50 lat później USA wciąż przegrywa wojnę z ubóstwem

18.08.2014
Ameryka jest bogatsza niż kiedykolwiek w historii, ale nie może sobie poradzić z biedą. Rozpoczęty 50 lat temu program walki z ubóstwem wytworzył niezdrową i politycznie trudną do usunięcia zależność części obywateli od pomocy państwa. Szef Komisji Budżetowej Kongresu ma plan, jak to wreszcie zmienić.

(CC By NC SA Ed Yourdon)


50 lat po wprowadzeniu przez prezydenta Lyndona B. Johnsona wojny przeciw biedzie w ramach wszechstronnego programu Great Society, który miał poprawić życie Amerykanów w każdej dziedzinie, 15 proc. społeczeństwa pozostaje poniżej granicy biedy. Tyle samo, ile na początku działania programu. Różnica jest w liczbach – 15 proc. to teraz 46,5 mln osób (w tym 16,1 mln dzieci) i w wydatkach. W czasach Johnsona koszty pomocy społecznej stanowiły około 1/3 wydatków rządu federalnego, dziś już ponad 2/3. To oznacza, że latach 60. XX w. z każdych 3 dol. przeznaczano 1 dol. na pomoc społeczną, 2 dol. na rządzenie krajem (obronność, bezpieczeństwo, sprawy zagraniczne itd.). Dziś proporcje są odwrotne. Wygląda na to, że Ameryka przegrywa tę wojnę.

American Dream na zasiłku

Programy pomocowe dla biednych idą pod prąd amerykańskiego mitu, który zasadza się na tym, że Ameryka to kraj otwartych możliwości, dążenia do sukcesu, niezależności finansowej i – zgodnie z konstytucyjnym zapisem – do szczęścia (pursuit of happiness). Tymczasem finansowa samowystarczalność maleje w najmniej spodziewanej grupie. Wśród mężczyzn.

W 2012 roku pośród mężczyzn w wieku 25–44 lat ponad 25 proc. żyło w gospodarstwach domowych, które otrzymywały pomoc z programów walki z biedą. W 1983 roku, 20 lat po ogłoszeniu programu Great Society, 18,8 proc. Amerykanów, pobierało przynajmniej jeden rodzaj zasiłku. W 2013 roku liczba ta zwiększyła się do 32,3 proc., czyli co trzeciego Amerykanina.

Podział pomiędzy demokratami popierającymi programy pomocowe a republikanami po stronie przeciwnej znajduje się raczej w sferze deklaracji niż w praktyce. Ograniczenie programów pomocowych zawsze skutkuje utratą wyborców. Republikanie proponują cięcia socjalnych programów w projektach budżetów, nie ponosząc jednak odpowiedzialności za ich egzekucję, albowiem wiedzą, że ich propozycje nie zostaną zaakceptowane. Nicholas Eberstadt, liberalno-konserwatywny ekonomista i demograf z American Enterprise Institute, przypomina, że wizja Johnsona, choć koturnowa, była nie tylko kontynuowana, lecz wręcz rozszerzana przez wszystkich następnych prezydentów, co przyniosło dużo pozytywnych zmian – Amerykanie we wszystkich grupach wiekowych są dziś lepiej wykształceni, żyją dłużej niż pół wieku temu, mają wyższej jakości i lepiej zorganizowaną opiekę zdrowotną, długość życia nowo urodzonych wzrosła o osiem lat, wyeliminowany został głód. Niewyeliminowana pozostała bieda.

Wizja Johnsona była m.in. reakcją na to, że przełom lat 50. i 60. przyniósł najwyższy odsetek biednych od czasu, kiedy Biuro Spisu Ludności zaczęło monitorować dochody (22,4 proc.). Niemniej grupa ta zaczęła się zmniejszać się jeszcze przed przemówieniem Johnsona z maja 1964 r. Dwa lata później spadła o 1/3 i wynosiła 14,7 proc. Najniższy wskaźnik odnotowano w roku 1973 (11,1 proc.) i od tego momentu zaczął się na nowo piąć w górę. Ostatnia recesja przyniosła eksplozję liczby korzystających z socjalnej pomocy państwa, między innymi trzykrotny wzrost liczby osób korzystających z food stamps, czyli kartek żywnościowych. W ciągu 18 miesięcy od połowy 2007 do 2009 roku 27 proc. społeczeństwa korzystało z programu. Przed kryzysem niespełna 9 proc. Dziś liczba osób na food stamps spada średnio o 0,2 proc. na miesiąc – w grudniu 2012 r. kartki pobierało 47,8 mln osób, w kwietniu 2014 r. 46,5 mln, czyli około 15 proc. społeczeństwa.

Problem polega na kolosalnych kosztach i nieefektywności programów socjalnych. Pomagają, ale nie wyciągają z biedy.

Nie jest łatwo wejść do systemu

Większą część pomocy społecznej wypłaca rząd federalny w ramach 71 programów określonych przez 17 różnych funkcji budżetu i prowadzonych przez dziewięć ministerstw i cztery agencje. Pośród dziewięciu podstawowych typów zasiłków największy jest program pomocy medycznej (ponad połowa całej puli), następnie zasiłki gotówkowe (około 20 proc.), pomoc żywnościowa (8–9 proc.), mieszkalnictwo, energia i usługi komunalne (6–7 proc.), edukacja dla biednych osób i społeczności (około 5 proc.), pomoc dla dzieci (około 2,5 proc.), usługi pomocy społecznej (około 1,6 proc.), rozwój społeczny (około 1 proc.), praca i szkolenia zawodowe (poniżej 1 proc.).

System jest skomplikowany, a procedury wnioskowania o pomoc żmudne, trudne do przebrnięcia, z rygorystycznymi wymaganiami kwalifikacyjnymi, które są nieustannie sprawdzane przez armię tysięcy zatrudnionych przy programach, co podnosi koszty. Eksperci zidentyfikowali ponadto zjawisko „pułapki biedy” – dużo rodzin ma za wysokie dochody, aby zakwalifikować się do pomocy, ale za niskie, aby były samowystarczalne, albo niewielki wzrost przychodów powoduje wypadnięcie z programu. Ów wzrost tymczasem jest na tyle niewielki, że nie poprawia sytuacji gospodarstwa domowego i rodziny nadal nie stać na opłacenie wszystkich koniecznych rachunków.

Biedni kosztują podatników także w inny sposób, np. penalizacja albo leczenie bezdomnych. Krajowe Centrum Prawa o Bezdomności i Biedzie stwierdziło, że od 2009 roku 187 miast rozszerzyło prawa karające bezdomnych (w różnych częściach USA nie mogą oni np. rozbijać „obozu” czy żebrać w miejscach publicznych, spać na ławkach, chodnikach lub w samochodach, a nawet posiadać przy sobie swojego dobytku). Większość tych przepisów to naruszenie praw człowieka. Centrum przytacza przypadek hrabstwa na Florydzie, które w minionej dekadzie wydało ponad 5 mln dol. na powtarzające się karanie 37 (!) bezdomnych za przestępstwa „przeciw jakości życia”. Osobne badanie wykazało, że koszty więzień i opieki zdrowotnej dla bezdomnych są trzy razy wyższe niż zapewnienie im miejsca do mieszkania.

Republikanie: przykład z Ugandy

Uproszczenie systemu i uczynienie państwowej pomocy efektywną postuluje ostatnio Paul Ryan, republikanin, szef Komisji Budżetowej Kongresu. Po kilku miesiącach przesłuchań ekspertów i biednych ogłosił pod koniec lipca projekt zmian, których sednem jest przekonanie, że sami zainteresowani wiedzą najlepiej, jak wykorzystać dostępne pieniądze. Różnorodne programy zostałyby zastąpione jedną wypłatą (Opportunity Grant) opatrzoną systemem bodźców do osiągnięcia samowystarczalności finansowej. Kwalifikujący się otrzymywaliby pieniądze od władz poszczególnych stanów, do których miałyby trafiać od rządu federalnego również jako bezpośrednie wypłaty. Konsolidacja programów nie objęłaby jedynie programu opieki zdrowotnej (Medicaid).

Pomoc byłaby powiązana z „warunkami osiągnięcia sukcesu”, czyli osiągnięcia przychodów dających finansową samowystarczalność. Okres korzystania ze wsparcia byłby ograniczony, a złamanie kontraktu skutkowałoby karami (państwo nagradzałoby za to np. za wcześniejsze znalezienie pracy, acz nie gotówką, tylko obligacjami oszczędnościowymi).

Tego rodzaju programy zdały egzamin w krajach, które w porównaniu z USA mają więcej doświadczenia z biedą: w Ugandzie, Liberii, Południowej Afryce i Meksyku – wskazuje Ryan. Mechanizm bezpośrednich wypłat świetnie zadziałał także w USA, choć nie w przypadku walki z biedą, tylko przy podziale wpływów z kasyn, kiedy Indianie Cherokee otrzymali licencję na ich prowadzenie w Północnej Karolinie w połowie lat 90 XX w. Każdy członek społeczności otrzymywał co roku 6 tys. dol. Liczba biednych zmniejszyła się wkrótce o połowę, spadła mała przestępczość i więcej dzieci zaczęło kończyć szkołę. Jest też sześć stanów, które pilotażowo konsolidują programy pomocowe i upraszczają procedury, i chociaż ocena eksperymentu będzie możliwa dopiero w 2016 roku, już widać pozytywne rezultaty w postaci zmniejszenia kosztów pomocy.

Demokraci: podwyższyć płacę minimalną

Zdaniem krytyków ze strony demokratycznej propozycja Ryana otwiera drogę do blokowych grantów, które już raz w historii (w latach 90.) przyniosły cięcia kluczowych komponentów sieci bezpieczeństwa. Pomieszanie razem programów niesie według nich ryzyko „przerwania połączenia pomiędzy programami a szerszymi celami, jak redukcja niedożywienia”, co jest celem Supplemental Nutrition Assistance Program (food stamps), co w konsekwencji może podważyć zaufanie i przekonanie podatników, że są to efektywne inwestycje z ich pieniędzy. Demokraci pytają wreszcie, jak Paul Ryan ma zamiar pogodzić swój program z projektem budżetu swoich partyjnych kolegów, w którym 2/3 z 5 bln dol. obciętych wydatków to cięcia programów pomocowych dla nisko i średnio zamożnych rodzin.

Proponują co innego, a raczej inne formy rządowej pomocy. Z jednej strony rozwinięcie rządowych programów infrastrukturalnych inwestycji, badań i rozwoju, jak również czystej energii, co wpłynęłoby ich zdaniem na wzrost liczby miejsc pracy. Z drugiej strony podniesienie minimalnej płacy do 10,1 dol./1 godz., co według wyliczeń lewicowych think-tanków pomogłoby wydobyć się z biedy 1–4,6 mln osób, a przez podniesienie płac poprawiłoby standard życia 28 milionów pracujących. W efekcie zmniejszyłoby to także wydatki na pomoc żywnościową o 46 mld dol. w ciągu 10 lat.

Nicholas Eberstadt przypomina, że wizja Great Society obiecywała każdemu Amerykaninowi udział w dobrobycie osiągniętym pracą. Ta obietnica została od razu złamana przez wprowadzenie państwowych subsydiów jako alternatywy wobec pracy i finansowej samowystarczalności.

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły