Nie ma przypadków

05.03.2016
Powiedzieć coś innowacyjnego o innowacyjności, to prawie niemożliwe zadanie. A jednak Peter Thiel mu podołał. Jego książka "Zero to One" (Od zera do jednego) to kopalnia wiedzy zarówno dla planujących założenie startupu, który zmieni świat, dla tych, którzy ich funkcjonowanie badają i dla tych, którzy po prostu chcą dowiedzieć się, co takiego niezwykłego jest w myśleniu smarkaczy z Doliny Krzemowej, że robią fortuny w wieku 30 lat.
(wydaw. MT Biznes)

(wydaw. MT Biznes)

(wydaw. MT Biznes)

Ascetyczna estetyka wydania „Zero to One – notatki o start’upach” może wprowadzać w błąd. Zbłądzi ten, który pomyśli, że książka zawiera nudne profesorskie teoretyzowanie na temat nowopowstających firm. Z drugiej strony, ten kto dostrzeże w twardej oprawie i w nielicznych zdobiących treść książki, niby odręcznych, szkicach analogię do zeszytu z notatkami z wykładu, trafi w samo sedno. „Zero to One” to bowiem rzeczywiście spisane przez jednego ze studentów, notatki z wykładów.

Tyle, że wykładów filozofa, inwestora, praktyka biznesu i jednej z najbarwniejszych postaci Doliny Krzemowej – Petera Thiela.

Jeśli płacili państwo kiedykolwiek w internecie za pośrednictwem serwisu PayPal – korzystaliście z dobrodziejstwa, którego Thiel jest współtwórcą. Był także jednym z pierwszych inwestorów Facebooka i wielu innych startupów. Wie o nich bardzo dużo. Czyżby Thiel radząc jak zrobić coś z niczego (Od zera do jednego) był kolejnym sprzedawcą złotych rad?

Nie przesadzajmy z konkurencją

Niespodzianka. W „Zero to one” nie znajdziemy magicznych recept na sukces, rozwlekłych omówień różnych strategii biznesowych dla mikrofirm, porad dotyczących pozyskiwania funduszy na rynku i zbyt wielu rozbudowanych case studies czy jakichkolwiek precyzyjnych wytycznych, które sprawiłyby, że czytelnik z miejsca otworzy własny biznes i osiągnie sukces. Książka ta tego nie obiecuje. I dobrze, bo gdyby to obiecywała, można byłoby nią spokojnie podpalić w kominku.

Co zatem kryje się w tytułowym sformułowaniu „Od zera do jednego”?

W gruncie rzeczy chodzi o biznesową ambicję. Zdaniem Thiela tylko ci przedsiębiorcy, którzy chcą tworzyć coś zupełnie nowego, przechodzą właśnie „od zera do jednego”. Żeby zaś stworzyć coś zupełnie nowego, trzeba unikać wyścigu szczurów, czyli nie dać się zwieść ideologii… konkurencji. Pojęcie „konkurencji” jest dla Thiela – i tu nie zgadza się on z większością współczesnych ekonomistów konkurencję hołubiących – hamulcowym. Zauważa on, że współczesnym myśleniem o biznesie w nadmiernym stopniu kieruje pojęcie „konkurencyjności.” Wszystko dokoła musi być konkurencyjne. Każda firma chce być lepsza konkurencyjnie od innych. Efekt finalny jest taki, że wszystkie produkują pododobne towary i usługi. Nie ma przełomów.

Nie tędy droga, mówi Thiel, zwłaszcza że wysokokonkurencyjny rynek to rynek, który z definicji generuje niskie zyski. Może być „wart” miliardy, ale graczy na nim jest tak wielu, że zostaje dla nich tylko okruszek tortu. Po co pchać się tam, gdzie wszyscy? Lepiej iść tam, gdzie jeszcze nie ma niczego, wymyślając zupełnie nowy produkt i rynek, bądź tam, gdzie rynek jest mały, produktów niewiele i słabe – by ów rynek powiększyć i zdominować. Czyli zmonopolizować.

Trzeba wręcz marzyć o byciu monopolistą! Monopole, pod warunkiem, że na rynku panuje dynamika, nie są zdaniem Thiela wcale takie złe (to kolejne twierdzenie na przekór ekonomistom). Dlaczego miałoby być? Jeśli ich siła bierze się z kreatywności, a w istocie z tego, że przynoszą korzyści społeczeństwu, to wręcz świetnie! Przyszła renta monopolistyczna motywuje do twórczych działań.

Sam Thiel stworzył swego rodzaju monopol. PayPayl jest przykładem firmy, która w całkowicie innowacyjny sposób podeszła do płatności za transakcje internetowe i do przelewów przez internet, wyprzedzając w rozumieniu możliwości jakie daje to medium takich gigantów, jak Visa, czy Mastercard. Thiel zwraca uwagę, że wbrew powszechnemu mniemaniu, PayPal nie odebrał tym firmom ich rynku, a stworzył nowy rynek, na którym koniec końców one także zarabiają!

Totalne poświęcenie

Thielowi udało się to osiągnąć, bo miał dalekosiężną wizję. Tak on sam interpretuje swój sukces. Jeśli jesteś pochłonięty konkurowaniem o zaledwie skrawek rynku, nie dostrzegasz rzeczy naprawdę wielkich i zyskownych, a często w owczym pędzie dostrzegasz pieniądze tam, gdzie ich nie ma. Przykład? Firmy, które zbankrutowały, gdy pękła bańka na rynku dotcomów.

– Uniknięcie konkurowania da ci pozycję monopolistyczną, lecz jest ona korzystna tylko wtedy, gdy możesz przetrwać w dłużej perspektywie. Porównaj wartość New York Times Company i Twittera. Każda z tych firm zatrudnia po kilka tysięcy pracowników i każda dostarcza informacji. Kiedy jednak Twitter wszedł na giełdę w 2013 r. wyceniono go na 24 mld dolarów, co przekroczyło dwunastrokrotnie rynkową kapitalizację Times – zauważa Thiel.

Jego zdaniem rynek docenia wizjonerów, wyceniając nie aktualne, a przyszłe przychody firmy, czyli jej potencjał rozwoju.

Czy to łatwe stać się monopolem na nowym rynku? W teorii łatwe. Wszystko, co robisz, a czego nie robią inni, to w pewnym sensie działalność monopolistyczna. Pytanie, czy komuś to potrzebne i jak bardzo potrzebne?

– Dobrą zasadą jest to, że nowa technologia musi być przynajmniej 10 razy lepsza niż jej najbliższy zamiennik w odniesieniu do istotnych cech, by powstała rzeczywista monopolistyczna przewaga. Wszystko, co nie spełnia tych warunków, będzie najprawdopodobniej postrzegane jako ulepszenie nieistotne i trudne do sprzedania – stwierdza Thiel.

Jednak bez dobrego zespołu, żadna, nawet najbardziej śmiałą wizja, się nie obroni. Thiel jest zwolennikiem radykalnej wizji startupu, którego pracownicy ponadprzeciętnie angażują się w rozwijanie biznesu. Ponadprzeciętnie, czyli wierząc w jego sens równie mocno, jak członkowie sekty wierzą w słowa guru. Thiel uważa wręcz, że między zdeterminowanym startupem a sektą jest tylko jedna różnica: członkowie sekty fanatycznie wspólnie co do czegoś się mylą, a członkowie startupu wspólnie co do czegoś mają rację. Tylko tego, kto wierzy w sukces przedsięwzięcia warto zatrudniać. Jeśli woli udziały w firmie od stałej pensji, to bardzo dobry znak, bo ową wiarę tym samym potwierdza. Dodatkowo Thiel postrzega człowieka jako istotę, która sama kreuje swój los i osobami, które wierzą we własne siły (a nie w ślepy przypadek) chce się otaczać.

Ci, którzy źródło własnego sukcesu widzą w szczęśliwym trafie (np. Warren Buffett, Jeff Bezos, Bill Gates) zdaniem Thiela mylą się. Można wyjaśnić szczęściem jeden sukces, ale sukcesy seryjne, które są udziałem wielu przedsiębiorców, już nie.

Trochę Szekspira

Thiel wymaga od startupów myślenia wizjonerskiego i przekonania, że przyszłość należy planować i stawiać sobie konkretne dalekosiężne cele. Nie na najbliższe 5 lat, ale na najbliższych 30 lat. Nazywa taką postawę „skonkretyzowanym optymizem”.

To wbrew powszechnym poglądom, które są rezultatem pokryzysowego pesymizmu. Ludzie stają się w takich czasach skupionymi na „tu i teraz” sceptykami, nie wierzącymi, że wybieganie myślą w przyszłość ma sens. Według Thiela pojawia się wręcz tendencja do bycia „nieskonkretyzowanymi pesymistami”, czyli widzenia przyszłości wyłącznie w ponurych kolorach. Biznesmen twierdzi, że przykładem krainy ogarniętej niezdefiniowanym pesymizmem może być Europa od lat 70 XX w., czyli od czasów biurokratyzacji po dziś dzień, czyli po czasy kryzysu euro.

Zdaniem Thiela europejski niezdefiniowany pesymista może jedynie czekać na koniec – „jeść, pić i cieszyć się chwilą”. – Z taką postawą związana jest słynna europejska obsesja na punkcie wakacji – uważa.

Jednak „Zero to One” to pasjonująca lektura nie tylko ze względu na oryginalne poglądy autora. Thiel daje się poznać jako erudyta i humanista, a swoją narrację umie osadzić w szerokim kontekście cywilizacyjnym i kulturowym. Ideologię konkurencji kojarzy na przykład z dramatami Szekspira, których fragmenty nawet cytuje.

– Szekspir dostarcza znakomitych wskazówek, jeśli chodzi o świat biznesu – przekonuje Thiel, by zaraz porównać Microsoft do Montekich, a Google do Kapuletich, wrogich sobie rodów z „Romea i Julii”.

Czy to wszystko ma wartość praktyczną? Są dowody na to, że tak. Blake Masters, który wykłady Thiela skrupulatnie spisywał i dzięki któremu książka powstała, sam założył nową firmę (Judicaty, wyszukiwarkę rozwiązań prawnych). Ale głównym dowodem jest sam Peter Thiel, który wpada na coraz to nowe pomysły i próbuje je realizować. Jeden z najnowszych: Thiel funduje badania nad innowacyjnymi technikami medycznymi, których celem jest eliminacja naturalnej śmierci. Thiel wprost mówi: celem jest nieśmiertelność. To się nazywa optymizm w biznesie.


Tagi


Artykuły powiązane