Budowa elektrowni atomowej wstrzyma inne niezbędne inwestycje

13.11.2011
Pierwsza polska elektrownia jądrowa ma kosztować 55 mld zł. Ta inwestycja budzi ogromne kontrowersje, nawet wśród branżowych ekspertów. Część z nich kwestionuje jej ekonomiczny sens. Inni argumentują, że prąd z elektrowni atomowych jest i będzie najtańszy. Obie strony są zgodne, że do 2020 r. nie zdążymy. Coś zyskamy, coś stracimy.

Wieloryb pływający w pobliżu elektrowni atomowej Diablo w Kaliforni. (CC By mikebaird)


W polskiej energetyce dawno nie było tak zażartego sporu. Po jednej stronie barykady jest Polska Grupa Energetyczna (PGE), która chce zbudować pierwszą polską elektrownię atomową. Tę inwestycję popiera rząd, ale również Stowarzyszenie Ekologów na rzecz Energii Nuklearnej. Znany ekonomista i były minister finansów, prof. Mirosław Gronicki, ocenia planowaną przez PGE elektrownię, jako korzystną dla polskiej gospodarki.

Przeciwnego zdania jest Greenpeace. Zgadza się z nim prof. Jan Popczyk z Wydziału Elektrycznego Politechniki Śląskiej, współtwórca reformy polskiej energetyki z lat 90., który doradzał odpowiedzialnym za gospodarkę prof. Balcerowiczowi i prof. Hausnerowi. Bardzo krytycznie do tej inwestycji podchodzi także inny znany ekspert, prof. Władysław Mielczarski z Instytutu Elektroenergetyki Politechniki Łódzkiej, jedyny przedstawiciel Polski w European Energy Institute, prestiżowym międzynarodowym think-tanku zajmującym się energetyką.

Jak widać, po jednej i po drugiej stronie nie brakuje tęgich głów. Spór dotyczy inwestycji o bezprecedensowej skali w polskiej gospodarce i brzemiennej w skutki. Polska Grupa Energetyczna, która chce zbudować w Polsce dwie elektrownie atomowe (każda o mocy 3000 MW), szacuje, że koszt budowy pierwszej z nich może sięgnąć 55 mld zł.

PGE, to dziś największy producent prądu w Polsce. Jego udział w krajowej produkcji energii elektrycznej sięga aż 40 proc., co daje mu dominującą pozycję na rynku. To zarazem jedyna polska firma energetyczna, która jest obecnie w stanie podołać budowie elektrowni atomowej.

Jeśli tak się stanie, PGE – dzięki temu, że elektrownie atomowe produkują prąd tanio – będzie jeszcze bardziej dominować na polskim rynku i w jeszcze większym stopniu będzie mogła na nim dyktować reguły gry.

Polskie elektrownie są w większości stare, wyeksploatowane i trzeba je szybko zastępować nowymi blokami, żeby za kilka lat nie zaczęło brakować w Polsce prądu, a jego ceny drastycznie nie podskoczyły. Z drugiej strony głównym celem unijnej polityki energetyczno-klimatycznej jest zmniejszenie emisji dwutlenku węgla i zależności UE od importu surowców energetycznych.

W przypadku elektrowni emisja CO2 jest największa w zakładach opalanych węglem – w Polsce te właśnie zakłady produkują ponad 90 proc. energii elektrycznej. Od 2013 r. w UE elektrownie, ale i inni duzi emitenci CO2, zaczną płacić za prawo do wypuszczania tego gazu do atmosfery. Od 2020 r. zapłacą za każdą wyemitowaną tonę dwutlenku węgla. To sprawi, że produkcja prądu w elektrowniach węglowych stanie się bardzo droga, że trzeba będzie je wyposażać w instalacje do wychwytywania i magazynowania CO2 (określane mianem CCS), które bardzo podrożą koszty wytwarzania.

W elektrowniach atomowych emisja gazów cieplarnianych jest wielokrotnie niższa niż w węglowych. Dzięki temu będą one dużo taniej produkować prąd.

(Opr.DG/CC BY-NC-SA Snurb)

Prof. Andrzej Strupczewski, wiceprezes Stowarzyszenia Ekologów na rzecz Energii Nuklearnej, pracownik Instytutu Energii Atomowej w Świerku, twierdzi, że energetyka jądrowa już dziś pod względem kosztów wytwarzania jest bardzo konkurencyjna. Przytacza dane OECD z 2010 r., z których wynika, że w Europie przy 10-procentowej stopie dyskonta koszt produkcji energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych waha się od około 82 do 137 USD za 1 MW/h (nie brano pod uwagę wszystkich producentów). Czyli już dziś jest bardzo zbliżony do węglowych (od 80 do ponad 140 dol./MWh) i gazowych (90-120 dol.) oraz wyraźnie niższy niż lądowych wiatrowych (120-235 dol.). Dzięki temu np. Francja z rozbudowaną energetyką jądrową ma tańszy prąd niż Niemcy, których energetyka opiera się w większym stopniu na węglu i na źródłach odnawialnych.

Prof. Mirosław Gronicki twierdzi, że elektrownie atomowe w Polsce wpłynęłyby pozytywnie na tempo wzrostu gospodarczego, m.in. właśnie dzięki temu, że zapewniłyby tańszy prąd.

Branżowi eksperci, przeciwni planowanej przez PGE elektrowni jądrowej, przedstawiają równie mocne argumenty. Stare, wyeksploatowane elektrownie w Polsce już teraz trzeba zastępować nowymi. PGE chce zakończyć budowę swej pierwszej elektrowni jądrowej w 2020 r., ale jej przeciwnicy przekonują, że to nierealny termin. Zapewniają, że w przypadku takich inwestycji od momentu podjęcia decyzji o budowie do jej zakończenia mija zwykle nie mniej niż 15 lat. Na przykład rozbudowa o kolejny blok fińskiej elektrowni atomowej w Olkikuoto miała zakończyć się w 2009 r., a trwa po dziś dzień i ma potrwać jeszcze 2-3 lata. Mimo że Finowie mają już 30-letnie doświadczenie w budowie i eksploatacji elektrowni jądrowych.

Prof. Popczyk twierdzi, że pierwszego z dwóch planowanych w polskiej atomówce bloków nie da się zbudować wcześniej niż w 2025 r. Dlatego jego zdaniem należy postawić na inne elektrownie, takie, które da się uruchomić dużo szybciej. Wiatrowe, gazowe, biogazowe, wodne, minireaktory jądrowe oraz inne źródła energii, takie jak choćby pompa ciepła. Prof. Popczyk wylicza, że wybudowanie tego typu instalacji energetycznych w takiej liczbie, żeby mogły zastąpić planowaną przez PGE elektrownię jądrową, będzie też mniej kosztować.

Zwolennicy tej inwestycji mówiąw tym miejscu: „Ale przecież te instalacje będą produkować prąd drożej, gaz będziemy musieli sprowadzać z Rosji. A jeśli nie będziemy tego chcieli, to same źródła odnawialne nie wystarczą do tego, żeby zastąpić wycofywane z eksploatacji bloki węglowe”.

W wielu krajach zachodnich, ale także w Chinach czy Indiach energetyka odnawialna gwałtownie się rozwija. Dla przykładu: moc zainstalowana elektrowni wiatrowych na świecie wzrosła w zeszłym roku o 23,6 proc. Najbardziej w Chinach, które mają już najwięcej wiatraków na świecie. W Europie liderem w tej dziedzinie są Niemcy, które już ponad 20 proc. energii elektrycznej produkują ze źródeł odnawialnych, a do 2030 r. chcą wytwarzać z niej 50 proc. prądu (do 2050 r. – 100 proc.). Podobne ambicje mają kraje skandynawskie. Polska też może do tego dojść, biorąc pod uwagę, że ma dużo większy niż Niemcy czy Dania potencjał rozwoju rolnictwa energetycznego, że może tak, jak nasi sąsiedzi za Odrą wybudować tysiące małych biogazowni, w których surowcem byłyby odpady z rolnictwa, przemysłu spożywczego, śmieci z gospodarstw domowych czy osady z oczyszczalni ścieków.

W Polsce energetyka odnawialna rozwija się na razie dużo mniej dynamicznie niż w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Szwecji, Danii czy Chinach. W dużej mierze przez wadliwy system państwowego wsparcia rozwoju tego sektora. Powodujący, że większość dotacji na ten cel zgarniają dawno już zamortyzowane stare elektrownie wodne i elektrownie węglowe spalające w swych kotłach odpady drzewne, kwalifikowane jako odnawialne źródło energii.

Rząd od dawna obiecuje, że zmodyfikuje ten system, ale na razie kończyło się na deklaracjach. Jednocześnie zdecydowanie wspiera plany budowy elektrowni atomowych. Kontrolowana przez państwo PGE mogłaby być motorem napędowym energetyki odnawialnej w naszym kraju, na razie jednak państwo koncentruje się na planach związanych z elektrowniami węglowymi i atomowymi. Gdy PGE zacznie budować pierwsze reaktory jądrowe z pewnością nie będzie jej już stać, żeby równocześnie inwestować na dużą skalę w energetykę odnawialną.

Przeciwnicy planowanej przez PGE elektrowni jądrowej twierdzą, że jej budowa i uruchomienie pochłonie dużo więcej pieniędzy niż przewiduje inwestor, bo podłączenie tego zakładu do sieci energetycznej będzie wymagać dużej i kapitałochłonnej rozbudowy linii przesyłowych. Kosztów nie poniesie jednak PGE, ale operator sieci przesyłowej, czyli państwowa firma PSE Operator. Ta z kolei przerzuci koszty na odbiorców, doliczając je do opłaty za przesył prądu.

Tej elektrowni potrzebna będzie także infrastruktura edukacyjna i badawcza. Niezbędny będzie dozór jądrowy, który zbuduje od zera i na swój koszt państwo. Trzeba jeszcze dodać, że prąd z tak dużej elektrowni będzie musiał być przesyłany na duże odległości, co zwiększy koszty przesyłu. Do tego dochodzi użytkowanie środowiska (np. czerpanie wody do chłodzenia reaktorów, składowanie odpadów radioaktywnych).

To są tzw. zewnętrzne koszty elektrowni jądrowych, których zazwyczaj nie uwzględnia się przy podawaniu czy prognozowaniu kosztów inwestycji. Oczywiście, te wydatki dotyczą także innych typów elektrowni, ale w przypadku instalacji odnawialnych czy gazowych są one dużo niższe.  Według US Department of Energy w 2007 r. koszty zewnętrzne elektrowni jądrowych w USA wynosiły 110 dol./ 1 MW/h, węglowych – 190 dol./MWh, biomasowych i gazowych po 60 dol/MWh, wodnych – 50 dol./MWh, słonecznych, geotermalnych i wiatrowych – poniżej 10 dol./MWh.

Tak duże różnice wynikają przede wszystkim z jednej przyczyny. Elektrownie biogazowe, geotermalne, słoneczne czy wiatraki są na ogół wielokrotnie mniejsze od węglowych czy jądrowych, dzięki czemu produkowany przez nie prąd można przesyłać tylko do najbliższych miejscowości. To dlatego m.in. prof. Popczyk sprzeciwia się budowie w Polsce nowych wielkich elektrowni, a wśród nich atomowych.  Jednym z jego koronnych argumentów jest to, że polska sieć elektroenergetyczna wymaga w większości modernizacji lub wymiany. Te inwestycje mają kosztować dziesiątki miliardów złotych. Można by ich częściowo uniknąć, stawiając na rozwój tzw. energetyki rozproszonej. To znaczy na budowę tysięcy rozrzuconych po całym kraju minielektrowni – wiatrowych, biogazowych, gazowych czy jądrowych, z których prąd zużywałyby położone w sąsiedztwie miejscowości.

Za takim rozwiązaniem przemawia jeszcze jeden argument: daje ono szansę na rozwój i bogacenie się – przede wszystkim za sprawą biogazowni i upraw roślin energetycznych –  regionom rolniczym, biedniejszym wiejskim terenom. Prof. Popczyk twierdzi w swej książce pt. „Energetyka rozproszona”, że mógłby to być sposób na modernizację polskiego rolnictwa i na odejście od bardzo kosztownej i nieefektywnej Wspólnej Polityki Rolnej.

Niemcy i Szwajcaria zadeklarowały po katastrofie w Japonii, że będę się wycofywać z energetyki jądrowej i zastępować ją źródłami odnawialnymi. Niemcy liczą, że dzięki temu rozwiną u siebie technologie i produkcję instalacji do produkcji energii odnawialnej i będą je na dużą skalę eksportować. Taki sam cel wyznaczyły sobie Chiny, stawiając na energetykę odnawialną. Chiny nie rezygnują jednak, a wręcz rozwijają energetykę atomową. A to na ile stabilne okażą się deklaracje niemieckie, tez okaże się dopiero za kilka lat.

Przeciwnicy budowy elektrowni atomowych przypominają, że technologie i urządzenia do nich musielibyśmy importować. W przypadku energetyki odnawialnej mogłoby być inaczej, bo w tej dziedzinie polski przemysł ma już spore osiągnięcia, technologie na światowym poziomie i łatwiej mu na tym polu konkurować z zachodnimi koncernami.

Symptomatyczne jest jedno. Unia Europejska w polityce energetycznej i klimatycznej nie stawia na energetykę jądrową (niskoemisyjną), ale właśnie na odnawialną. Zastanawia też, że wielkie zagraniczne koncerny energetyczne, działające w Polsce (RWE, EON, GDF Suez, EDF, Fortum czy Iberdrola), nie planują u nas budowy elektrowni atomowych. Inwestują za to w Polsce w energię odnawialną. Choć na ogół mają w swoich macierzystych krajach elektrownie atomowe i duże doświadczenie w ich budowie oraz eksploatacji. Czy z tego należy wyciągnąć wnioski?


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test