby to przyznać. Mówią, że model nie ujmuje wszystkich aspektów rzeczywistości gospodarczej, bo jest to niemożliwe. Model z definicji jest uproszczeniem. Orrell zarzuca im, że już zbyt długo chowają się za tym pozornym kontrargumentem. Przyznają, że modele ekonomiczne są niepełne, ale nie przeszkadza to im nadal je wykorzystywać do bardzo odpowiedzialnych zadań, takich jak analiza ryzyka w systemie bankowym czy projektowanie polityki gospodarczej.

Ekonomiści tłumaczą, że muszą przyjmować pewne założenia, żeby móc przewidywać. Trzeba przyznać, że przez większość czasu, gdy nie dzieje się nic szczególnego, te prognozy są w miarę trafne, dzięki czemu ekonomia głównego nurtu mogła przetrwać tyle lat. W momentach przełomowych, gdy potrzebujemy ich najbardziej, zawodzą jednak na całej linii. Tomáš Sedláček, który wspólnie z Orrellem wcześniej napisał „Zmierzch homo economicus”, mówi, że ekonomia głównego nurtu jest jak poduszka powietrzna, która przez cały czas działa świetnie, aż do chwili, gdy zdarza się wypadek.

Dlaczego w takim razie w ogóle przewidywać? Bo – odpowiada Orrell – umiejętność przewidywania uchodzi za wyznacznik naukowości. Tyle że przewidywanie nieprzewidywalnego nie jest naukowe. Wręcz przeciwnie. Naraża gospodarkę na szwank, bo daje ludziom złudne poczucie bezpieczeństwa.

Dlaczego ekonomiści głównego nurtu uparcie trwają przy swoim? Bo to się opłaca – twierdzi kanadyjski naukowiec. Najkrótszą i najpewniejszą drogą do kariery w ekonomii, publikacji i awansów jest rozwijanie dominującego modelu. Prognozy potrzebne są nie tyle światu zewnętrznemu, ile samym ekonomistom. W ten sposób mogą uzasadnić swoją uprzywilejowaną rolę w społeczeństwie, rolę współczesnych odpowiedników wyroczni. Co najistotniejsze, legitymizują istniejący porządek gospodarczy i społeczny, który jest niesprawiedliwy.

„Główny problem z naszym systemem gospodarczym nie polega na tym, że jest on trudny do prognozowania, ale na tym, że pomimo swojej ogromnej produktywności i kreatywności znajduje się w złym stanie. Gospodarka jest niesprawiedliwa, niestabilna i rabunkowa (unsustainable). Ale teoria ekonomii nie potrafi sobie z tym poradzić” – pisze. Przyczyną nie jest słabość intelektu, ale motywacje.

Ekonomia faworyzuje bogatych

Jeśli założymy, że w obecnej sytuacji każdy ma szansę na sukces, a system gospodarczy jest sprawiedliwy, to ci, którzy mają dużo, mogą mówić, że zdobyli majątek przez własne zasługi i wytykać biednym, że są sami sobie winni. Trudno nie zgodzić się z Orrellem w tym, że przekonanie „jestem bogaty, to moja zasługa, jesteś biedny, to twoja wina” jest dziś bardzo powszechne. Niewątpliwie również kwestionowanie go może ściągnąć gromy, bez względu na przedstawiane argumenty. Gniewne reakcje przemawiałyby za tezą o fałszywej świadomości, gdyby rzeczywiście istniały sensowne alternatywy dla dominującego modelu. Orrell pokazuje takie alternatywy i w co najmniej kilku wypadkach są one niezwykle interesujące.

>>czytaj też: Papież nie zna się na ekonomii. Globalizacja jest dobra

Gospodarka jak organizm

Zamiast mechanicznych, działających tylko w jedną stronę związków przyczynowo – skutkowych (np. osłabienie waluty poprawia bilans handlowy) zdaniem Orella trzeba szukać sprzężeń zwrotnych, czyli zależności samonapędzających się (typu: im więcej, tym więcej; sprzężeń dodatnich) i samorównoważących się (typu: im więcej, tym mniej; sprzężeń ujemnych). Przykładem pierwszych jest bańka spekulacyjna (im wyższe ceny, tym więcej ludzi chce na niej zarobić). Przykładem drugiej jest kolejka – im dłuższa, tym bardziej zniechęca do stania.

Złożenie tych dwóch sprzężeń (np. aby kupić drożejące cebulki tulipanów, trzeba stanąć w kolejce) pokazuje, jak złożona może być dynamika takiego prostego układu. Przypuśćmy, że ludzie którzy stoją w kolejce, ulegają „zachowaniu stadnemu” – przez rozmowy z innymi utwierdzają się w przekonaniu, że ceny tulipanów wzrosną. Po zakupie wracają do swojego środowiska i zarażają swoją manią innych. Zakładając dalej, że jeśli ktoś z zewnątrz ma styczność z co najmniej dwoma „maniakami”, sam ulega manii i staje w kolejce bez względu na jej długość.

Orrell twierdzi, że tego typu zjawisko można badać za pomocą tych samych narzędzi, jakie stosują na przykład epidemiolodzy. Nie sposób dokładnie przewidzieć, co się stanie, ale można poznać schematy możliwych scenariuszy przez zastosowanie automatów komórkowych lub modeli opisujących oddziaływania aktorów (agent based models). Na przykład gospodarkę możemy przedstawić jako tablicę komórek, opisać reguły ich oddziaływania na siebie (każda komórka, która ma dwóch sąsiadów „maniaków”, staje się maniakiem) i puścić tę maszynerię w ruch w pamięci komputera.

Nawet proste zasady opisujące interakcje mogą doprowadzić do pojawienia się własności emergentnych. Własności emergentne to zachowania złożonych systemów, które nie mogą być przewidziane z góry na podstawie samych składników systemu – zupełnie jak kształtowanie się chmur. W ekonomii głównego nurtu emergencji nie ma, bo być nie może. Modele budowane w ramach paradygmatu głównego nurtu mają charakter quasistochastyczny, który próbuje udawać rzeczywistość przez uwzględnienie elementów losowych na zasadzie: nie badamy, jak i kiedy powstają bańki spekulacyjne, ale zakładamy że one się zdarzają, gdy na kostce 10 razy pod rząd wypadnie szóstka.

Z nauki o sieciach

Dalej Orrell pokazuje, że rynek kredytowy może być przedmiotem zainteresowania nauki o sieciach. Jednostki (przedsiębiorstwa, osoby indywidualne) można traktować jako węzły sieci, a długi jako relacje w sieci kredytów. Cytowany w książce Andrew Haldane z Banku Anglii twierdzi: „Badanie ryzyka w systemie finansowym jest atomistyczne. Ryzyko oblicza się dla poszczególnych węzłów sieci. W sieci, takie podejście nie ma sensu, jeśli chodzi o ryzyko dla poszczególnych węzłów, a tym mniej dla systemu jako całości”.

Dzięki zastosowaniu nauki o sieciach w ekonomii można wyciągnąć praktyczne wnioski, gdzie w systemie bankowym wprowadzić przegrody bezpieczeństwa, żeby bankructwo jednego podmiotu nie pociągnęło za sobą lawiny innych bankructw. Nie musimy prognozować przyszłości, żeby odpowiedzieć na pytanie, jakiego rodzaju kół zapasowych potrzeba, by kryzys nie przenosił się z miejsca na miejsce, jak się dywersyfikować, jak się z góry przygotować na kontrolowane zamknięcie fragmentów gospodarki, których nie da się już naprawić.

W dalszych rozdziałach Orrell wraca także do podnoszonych od dawna na lewicy pomysłów takich jak podatek Tobina czy podatek węglowy, nie odpowiadając na najważniejsze zastrzeżenia, jakie te rozwiązania budzą. Stwierdza, że jego zdaniem nikt na świecie nie powinien zarabiać więcej niż 500 tys. dol. na rok. Zapewne dla części czytelników to jedno zdanie będzie wystarczającym powodem, aby przekreślić całą książkę. Niewątpliwie wmieszanie „pobożnych życzeń” do najcięższych naukowych i etycznych zarzutów osłabia wymowę książki. Podchodząc racjonalnie, można po prostu zignorować słabe miejsca i docenić odkrywcze.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test