Ambicje UE w sprawie CO2 oznaczają miliardowe wydatki dla Polski

05.07.2011

Wielu europejskich polityków chce aż do 30 proc. podnieść obowiązkowy poziom redukcji emisji gazów cieplarnianych w krajach Unii. Polski rząd zawetował w Brukseli uchwałę, która otwiera drogę do realizacji tego pomysłu, bo nas dotknąłby najmocniej. Według ekspertów taka redukcja kosztowałaby nasz kraj ponad 90 mld euro do 2030 roku.

Podniesienie celu redukcyjnego CO2 z 20 do 30 proc. zwiększa prawdopodobieństwo wzrostu ceny uprawnień do emisji. (CC BY-ND Monica McGivern)


Według unijnego pakietu klimatyczno-energetycznego kraje UE do 2020 r. muszą zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych o 20 proc. w porównaniu z 1990 r. Jednak wielu europejskich polityków, w tym Connie Hedegaard, komisarz ds. klimatu, chce żeby było to aż 30 proc. Polska jest wśród tych państw unijnych, które najboleśniej odczułyby wcielenie w życie koncepcji jeszcze bardziej radykalnego zmniejszania emisji.

Powody i argumenty są znane od dawna: za niemal połowę ujmowanej w statystykach emisji CO2 w UE odpowiada produkcja energii, polski przemysł jest bardzo energochłonny, 2,5-krotnie bardziej od unijnej średniej, a polska energetyka (a także piece, ciepłownie i kotłownie w polskich fabrykach i hutach) należy do najbardziej uzależnionych w Europie od węgla, którego spalaniu towarzyszy większa emisja CO2 niż w przypadku innych paliw. W Polsce z węgle wytwarza się ponad 90 proc. energii elektrycznej. W większości krajów unijnych znacznie mniej, dlatego wiele z nich tak ochoczo podchwytuje pomysł zaostrzenia unijnej walki z globalnym ociepleniem.

Zwiększenie tzw. celu redukcyjnego z 20 do 30 proc. doprowadziłoby w Polsce do znacznego podniesienia kosztów produkcji energii, ale i wielu innych towarów, np. cementu, wapna, glazury i terakoty, stali, papieru, wytwarzanych w fabrykach emitujących duże ilości CO2 (a w ślad za tym do podwyżki cen). Zwiększyłoby też zagrożenie zjawiskiem zwanym carbon leakage, polegającym na przenoszeniu z państw UE produkcji z najbardziej energochłonnych, emitujących najwięcej CO2 fabryk, do krajów, gdzie energia jest tańsza, a zakłady przemysłowe nie muszą zmniejszać emisji gazów cieplarnianych. To z kolei oznaczałoby wzrost bezrobocia.

Szacowanie skutków finansowych i ekonomicznych zwiększenia obowiązkowej redukcji emisji CO2 jest bardzo trudne. Koszty zależą bowiem od takich czynników, jak np. przyszła cena uprawnień do emisji CO2. Komisja Ochrony Środowiska Parlamentu Europejskiego szacuje, że podniesienie celu redukcyjnego z 20 do 30 proc. zwiększyłoby do 2020 r. roczne koszty zmniejszenia emisji CO2 we wszystkich krajach UE o 11 mld euro (komisja nie informuje jednak, jak te wydatki rozłożą się na poszczególne państwa członkowskie.
Trzeba też pamiętać, że są to tylko koszty bezpośrednie, obejmujące m.in. nakłady na inwestycje mające zmniejszyć emisję gazów. Nie uwzględniają wspomnianych już wyżej podwyżek cen wywołanych wyższymi kosztami inwestycji w sektorze energetycznym. Polski rząd zawetował ustawę umożliwiającą zwiększenie celu redukcyjnego, ale dotąd nie przedstawił szacunkowych kosztów, jakie poniósłby nasz kraj gdyby jednak musiał mocniej ograniczyć emisję.

Istnieją jednak raporty i dane, które pozwalają choćby przybliżyć skalę tych kosztów. Należałoby zacząć od prognoz pokazujących skutki finansowe i ekonomiczne wdrożenia pierwotnego pakietu klimatyczno-energetycznego, czyli zakładającego redukcję o 20 proc. Według ekspertów Banku Światowego sam pakiet może doprowadzić w Polsce do wzrostu cen prądu o 20 proc. Polska firma Energsys wylicza, że z jego powodu koszty wytwarzania energii w naszym kraju wzrosną o 8 -12 mld zł rocznie.

To wariant optymistyczny. W myśl unijnego pakietu klimatyczno-energetycznego od 2020 r. wszystkie najbardziej energochłonne instalacje przemysłowe oraz duże elektrownie i ciepłownie w UE (objęte Unijnym Systemem Handlu Emisjami, EU ETS – European Union Emission Trading System) będą musiały płacić za każdą wyemitowaną tonę CO2. Jeśli cena uprawnień do emisji wzrosła do 50 euro za tonę (dziś to 15 euro), polskie firmy płaciłyby za nie od 2020 r. nawet 30 mld zł rocznie.

Podniesienie celu redukcyjnego z 20 do 30 proc. zwiększa jeszcze prawdopodobieństwo, iż cena uprawnień do emisji dojdzie do takiego poziomu. Lobbujący za zwiększeniem obowiązkowej redukcji otwarcie przyznają, że w dużej mierze chodzi im o to, by podnieść cenę tych uprawnień. Dzięki temu bardziej opłacalne będą bowiem inwestycje w „zielone”, niskoemisyjne, oszczędne elektrownie i technologie, których rozwój jest jednym z głównych celów unijnej polityki klimatycznej. Zdaniem Komisji Europejskiej podniesienie celu redukcyjnego z 20 do 30 proc. mogłoby skutkować zwiększeniem ceny uprawnień do emisji tylko do 30 euro. Z wyliczeń Deutsche Bank i Barclays wynika, że cena mogłaby dojść nawet do 60 -70 euro za tonę.

Czas to przełożyć na polskie warunki. Obowiązkowa redukcja o 30 proc. oznaczałaby w praktyce, że emisja objęta systemem EU ETS musiałaby zostać zredukowana o 34 proc., a pozostała o 16 proc. w porównaniu do ilości gazów wypuszczanych do atmosfery w 2005 r. Konsumpcja energii w Polsce stale rośnie. Według rządowego Raportu Polska 2030 zużycie prądu w naszym kraju wzrośnie w latach 2010 – 2030 ze 163 do 280 TWh rocznie. To oznacza większą emisję CO2 i konieczność zwiększania poziomu jej redukcji.
W 2005 r. Polska wyemitowała do atmosfery 386 mln ton dwutlenku węgla. Według firmy McKinsey bez redukcji emisji ta ilość wzrosłaby w 2020 r. do 466 mln ton. Tymczasem po przyjęciu postulowanego przez Connie Hedegaard celu redukcyjnego Polska mogłaby emitować za 9 lat niecałe 300 mln ton rocznie. Wedle Banku Światowego średni koszt redukcji emisji C02 (chodzi o niezbędne w tym celu nakłady inwestycyjne) ma wahać się od 10 do 15 euro za tonę. To zaś oznacza, że po przyjęciu 30 – proc. celu redukcyjnego na same inwestycje związane z obniżaniem ilości gazów cieplarnianych wypuszczanych do atmosfery Polska musiałaby wydawać rocznie dodatkowo od 1,7 do 2,5 mld euro.

Bardzo wymowny jest raport firmy McKinsey pokazujący potencjał redukcji emisji C02 w Polsce do 2030 r. Według tego raportu bez zmniejszania ilości gazów cieplarnianych za 19 lat nasz kraj emitowałby ich aż 503 mln ton rocznie. Analitycy wskazują jednak, że Polska może zredukować emisję o 31 proc. w porównaniu z 2005 r. – do 267 mln ton. To wielkość porównywalna z tym, co osiągnęłaby Polska po przyjęciu 30-proc. celu redukcyjnego postulowanego przez komisarz ds. klimatu, Connie Hedegaard. Według wyliczeń analityków McKinseya inwestycje konieczne do osiągnięcia takiej redukcji kosztowałyby nas jednak do 2030 r. aż 92 mld euro i odpowiadałyby rocznie 0,9 proc. PKB.
Raport Banku Światowego „W kierunku gospodarki niskoemisyjnej w Polsce” zawiera podobne konkluzje. Z niego także wynika, że Polska może obniżyć emisję dwutlenku węgla o prawie 1/3 do 2030 r., ale oznaczałoby to PKB mniejszy średnio o 1 proc. rocznie, a stopę bezrobocia wyższą o 0,5 proc. W pozostałych krajach UE przy takiej redukcji emisji ubytek PKB i wzrost bezrobocia według Banku Światowego byłby znacznie mniejszy.
Bardzo ciekawe są szacunki McKinseya, pokazujące, ile kosztowałaby redukcja emisji CO2 w zależności od zastosowanego rozwiązania.

Najdroższa byłaby w przypadku budowy elektrowni solarnych (80 euro za tonę), morskich elektrowni wiatrowych (40 euro) oraz instalacji do wychwytywania i magazynowania dwutlenku węgla (CCS) w przemyśle (46 euro). Dużo tańsza w przypadku siłowni atomowych (poniżej 10 euro za tonę), a najtańsza dzięki ocieplania budynków i stosowaniu innych energooszczędnych rozwiązań, które można szybko wdrożyć i które szybko się zwracają. Zdaniem McKinseya aż 29 proc. potencjału redukcji emisji CO2 w Polsce tkwi właśnie w tym ostatnim rozwiązaniu, czyli oszczędzaniu energii. Gdyby Polska maksymalnie je wykorzystała, mogłaby znacznie obniżyć sobie koszty unijnej polityki klimatycznej.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test