Błądzić jest rzeczą pożyteczną

15.03.2014
„Łatwość ogłaszania bankructwa to klucz to sukcesu Amerykanów” – pisze Megan McArdle w wydanej 11 lutego 2014 r. w USA książce „The Up Side of Down: Why Failing Well Is the Key to Success”.

Megan McArdle, "Why Failing Well Is the Key to Success"


Megan McArdle rozpoczyna książkę (jej polski tytuł to „Dobra strona porażek: Dlaczego upadanie w odpowiedni sposób jest kluczem do sukcesu”) od tyrady na własny temat. Pisze, że była jest autorką tekstów dla największych anglojęzycznych gazet i magazynów (41-letnia autorka jest dziennikarką Bloomberga, wcześniej pracowała m.in. dla pism „The Economist” i „Newsweek”, publikowała także w „The New York Times”, „The Wall Street Journal”, „The Guardian” i „Time”).

Ma świetną pracę, oddanego męża, stuletni segment niedaleko Kapitolu w Waszyngtonie. „Moje życie jest, muszę przyznać, całkiem fajne” – podsumowuje dziennikarka. Dodaje jednak, że jest „Mozartem spektakularnych porażek” i „Paganinim pecha”. Miała więcej miejsc pracy niż większość ludzi w ciągu całego życia. Wśród znajomych jest wręcz znana z wybierania pracy w firmach, które niedługo później ogłaszają bankructwo. Jeden z jej kolegów poprosił ją nawet w żartach, by – gdy tylko dostanie kolejną ofertę pracy – dała mu znać, co to za firma, by mógł jej akcje „sprzedać na krótko” (chodzi o tzw. krótką sprzedaż, w ten sposób zarabia się, gdy ceny akcji spadają).

Test spaghetti

Książka pełna jest wątków osobistych (łącznie z historią porzucenia przez narzeczonego i problemami z wyrostkiem robaczkowym matki), ale zdecydowana większość to przytaczane przez McArdle przykłady mające zilustrować postawioną przez nią tezę. Autorka przywołuje m.in. historię Petera Skillmana, obecnie dyrektora w Nokii, który kilkanaście lat temu przygotował ćwiczenie nazwane „problemem spaghetti”. Przez kolejne pięć lat dawał je do rozwiązania różnym grupom, od amerykańskich studentów po inżynierów z Tajwanu. Grupa składająca się zwykle z trzech, czterech osób, otrzymywała 20 kawałków makaronu spaghetti, 1 m taśmy oraz jedną piankę cukrową (ang. marshmellow). Następnie mieli 18 min na stworzenie najwyższej struktury, która utrzymałaby piankę. Ze wszystkich grup, które próbowały się uporać z tym zadaniem, najgorzej poszło studentom zarządzania (za dużo czasu zmarnowali na kłótnie, kto ma być szefem), a niewiele lepiej prawnikom. Bardzo dobrze poradzili sobie inżynierowie, ale pokonała ich grupa stworzona z…przedszkolaków.

Jak im się to udało? Dzięki brakowi obawy przed porażką i ciągłym próbom. Co istotne, przedszkolaki były jedyną grupą, która poprosiła o więcej spaghetti. Nikt inny tego nie zrobił, choć w regułach nie było żadnej informacji sugerującej, iż nie można tego zrobić. Kiedy już dostali więcej spaghetti, zaczęli testować różne rozwiązania, trzymając się tych, które działały. A ponieważ zasadniczo makaron nie służy do budowy konstrukcji i nikt nie mógł mieć wiedzy na temat właściwości konstrukcyjnych tego materiału, metoda prób i błędów była podejściem, które przyniosło najlepsze rezultaty.

Oczywiście konstrukcje zbudowane przez inżynierów były ładniejsze od tych stworzonych przez przedszkolaków, ale nie to były celem. Jak twierdzi Skillman, wielokrotne próby prawie zawsze dają lepszy rezultat niż dopracowywanie jednego, pozornie najlepszego pomysłu. Ludzie, którzy planowali, nie uczyli się. Uczyli się za to ci, którzy próbowali i ponosili porażki.

Waga błędu

Autorka wielokrotnie podkreśla, jak doskonałym krajem są Stany Zjednoczone. Cały końcówka książki poświęcona jest wykazaniu, że USA są gospodarczo potężniejsze od Europy, ponieważ w tym kraju pozwala się ludziom popełniać błędy.

McArdle przytacza historię Kenneta, fotografa i biznesmena z Danii. W 2000 r., po dekadzie pracy miał własne studio, sześciu pracowników i mnóstwo klientów. Po 11 września 2001 r. popyt gwałtownie się zmniejszył. Kennet najpierw płacił pracownikom z własnych oszczędności, potem brał w tym celu pożyczki. Wreszcie musiał zwolnić pracowników i zamknąć firmę. Według duńskiego prawa każdy pracownik jest uprawniony do trzymiesięcznej odprawy, niektórzy do sześciomiesięcznej. Również podatki musiały być zapłacone. Ostatecznie Kennet skończył ze 100 tys. dol. długu i 10 tys. dol. rocznych odsetek. 11 lat później zapłacił już więcej odsetek, niż wynosił oryginalny dług. Ciągle musi go spłacać. Co więcej, bank przymierza się, by przejąć jego dom. Nawet to nie daje gwarancji, że wystarczy na spłatę zadłużenia, ponieważ ceny nieruchomości w Danii spadły.

W USA już dawno mógłby ogłosić bankructwo i pozbyć się długów. W Danii musieliby się na to zgodzić wszyscy jego wierzyciele i urząd skarbowy, co zdarza się bardzo rzadko. W USA wystarczy pójść do sędziego, zadeklarować, ile ma się majątku, który można wykorzystać na spłatę wierzycieli, i odejść z czystym kontem.

Prawo na miarę

Amerykański system powstał trochę przez przypadek. Stany Zjednoczone w chwili ogłoszenia niepodległości przejęły system prawa upadłościowego od Wielkiej Brytanii, a konstytucja dała Kongresowi możliwość przygotowania nowych przepisów dostosowanych do sytuacji nowego państwa. Przez kolejne prawie 100 lat nic jednak w tym kierunku nie zrobiono. Wówczas w USA istniała już duża grupa właścicieli ziemskich (każdy mógł otrzymać kawałek gruntu na zachodzie kraju na podstawie tzw. Homestead Act), z których wielu było zadłużonych u bankierów ze Wschodniego Wybrzeża. Byli na tyle silni, że wybrali senatorów, którzy wywalczyli dla nich prawo pozwalające na łatwe pozbycie się długów.

Autorka opisuje, jak to podczas pracy dla tygodnika „The Economist” opisywała nowe amerykańskie prawo upadłościowe z 2005 r., które nazwała „drakońskim”. Jej redaktorzy z Wielkiej Brytanii uznali, że musiała się pomylić, ponieważ według brytyjskich standardów to prawo było wyjątkowo łagodne i przyjazne dla dłużników. Zdaniem McArdle to właśnie łatwość ogłoszenia bankructwa jest jednym z powodów, dla których w USA jest dwa razy więcej nowych przedsiębiorców i trzy razy więcej firm niż we Francji.

We wszystkich stanach USA jest prawo dające prawo wyłączenia części majątku z procedury upadłościowej (dłużnik nie musi go sprzedawać i oddawać pieniędzy wierzycielom). Różnice między stanami są jednak spore. Na przykład w Alabamie i Kentucky wystarczy, że nieruchomość warta jest 5 tys. dol., by trzeba ją było sprzedać, a pieniądze oddać wierzycielom. Z kolei w Teksasie i na Florydzie nie można być zmuszonym do sprzedaży domu bez względu na jego wartość.

Ekonomiści Michelle WhiteWei Fan postanowili sprawdzić, czy ta ochrona ma wpływ na decyzję ludzi o podejmowaniu ryzyka. Okazało się, że stany, w których domy nie podlegają egzekucji komorniczej bez względu na ich wartość, mają o 35 proc. więcej przedsiębiorców niż te, w których istnieje ograniczenie kwotowe w tej sprawie.

Książka McArdle pozostawia niedosyt. Teza, że dzięki porażkom można się wiele nauczyć, nie jest jakoś szczególnie oryginalna. Z tytułu można wyciągnąć wniosek, iż autorka napisze, jak popełniać błędy, by później przekuć je w sukces, jednak nie udało mi się znaleźć w książce odpowiedzi na to pytanie. Do tego większość cytowanych przez autorkę przykładów nie była szczególnie interesująca. Podsumowując: pozycja dla największych fanów dziennikarki.


Tagi


Artykuły powiązane