15-godzinny tydzień pracy się opłaca

26.02.2017
Są dobre ekonomiczne powody, by radykalnie zmniejszyć liczbę przepracowywanych godzin i bezwarunkowo wypłacać każdemu obywatelowi pieniądze umożliwiające przeżycie – wynika z książki Rutgera Bregmana „Utopia for Realists. The Case for Basic Imcome, Open Borders and a 15-hour Week”.


Jak opisuje autor w publikacji (jej polski tytuł to „Argumenty za bezwarunkowym pensją dla każdego, otwartymi granicami i 15-godzinnym tygodniem pracy”), pod koniec 1973 r. na czele brytyjskiego rządu stał premier Edward Heath, a gospodarka Wielkiej Brytanii była w bardzo złym stanie. Szalała inflacja, wydatki rządowe wymknęły się spod kontroli, a górnicy przystąpili do strajku. 1 stycznia 1974 r. wprowadzono trzydniowy tydzień pracy.

Przykłady z historii

Pracodawcom wolno było wykorzystać tylko tyle energii, ile można zużyć przez trzy dni. Przedstawiciele przemysłu stalowego szacowali, że produkcja spadnie o 50 proc. Kiedy w marcu 1974 r. przywrócono pięciodniowy tydzień pracy, podsumowano straty. Nikt nie mógł uwierzyć w wynik – choć pracowano o 40 proc. krócej, produkcja spadła tylko o 6 proc.

W grudniu 1930 r. amerykański magnat zajmujący się produkcją płatków kukurydzianych W.K. Kellog zdecydował się wprowadzić 6-godzinny dzień pracy w jednej ze swoich fabryk z Battle Creek w stanie Michigan. Liczba wypadków przy pracy spadła o 41 proc., a produktywność poszybowała w górę. Kellog tak komentował wynik tego eksperymentu w rozmowie z dziennikarzem lokalnej gazety: „Jednostkowy koszt spadł tak bardzo, że stać mnie na to, by płacić ludziom za sześć godzin tyle, ile wcześniej płaciliśmy im za osiem”.

Autor powołuje się na inne badania, z których wynika iż ludzie wykonujący pracę wymagającą kreatywności są wydajni przez średnio sześć godzin dziennie. To nie przypadek, że najkrócej pracuje się w zamożnych krajach, które mają duży odsetek wykształconych pracowników umysłowych. Jednak nawet w Holandii, gdzie jest najkrótszy średni czas pracy (ok. 1300 godzin rocznie), trzy czwarte pracujących twierdzi, że odczuwa presję spowodowaną brakiem czasu, a co ósmy ma symptomy wypalenia zawodowego.

Co ciekawe, historyk z Uniwersytetu Harvarda Juliet Schor oszacowała, że w średniowieczu (ok. 1300 r.) ludzie mieli niepracujące święta przez prawie jedną trzecią roku. W Hiszpanii było to aż pięć miesięcy, a we Francji sześć. W 1930 r. słynny brytyjski ekonomista John Maynard Keynes oceniał, że w 2030 r. będziemy pracować przeciętnie piętnaście godzin tygodniowo.

Gwarantowany dochód

Kolejnym postulatem autora, poza zdecydowanie krótszym tygodniem pracy, jest gwarantowany dochód, czyli pozwalające na przeżycie pieniądze, które każdy miałby otrzymywać od państwa bez względu na to, czy pracuje czy nie.

>> Czytaj też 10 tys. euro rocznie dla każdego receptą na bezrobocie

Co ciekawe, niewiele brakowało, by taki program wprowadzono w USA. W 1969 r. prezydent Richard Nixon zlecił przygotowanie projektu ustawy wprowadzającej w USA roczny bezwarunkowy dochód dla każdej amerykańskiej rodziny. Była to równowartość dzisiejszych 10 tys. USD, czyli ok. 40 tys. zł rocznie. Rok wcześniej takie działanie w liście otwartym do Kongresu poparło pięciu wybitnych ekonomistów: John Kenneth Galbraith, Harold Watts, James Tobin, Paul Samuelson i Robert Lampman. Podpisało się pod nim także 1200 mniej znanych kolegów.

90 proc. amerykańskich gazet poparło ten projekt; podobnie jak 80 proc. Amerykanów. W kwietniu 1970 r. 243 głosami za i 155 przeciw ustawa została uchwalona przez Izbę Reprezentantów. Utknęła jednak w Senacie i ostatecznie dochód gwarantowany nie wszedł w życie. Bezpośrednim powodem były działania Martina Andersona, doradcy prezydenta, który był zdecydowanym przeciwnikiem projektu.

Anderson był wielkim zwolennikiem ideologii wolnorynkowej, a dawanie każdemu pieniędzy „za nic” kłóciło się z koncepcją indywidualnej odpowiedzialności za swój los i jak najmniej ingerującego w życie obywateli rządu. Anderson wręczył Nixonowi sześciostronicowy dokument opisujący wyniki eksperymentu przeprowadzonego 150 lat wcześniej w Anglii w miejscowości Speenhamland.

Każdej rodzinie uzupełniono tam dochody do poziomu pozwalającego na zaspokojenie wszystkich podstawowych potrzeb. Rzekomo eksperyment okazał się katastrofą i program zakończono. Jednak w latach 60. i 70. XX w. historycy przyjrzeli się raportowi na temat tego przypadku. Okazało się, że większość wniosków wyciągnięto, zanim jeszcze zebrano wyniki z ankiet od obywateli. Poza tym zaledwie 10 proc. mieszkańców odpowiedziało na te ankiety. Formułując konkluzje, opierano się głównie na wywiadach z przedstawicielami lokalnej zamożnej elity, którym program się nie podobał. Nixon zmienił zatem zdanie na temat polityki rządu USA, opierając się na sfabrykowanym raporcie sprzed półtora wieku.

Ale zwolennicy bezwarunkowego dochodu ciągle byli silni i doprowadzili do przeprowadzenia w latach 70. XX wieku naukowych eksperymentów, które miały ostatecznie rozstrzygnąć, czy jest to dobry pomysł. Do badania zaproszono 8500 Amerykanów ze stanów New Jersey, Pensylwania, Iowa, Północna Karolina, Indiana, Seattle i Denver. Najbardziej obawiano się, że ludzie będą masowo rzucać pracę. Nic takiego nie nastąpiło. Początkowo oszacowano, że wykonano o 9 proc. mniej płatnej pracy, ale szacunków tych dokonano na podstawie deklaracji ankietowanych. Gdy sprawdzono w oficjalnych danych, żadnego istotnego spadku nie zanotowano. A te osoby, który zmniejszały liczbę przepracowanych godzin, w tym czasie wykonywały wartościowe z punktu widzenia społecznego działania, głównie uczyły się i podwyższały kwalifikacje.

W New Jersey odsetek kończących szkołę średnią wzrósł o 30 proc. Podobnych eksperymentów dokonywano od tego czasu wielokrotnie i najciekawszy wniosek z nich jest taki, że bezwarunkowe dawanie pieniędzy to najtańszy sposób na pomaganie, taki, który daje najwyższą stopę zwrotu.

Eksperyment z bezdomnymi

I tak na przykład w maju 2009 r. zebrano trzynastu najbardziej „zatwardziałych” bezdomnych w Londynie. Niektórzy mieszkali na ulicy od 40 lat. Oszacowano, że te 13 osób kosztuje podatników w kosztach sądowych i kosztach pracy urzędników opieki społecznej równowartość 400 tys. USD rocznie. Postanowiono więc ufundować im „pensję”. Po półtora roku jej otrzymywania siedmiu z trzynastu bezdomnych miało dach nad głową, a kolejnych dwóch miało zaraz wprowadzić się do mieszkania.

Wszyscy podjęli odpowiedzialne, rozsądne decyzje i wydali pieniądze na cele związane z poprawieniem swojej sytuacji życiowej. Zapisywali się na odwyk, wzięli udział w kursach, odwiedzili rodzinę mieszkającą dalej itd. Koszt programu wyniósł 50 tys. funtów rocznie, jedna ósma tego, co wcześniej wydawano bez większego efektu. Nawet wolnorynkowy brytyjski tygodnik „The Economist” konkludował, że najbardziej efektywnym sposobem wydawania pieniędzy na walkę z bezdomnością może być dawanie tych pieniędzy do ręki zainteresowanym.

|Rutger Bregman to 27-letni holenderski dziennikarz i historyk, którego książka stała się głośna. Wychwalał ją m.in. Zygmunt Bauman i brytyjski dziennik „The Independent”. Niedługo ukażą się przetłumaczone edycje tej publikacji w większości europejskich krajów (ale nic mi nie wiadomo o polskim wydaniu), a wydawnictwa licytowały się o prawo do jej wydania, co świadczy o dużym zainteresowaniu tematem. Czy zamieszanie wokół tej publikacji jest uzasadnione?

W mojej opinii w dużej części tak, choć nie jest to książka wybitna, a jedynie dobra. Czytając ją, miałem wrażenie, że autor wyciągnął esencję z kilku ważnych książek, które się ukazały w ostatnich latach, dodał trochę rzeczy od siebie, a całość sprzedał w atrakcyjny sposób. Jeżeli ktoś nie jest na bieżąco z najnowszymi publikacjami z szeroko rozumianej ekonomii, socjologii i politologii, to może te braki szybko nadrobić, czytając publikację Bregmana.

Autorowi udało się mnie przekonać do dwóch z trzech swoich postulatów. Zdecydowanie najsłabsze są jego argumenty za otwarciem granic. Mimo tego krótszy czas pracy i bezwarunkowy dochód są na tyle interesująco uzasadnione, że bez wątpienia warto po tę pozycję sięgnąć.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły