• Reuven Brenner

Summers, Krugman, Bernanke – arcykapłani makrostrologii

20.09.2015
Od kilku miesięcy Larry Summers powtarza tezę, że mamy do czynienia z „długotrwałą stagnacją”, przez co rozumie trwały spadek zagregowanego popytu na świecie, zwłaszcza w USA. Bernanke twierdzi, że niskie stopy procentowe to winna cyklu koniunkturalnego i czynników nadzwyczajnych, a nie Fed – co z kolei krytykuje Krugman.

Od lewej: Larry Summers, Paul Krugman, Ben Bernanke (CC BY-NC-ND Canada 2020, CC BY Commonwealth Club, CC BY-ND Gerald Ford School of Public Policy)


Mimo, że przedstawiają różne argumenty, wszyscy trzej dyskutanci mylą się zarówno co do diagnozy obecnej sytuacji jak i możliwych rozwiązań. Jest to wynik tego, że stosują terminologię i modele współczesnej makroekonomii. Jest to dziedzina, która patrzy na gospodarkę przez pryzmat agregatów, ale najcelniej można ją porównać do astrologii. Rozwiązania, jakie proponują trzej wspomniani ekonomiści mają sens na gruncie owej „makrostrologii”, ale nie w realnym świecie.

Astrologia – o czym ludzie na ogół nie wiedzą – przez prawie sto lat cieszyła się u władców statusem nauki – podobnie tak jak dziś makroekonomia. Monarchowie, na przykład Karol I, a za nimi uczeni i magnaci zasięgali opinii Rad Astrologów. Księgi pełne zawiłych geometrycznych wyliczeń opartych na położeniu gwiazd dodawały powagi ich analizom i przepowiedniom.

W Anglii od czasów Elżbiety do czasów Wilhelma i Marii prognozowanie astrologiczne miało mocny naukowy status. Byle miasteczko miała swojego astrologa, który wzorem dawniejszych wyroczni – i dzisiejszych makroekonomistów – wyznaczał, przy pomocy własnych „cyklicznych” modeli, sprzyjające daty podróży, wymarszu armii czy zakładania firmy. Nagle, po upływie stulecia, gmach astrologii z hukiem runął – po części dzięki teleskopowi Galileusza, który kazał, że ta „nauka” jest w istocie kłamstwem służącym celom politycznym tych, którzy ją uprawiali. Przynajmniej tak się wydawało.

Makroekonomia to współczesna astrologia

Makroekonomia jest bowiem współczesnym wcieleniem astrologii. Tyle tylko, że zamiast wpatrywać się w gwiazdy, makroekonomiści kontemplują „agregaty”, nabożnie gromadzone przez urzędy statystyczne – bez względu na to, czy dany kraj jest dyktaturą – rodem z prawa, lewa lub środka – albo czy ma dużą szarą strefę, jak Włochy i Grecja, gdzie podatkowe szwindle od lat są sportem narodowym. Więc może od razu zapomnijmy o ujęciu „makro” z jego niemal stuletnim rodowodem i spróbujmy prostej alternatywy, która rzuci światło na obecne kłopoty i wskaże możliwe rozwiązania mając nadzieję, że będzie to definitywny koniec tej pseudonauki naszych czasów.

To co dzieje się od dziesięcioleci, nietrudno wyjaśnić – zwłaszcza po kryzysie w 2008 roku – jeśli porzucimy makrostrologiczną nowomowę. Rozwój gospodarczy następuje wtedy, gdy instytucje finansowe bardziej odpowiedzialnie (in more accountable manner – oryg.) powierzają pieniądze bogatych ludzi pracowitym i ambitnym ludziom z pomysłami. Przez „większą odpowiedzialność” należy rozumieć więcej rozwiązań instytucjonalnych, które szybciej korygują błędy w alokacji kapitału. Gdy takich błędów jest więcej, a rozliczalność instytucji publicznych i prywatnych rozmywa się, nastają „złe czasy.”

Jeśli trafnych skojarzeń pieniędzy z odpowiednimi ludźmi jest więcej, a pomyłki korygowane są szybciej, mamy „dobre czasy”. Gdy o tym kto ma dostać pieniądze częściej decydują ideolodzy, politycy, urzędnicy, naukowcy, organy nadzoru – ludzie bez prawdziwego doświadczenia w tym, jak firmy radzą sobie z kojarzeniem kapitału i talentów – błędy się kumulują i trwają dłużej. Gdy do tego dołożymy coraz mniejszą odpowiedzialność rządów i banków centralnych w krajach Zachodu – o reszcie świata pomówimy poniżej – to „długotrwała stagnacja”, mała innowacyjność i zmniejszony popyt na kredyt raczej nie dziwią. Tylko nasi trzej makrostrolodzy zachodzą w głowę, co się dzieje.

Gdy perspektywy na przywrócenie rozliczalności instytucji i sprawniejszą korektę błędów w alokacji kapitału są kiepskie, nie trzeba modeli makroekonomicznych, żeby zrozumieć skąd niskie czy nawet ujemne stopy procentowe albo spadek produktywności. W takich warunkach fiksacja na „realnych stopach procentowych” jest nieracjonalna – kto dziś pamięta realne stopy procentowe w komunistycznej Rosji? Czy te liczby w ogóle miały jakieś znaczenie? Co znaczy jakakolwiek cena w społeczeństwie scentralizowanym, w którym urzędnicy decydują kto dostanie finansowanie a kto nie?

Zachodniej piramidzie błędów i rozmytej odpowiedzialności dorównuje – z nielicznymi wyjątkami – reszta świata: Ameryka Łacińska, Rosja, znaczne obszary Bliskiego Wschodu, Afryki i Azji (Chiny, a obecnie Indie stanowią pewien wyjątek). Kraje z tych regionów stosują własną wersję polityki odgórnego sterowania, mniejszej rozliczalności i seryjnych błędów. Wziąwszy to pod uwagę, nie można się dziwić aktualnemu stanowi światowej gospodarki, w tym niskim stopom procentowym. I chociaż Stany Zjednoczone popełniły mnóstwo poważnych błędów, to jednak w królestwie ślepców jednooki królem. Dlatego kapitał ludzki i finansowy nadal napływa do USA w poszukiwaniu lepszych, bardziej odpowiedzialnych skojarzeń.

Kluczowe znaczenie ma jakość instytucji

Te fakty i wydarzenia nie mają nic wspólnego z „cyklami”, „długotrwałymi stagnacjami” ani też z zarządzaniem jedną konkretną ceną – stopami procentowymi. Są one efektem przechodzenia do modelu społeczeństwa o niższym poziomie rozliczalności. W wyniku mnożenia błędów, których naprawy nikt nie oczekuje lub których naprawienie trwa znacznie dłużej niż kiedyś, siedem miliardów mieszkańców świata nie może znaleźć rozwiązań pozwalających bardziej odpowiedzialnie kojarzyć talent i kapitał na skalę globalną. Te problemy po części wynikają z opisywania świata za pomocą makroekonomicznego żargonu i modeli makroekonomicznych. Tymczasem należałoby przyjąć perspektywę kojarzenia kapitału z właściwymi ludźmi i zapobiegania zbyt długiemu trwaniu w błędzie, gdy takowy się zdarzy.

Zanim rozwinę temat stóp procentowych, Fedu i demografii, zacznijmy od Krugmana, ponieważ jego poglądy najłatwiej obalić. W swojej krytyce Bernankego przytacza on przykład dziesięcioleci zmarnowanych przez Japonię na skutek – jego zdaniem – niewłaściwej reakcji kolejnych rządów i banku centralnego na „niedostateczny popyt” w czasie tzw. „straconych dekad. Jego recepta? Bank centralny powinien był zastosować bardziej ujemne stopy procentowe. Jak bardzo ujemne? I jak to zrobić? W dyskusji z Richardem Koo, byłym pracownikiem nowojorskiego Fedu, a następnie głównym ekonomistą w Nomura, Krugman stwierdził, że „Japonii potrzeba 200- lub 300-procentowej inflacji (…) i tego, by bank centralny zadeklarował, że zamierza zachowywać się w sposób nieodpowiedzialny ” (kursywa w oryginalnej pracy Koo, zatytułowanej „Holy Grail of Macroeconomics. Za takie makrostrologiczne rewelacje dzisiaj dostaje się Nobla.

Tymczasem w omawianym okresie, oprócz poważnych błędów polityki fiskalnej (przede wszytskim drastycznej podwyżki efektywnej stawki podatku od dochodów kapitałowych przy sprzedaży nieruchomości), Japonię od lat nękał problem tak zwanych „spółek zombie”, m.in. banków utrzymywanych przy życiu dzięki licznym regulacjom rządowym, krajowym porozumieniom kartelowym i ekspansji kredytowej napędzanej przez rząd. Takiego problemu nie rozwiążemy, patrząc na świat przez pryzmat agregatów.

Dlaczego stopy procentowe są tak niskie?

Co nie znaczy, że Bernanke czy Summers mają do zaoferowania lepsze diagnozy lub rozwiązania. Jakiś czas temu w swoim pierwszym poście na blogu w Instytucie Brookingsa, Bernanke zadał pytanie: „Dlaczego stopy procentowe są takie niskie?” I odpowiedział sobie, że Fed nie ma z tym nic wspólnego: „Wpływ Fedu na realne stopy procentowe, zwłaszcza długoterminowe stopy realne, jest przejściowy i ograniczony. Realne stopy procentowe, z wyjątkiem krótkoterminowych, są kształtowane przez wiele czynników ekonomicznych, w tym perspektywy wzrostu gospodarczego. A nie przez Fed”.

Bernanke najwidoczniej zapomniał o własnym przemówieniu z 2002 roku, gdzie bez zbędnego teoretyzowania wykazał coś wręcz przeciwnego, mianowicie, że Fedowi udało się w przeszłości utrzymać niski poziom realnych stóp procentowych przez 10 lat: „Doświadczenie historyczne zdaje się potwierdzać tezę, że odpowiednio zdeterminowany Fed może ustalić lub wprowadzić maksymalny pułap cen i rentowności obligacji skarbowych o dłuższych terminach zapadalności. Najbardziej spektakularny przykład ustalenia cen obligacji wystąpił w latach poprzedzających zawarcie porozumienia między Rezerwą Federalną a Departamentem Skarbu w 1951 roku. Przed porozumieniem, które zwolniło Fed z obowiązku utrzymywania rentowności obligacji skarnowych, Fed przez niemal 10 lat utrzymywał rentowności długoterminowych obligacji skarbowych na poziomie nie wyższym niż 2,5 proc. Zdołał on osiągnąć tak niskie stopy procentowe pomimo znacznie wyższego niż obecnie poziomu długu publicznego (w stosunku do PKB). Bywało, że utrzymanie tak niskich stawek wymagało wykupienia większości 90-dniowych bonów skarbowych” (kursywa dodana).”

W istocie – w scentralizowanej gospodarce o niewielkich obrotach z resztą świata, a tak było w USA w czasie II wojny światowej i zaraz po niej – Fed był w stanie utrzymać – i utrzymywał – niskie lub ujemne realne stopy procentowe. Warto tu zapytać czym były „realne” stopy procentowe w czasach, kiedy, jak w latach czterdziestych ubiegłego stulecia, większość cen ustalano administracyjnie. Ale Bernanke myli się nie tylko dlatego, że zapomina, co sam wcześniej mówił; ale także dlatego, że pomija kluczowy fakt. Fed wówczas, pod dyktando Departamentu Skarbu, prowadził politykę fiskalną, co było uważane za nieodzowne dla finansowania działań zbrojnych.

Ówczesny Prezes Fed, Marriner Eccles, wyrażał się jasno – w przeciwieństwie do Bernankego – stwierdzając w 1951 roku, że celem Fed jest zapobieganie niewypłacalności, a cytując dokładnie: „utrzymanie wiarygodności kredytowej rządu”. Eccles mówił wprost: „Przez pierwsze 5 lat (lata wojny) ubiegłego dziesięciolecia, problem był głównie natury fiskalnej, a nie pieniężnej. Gdybyśmy więcej wydatków wojennych sfinansowali z wpływów podatkowych, nasze problemy zarówno czasu wojny, jak i okresu po niej byłyby znacznie mniejsze. Ale skoro rząd postanowił w znacznej części finansować wojnę deficytem, bank centralny nie mógł odmówić (…) mu pieniędzy na walkę o przetrwanie (…) Co do zamrożenia stóp, należy pamiętać, że nie można szeroko stosować finansowania deficytem przy zmiennym poziomie stóp procentowych”.

Rzeczywiście, Rezerwa Federalna i każdy inny bank centralny mogą w pewnych warunkach narzucić rynkowi niskie – a nawet ujemne – realne stopy procentowe. Bywało, że z tego korzystano. [We wspomnianym wcześniej okresie – tłum.] Rezerwa Federalna działała jako agenda Skarbu Państwa, prowadziła politykę fiskalną posługując się narzędziami polityki pieniężnej, żeby zapobiegając niewypłacalności rządu. Współcześni „arcykapłani” zwracają uwagę, że w teoria makroekonomiczna nie przewiduje ujemnych realnych stóp procentowych, zapominając dodać, że przewiduje również wojny, groźby niewypłacalności rządów i tego, że ceny są bez znaczenia, jeśli ustala się je urzędowo. I nieważne, czy chodzi o czasy komunizmu, czy o lata czterdzieste w Stanach Zjednoczonych, kiedy Urząd Administracji Cen o nich decydował, a stopniowa likwidacja tego organu rozpoczęła się dopiero w 1947 roku.

Poglądy Ecclesa dobrze opisują pewne współczesne zjawiska – co nie udaje się Bernankemu. Obecny wzrost zadłużenia USA i krajów zachodnich wynika nie tyle z wojen, co z wyższych wydatków rządowych i zobowiązań podjętych w imię budowy tzw. Wielkiego Społeczeństwa. Rządy zachodnie zaczęły bowiem w znaczniej mierze decydować, bezpośrednio lub pośrednio, kto i na jaki cel dostanie finansowanie m.in. w sektorze mieszkalnictwa, oświaty, zdrowia, rolnictwa, infrastruktury. Zwiększone wydatki rządowe generowały „dochody” oraz „świadectwa” (potwierdzające liczbę lat spędzonych w „placówkach edukacyjnych”, za którymi nie idą wyższe kwalifikacje).

Te wydatki nie tworzyły natomiast aktywów – nie materialnych ani niematerialnych. Powiększały za to zadłużenie. Można było temu zapobiec, gdyby skuteczniej rozliczać rządy z podejmowanych decyzji . I pewnie w warunkach pokoju łatwiej byłoby zrobić to, co zdaniem Ecclesa możliwe było nawet w czasie II wojny światowej. Jednak nie zrobiono tego ani wtedy, ani w ciągu kolejnych dziesięcioleci, gdy Zachód jak stado owiec podążał za mirażem Wielkiego Społeczeństwa: mirażem inwestycji publicznych.

Fed prowadzi politykę fiskalną

Zamiast skorzystać z doświadczenia swojego poprzednika i nazwać rzecz po imieniu – że polityka Fed ma w gruncie charakter fiskalny i ma podtrzymywać wiarygodność kredytową rządu (choć, stwierdzenie tego otwarcie w czasie pokoju byłoby trudniejsze politycznie), Bernanke sprawia wrażenie, jakby jego umysł utknął w labiryncie akademickich abstrakcji. Powiada mianowicie: „Na studiach w MIT Paul Samuelson uczył mnie, że jeśli jest oczekiwanie, że realne stopy procentowe pozostaną ujemne w nieskończoność, prawie każda inwestycja jest opłacalna”. Nie mam pojęcia, czy Samuelson rzeczywiście użył bezsensowego zwrotu „w nieskończoność “, ale wcale by mnie to nie zdziwiło. Jest w końcu autorem „Zasad analizy ekonomicznej”, które wypełnia – podobnie jak książki o astrologii – prosta algebra liniowa i banalny rachunek różniczkowy. Podręcznik ten nie wspomina natomiast o ryzyku, niepewności, przedsiębiorczości, pieniądzach, umowach. Nie ma tam nic co tłumaczyłoby jak działa społeczeństwo rynkowe ani czym jest ludzka natura w ogóle.

Nic dziwnego, że aż do jedenastego wydania popularny podręcznik, który upowszechnił kursy makroekonomii na całym świecie, stwierdzał, iż „prostackim błędem jest sądzić, że większość ludzi w Europie Wschodniej żyje w niedostatku.” Główna zmiana w wydaniu jedenastym polegała na wykreśleniu słowa „prostackim”. W dwunastym wydaniu z 1985 roku porzucono wreszcie całe zdanie i zastąpiono je pytaniem, czy korzyści ekonomiczne czasów komunizmu warte były represji politycznych (eufemistyczne określenie dziesiątków milionów zabitych i zagłodzonych, o których nie wspomina się w podręczniku). Co Samuelson mógł wiedzieć o dobrobycie opartym na ciągłym i coraz bardziej odpowiedzialnym kojarzeniu ludzi i kapitału? Niemniej i jemu Komitet Noblowski przyznał nagrodę w dziedzinie ekonomii. W ten sposób pseudonauki stają dominującym poglądem.

Samuelson nie jest jedynym nieżyjącym ekonomistą, który kształtował poglądy Bernankego. Cytuje on też Knuta Wicksella, szwedzkiego ekonomistę z przełomu XIX i XX wieku. Bernanke pisze, że dla wyjaśnienia obecnych niskich stóp procentowych „pomocne jest wprowadzenie pojęcia realnej stopy procentowej równowagi (czasami nazywanej stopą procentową Wicksella). Jest to realna stopa procentowa odpowiadająca pełnemu wykorzystaniu zasobów pracy i kapitału, której osiągnięcie może wymagać pewnego okresu dostosowania. Jest ona wypadkową wielu czynników oraz może się zmieniać – i zmienia się – w czasie.

W szybko rosnącej gospodarce spodziewalibyśmy się wysokiej stopy procentowej równowagi, co odzwierciedla wysoki potencjał zwrotu z inwestycji kapitałowych. W gospodarce o niskiej dynamice wzrostu lub znajdującej się w recesji – przy zachowaniu pozostałych parametrów – realna stopa równowagi będzie zapewne niska z racji ograniczonych i stosunkowo nieopłacalnych możliwości inwestycyjnych. Stopę równowagi kształtują również takie czynniki jak wydatki publiczne i polityka podatkowa: przy wysokich deficytach realna stopa równowagi wzrasta (znowu, przy niezmienności innych warunków), ponieważ zadłużenie rządu wysysa strumień oszczędności z inwestycji prywatnych”.

Jaka „równowaga”? Co Wicksell ma wspólnego z tym, co obecnie obserwujemy? Co oznacza termin „przy niezmienności innych parametrów”? „Nierównowaga” osiągnęła dziś skalę porównywalną z latami po II wojnie światowej – w tym sensie, że centralizacja w USA i na Zachodzie doprowadziła do nagromadzenia błędów, a stan reszty świata nie jest na tyle dobry, aby stać się dla nich alternatywą. W efekcie mamy wysokie zadłużenie, przy czym Fed i EBC wyraźnie odgrywają rolę fiskalną, co utrzymuje a nawet zwiększa dynamikę wydatków rządowych, sprzyja trwaniu w błędach co do alokacji kapitału i zapobiega bankructwom rządów. Nierównowaga jest porównywalna do stanu z lat czterdziestych także pod tym względem, że młodzi, ambitni, wykwalifikowani ludzie z całą desperacją próbują dostać się do krajów, gdzie jest jakaś nadzieja i prowadzona jest sensowniejsza polityka gospodarcza, ale broni im się wstępu.

Albo imigracja albo odpływ kapitału

Jednym z remediów na obecnie istniejący rozziew między starzejącym się społeczeństwem w krajach z bardziej rozliczalnymi instytucjami a rzeszą bezczynnych wykwalifikowanych młodych ludzi w krajach z gorszymi instytucjami byłaby selekcja młodzieży, której pozwoli się na imigrację, poprawa alokacji kapitału i w konsekwencji perspektywa na wyższe zwroty z inwestycji. Na stole nie ma alternatywnego rozwiązania, mianowicie transferu kapitału do mniej odpowiedzialnych krajów, tak, by młodzież mogła pozostać na miejscu. Przy czym odwrotny kierunek przepływu kapitału, tj. do starzejących się krajów o bardziej odpowiedzialnych rządach, do których młodzież nie ma wstępu, to gotowa recepta zarówno na niższe zwroty, jak i większą niestabilność polityczną tam, gdzie są sfrustrowani młodzi ludzie.

Młodzi ludzie, w przeciwieństwie do starych, stają często na barykadach. Żaden bank centralny temu nie zaradzi. A obecny stan pod tym względem daleki jest od równowagi. Jej brak widać jak na dłoni w dysproporcji między liczbą 4.422.660 wniosków wizowych złożonych w konsulatach USA w listopadzie 2014 roku, a przewidzianym na rok 2015 limitem 370 tysięcy wiz. Roczny limit przydziału statusu imigracyjnego HB 1, który pozwala wykwalifikowanym imigrantom na wjazd do Stanów Zjednoczonych, uruchomiony 1 kwietnia, został wyczerpany już 7 kwietnia tego roku. Zaś przez Morze Śródziemnego dryfują ku Europie setki tysięcy „ludzi na łodziach”. Żadne z powyższych zjawisk nie ma nic wspólnego z „cyklami”, czy „długotrwałymi stagnacjami.”

Krótko mówiąc, sytuacja w latach czterdziestych ubiegłego stulecia i w ostatniej dekadzie jest porównywalna. Wojny, tak jak poważnie chybione szacunki co do popytu i wyceny nieruchomości mieszkaniowych nabytych w celach inwestycyjnych, doprowadziły do znacznego narośnięcia długów. A kiedy powstał dług, należy spłacać odsetki, aby uniknąć niewypłacalności. Największym dłużnikiem jest rząd, a obecni i przyszli podatnicy – jego głównymi wierzycielami. W okresie trudności spowodowanych przez wojny lub poważne niedopasowania zasobów (np. mieszkaniowych) rachunek tak czy inaczej zapłaci państwo.

Na pytanie, w jaki sposób społeczeństwo będzie spłacać ten dług, nie ma jednej odpowiedzi: można odpędzić widmo bankructwa wywołując inflację i dewaluację; można spłacić dług w formie podatków. W obecnej sytuacji rząd wyręczają w spłacie banki centralne, które ustawiają niskie lub wręcz ujemne stopy procentowe – tak samo, jak Fed w latach 1940-tych, gdy prowadził redystrybucyjną politykę fiskalną za pomocą narzędzi polityki pieniężnej. Niskie stopy procentowe umożliwiają utrzymanie poziomu wydatków rządowych, a wyścig na obniżki stóp między poszczególnymi krajami prowadzi do dewaluacji, czyli subsydiowania eksportu – bez zmiany krajowych przepisów, podatków i prawa. Fakty są takie, że za sprawą wspomnianej polityki kryptofiskalnej, prowadzonej narzędziami polityki pieniężnej, obsługa zadłużenia publicznego w 2014 roku kosztowała tyle samo co w roku 2007 i wyniosła 430 miliardów dolarów, choć w tym okresie dług publiczny Stanów Zjednoczonych wzrósł z 10 do 18 bilionów dolarów.

Trzeba podkreślić, że Fedowi mogłoby się nie udać sprowadzić stóp procentowych do tak niskiego poziomu gdyby, gdyby także obecna sytuacja innych krajów na świecie nie była podobna do ich sytuacji z lat czterdziestych. Stany Zjednoczone znajdują się dziś w lepszej sytuacji niż reszta świata, tak jak miało to miejsce wówczas, i pozostają beneficjentem przepływów kapitałowych i drenażu mózgów. Europa tamtych lat podnosiła się ze zniszczeń; dzisiaj też jest w nienajlepszym stanie. Z kolei, tak jak dziś, reszta świata stanowiła obszar niepewności. Pomimo postępującego wzrostu, w Chinach utrzymuje się monopol jednej partii, która kontroluje banki, a tym samym w znacznym stopniu decyduje kto dostanie finansowanie i na co a kto nie. Tak więc nadal mało jest miejsc, co do których można żywić nadzieję na bardziej odpowiedzialne kojarzenie kapitału i talentów.

Zaczęliśmy od „makroekonomii” i na niej też skończymy. Ta pseudonauka posługuje się językiem jaki Keynes wymyślił w latach trzydziestych, a który jego naśladowcy (przez niego samego nazywani głupcami) rozwinęli do poziomu ezoteryki. Keynes i jego epigoni twierdzili, że agendy rządu i politycy, we współpracy z bankami centralnymi – i przy całkowitym lekceważeniu innych instytucji w kraju – są w stanie zapewnić wieczny dobrobyt, rozwiązując kilka równań z kilkoma niewiadomymi. Ich modele zakładały też, że przedsiębiorcy, biznesmeni i „plebs” doznają niezrozumiałych przypływów pesymizmu i optymizmu, poddając się atawistycznym „zwierzęcym instynktom”.

Natomiast politycy, ekonomiści i biurokraci w bankach centralnych są odporni na tak prymitywne emocje i bez trudu nad nimi panują. Rządy, banki centralne i dyktatorzy wszelkiej maści z upodobaniem wykorzystywali i subsydiowali makroekonomiczny język i analizy, co walnie przyczyniło się do ich popularyzacji. Praktyków makroekonomii stawiali zaś na piedestale, bo dostarczali im pretekstu do zwiększania zakresu swojej władzy.

Tak rodzą się i plenią pseudonauki. „Głupota nie polega na niewiedzy, lecz na braku krytycyzmu wobec przyjmowanych idei” napisał kiedyś Milan Kundera, a cytat ten doskonale ilustrują dzieła makroekonomistów. Co może uwolnić nas z tej pułapki dogmatyzmu i przewietrzyć to duszne uniwersum wtórnego pustosłowia? Mówi się, że „potrzeba jest matką wynalazków”, ale nie wiem, co mogłoby się w naszym przypadku okazać wystarczająco palącą „potrzebą”. Istnieją przesłanki by sądzić, że dla przedsiębiorstw i krajów, „matką wynalazku” jest dopiero groźba niewypłacalności. Taka potrzeba może jednak też stać się „macochą oszustwa”, jeśli w obliczu niewypłacalności decyzje ma podejmować niewłaściwa osoba. Być może czas takich decyzji nadchodzi, więc miejmy nadzieję, że ludzie, którzy będą je podejmować, odbudują bardziej rozliczalne instytucje publiczne i porzucą makrostrologię, która od dziesięcioleci zaślepia rządy i banki centralne.

Reuven Brenner jest profesorem zarządzania na McGill University w Montrealu. Artykuł opiera się na jego książkach „Force of Finance” i „World of Chance” i po raz pierwszy ukazał się w Asia Times.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test