Budowanie „polskiej Nokii” to droga, której powinniśmy unikać

26.05.2017
Czym więcej firm niszowych, które zamiast 100 proc. polskiego rynku mają choć 1 proc. globalnego, tym konkurencyjność gospodarki będzie większa. Takie firmy są innowacyjne i tworzą miejsca pracy, jakich zachodnie korporacje nigdy nam nie dadzą – mówi dr Marek Dietl, doradca ekonomiczny prezydenta.

Marek Dietl


ObserwatorFinansowy.pl: W czerwcu rusza Krajowa Liga Innowacji, która ma klasyfikować polskie firmy pod względem różnych parametrów innowacyjności. Czy to nowe narzędzie do szukania tzw. tajemniczych mistrzów, którymi od lat się Pan zajmuje?

Marek Dietl: Od 15 lat badam tajemniczych mistrzów, czyli firmy które są liderami w swoich dziedzinach przynajmniej na skalę europejską, albo zajmują w jakiejś branży minimum trzecie miejsce na świecie, nie będąc przy tym koncernami. Prof. Hermann Simon, autor tego terminu, bada tajemniczych mistrzów od 30 lat.

W kontekście innowacji ciekawy jest podział tajemniczych mistrzów na dwie grupy – wyszedł nam w badaniach, które koordynowałem z dr Melitą Rant w 18 krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Jedną grupę tworzą firmy o względnie wysokich przychodach i produktywności (powyżej średniej prof. Simona wynoszącej 144 tys. euro na pracownika), ale niższej liczbie patentów na pracownika. Druga grupa to przedsiębiorstwa mniejsze i mniej produktywne, ale o wysokim udziale wydatków na B+R w przychodach (ponad 10 proc.) oraz bardzo wysokiej liczbie patentów na pracownika.

Która grupa dominuje w Polsce?

W Polsce natrafiłem prawie wyłącznie na firmy pierwszego typu, a np. w Słowenii było więcej przedsiębiorstw drugiego typu. W Krajowej Lidze Innowacji – która, mam nadzieję, będzie niemal sportowym rankingiem opartym na dobrowolnych ankietach – szczególne rzadkie w Polsce firmy drugiego typu będą mogły odnosić sukcesy. W ankietach pytamy bowiem o liczbę patentów czy wydatki na B+R. Chcemy poznać te firmy i dać im szanse zaprezentowania się szerokiej publiczności.

Oczywiście Liga nie ma tak ostrych kryteriów, jakie nakładaliśmy w badaniu tajemniczych mistrzów odnośnie pozycji na globalnym rynku, ale mam nadzieje, że choć cześć jej uczestników dołączy do grona światowych liderów, rozumianych tak jak to robi prof. Simon.

Kim są tajemniczy mistrzowie w Polsce? Te 48 firm odkrytych przez Pana.

Modyfikując lekko definicję prof. Simona tajemniczy mistrzowie w Polsce to nadal firmy, które zajmują minimum trzecie miejsce na świecie w swojej branży, albo są liderami – i tu zmiana – nie ogólnoeuropejskimi, a przynajmniej w Europie Środkowej i Wschodniej. Nadal nie chodzi nam o koncerny. Dlatego tajemniczym mistrzem nie jest np. Asseco, które jest liderem w regionie, ale jest koncernem i wszyscy o nim słyszeli. Warunki definicji spełnia już jednak Famur/Kopex, trzeci na świecie dostawca maszyn górniczych, Fakro – drugi w Europie dostawca okien dachowych, czy wiodący dostawca autobusów w centralnej Europie Solaris.

Zaczął Pan od najmniej tajemniczych

Tak, ale zmierzałem do nazw mniej rozpoznawalnych. Bohamet na przykład – światowy lider w technicznych oknach okrętowych, Marc Kolor, lider w produkcji włosów do prezentacji kolorów farb do włosów, a – do niedawna – Morpol, światowy lider w wędzeniu łososia.

Dlaczego Morpol „do niedawna”?

Bo firma, która wyrosła m.in. na przejęciach konkurentów sama została ostatecznie przejęta przez Skandynawów. Podobnie Optopol – lider w zakresie sprzętu diagnostycznego dla optomatologii przejęty przez Canona. Niestety „trwałość” polskich tajemniczych mistrzów jest mniejsza niż globalnych. W Niemczech w ciągu 10 lat tylko 7 proc. tych firm zostało sprzedanych lub w jakiś inny sposób zeszły z rynku. W mojej próbie w Polsce, w tym samym okresie, było to ponad 20 proc.

Z drugiej strony, twierdzę jednak, że jest jeszcze sporo firm do odkrycia, a te zidentyfikowane wymagają lepszego poznania.

Co już wiadomo o polskich tajemniczych mistrzach?

Wiemy, że to firmy, które mają świetnie rozpoznane swoje rynki, ale to cecha tajemniczych mistrzów na całym świecie. Polskie przedsiębiorstwa częściej czerpią wiedzę o kliencie z bliskich z nim relacji, elastyczności i dzięki umiejętnościom wykfalifikowanych pracowników. Rzadziej stosują w tym celu badania marketingowe.

Polscy mistrzowie są także mniejsi i nie dysponują tak wyrafinowaną technologią. Rzadko są także prawdziwie globalnymi graczami, częściej skupiają się na lokalnym rynku, a potem regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Ich przychody w euro rosną o prawie 9 proc. rocznie, średnie przychody na pracownika wynoszą prawie 190 tys. euro. Teraz czas na większe wyzwania – zdobycie nowych rynków, co może te przychody skokowo powiększyć.

Czy jednak wyspecjalizowane branże niektórych tajemniczych mistrzów nie wyznaczają granic ich rozwoju? Wyobrażam sobie, że Livechat, popularny komunikator biznesowy może jeszcze długo rosnąć, ale firma z automatyki przemysłowej, która jest liderem w swojej niszy nie zacznie nagle zarabiać 10 razy więcej.

To jest fundamentalne biznesowe pytanie: czy działać na głównym rynku i brać na siebie ryzyko intensywnej konkurencji, czy lepiej być w niszy, gdzie ryzyko konkurencji jest mniejsze, ale i potencjalnych klientów jest mniej.

To również pytanie o to, co jest lepsze dla całej polskiej gospodarki. Jakoś nie wierzę w to, że będziemy mieli drugą poza Orlenem spółkę na liście Fortune500, ale czym więcej będzie firm niszowych, które zamiast 100 proc. rynku polskiego mają choć 1 proc. globalnego, tym konkurencyjność międzynarodowa polskiej gospodarki będzie większa.

Czyli nie wierzy Pan w „polską Nokię”?

Nie, to jest droga, której powinniśmy uniknąć. Owszem Nokia miała ogromne zasługi dla Finlandii, ale fakt, że fiński PKB nie osiągnął jeszcze poziomu z 2008 roku o czymś świadczy. Moim zdaniem o tym, że nie można koncentrować całej gospodarki wokół jednej firmy, bo jak ona się potknie, to pogrąża setki firm, które zależą tyko od jej losu. Sytuacja, w której mamy dziesiątki mniejszych liderów jest o wiele zdrowsza.

Chodzi tylko o dywersyfikację ryzyka?

Chodzi głównie o długofalowe korzyści dla gospodarki. Powinniśmy mieć tajemniczych mistrzów jak najwięcej, bo to przecież firmy lepsze od swoich konkurentów, które odnajdują się poza naszym rynkiem, które eksportują i przede wszystkim tworzą wartościowe miejsca pracy – z niezłymi wynagrodzeniami, ale i z wyzwaniami związanymi z tym, że centrala lidera w jakiejś branży znajduje się w Polsce.

Zagraniczne firmy takich miejsc pracy nie tworzą?

Nie z taką wartością dodaną. Mówiąc obrazowo: nawet praca członka zarządu regionalnego w jakiejś korporacji polega głównie na przerzucaniu raportów do centrali. Prawdziwie innowacyjne miejsca pracy są gdzie indziej – właśnie u tajemniczych mistrzów.

I teraz przyjmijmy, że takich firm faktycznie jest 100 (tyle teoretycznie na tym etapie rozwoju gospodarczego powinno być) i one wszystkie prędzej czy później osiągną, dajmy na to, miliard złotych wartości. To 100 mld złotych, które powinno przełożyć się na jakieś 50 tysięcy atrakcyjnych miejsc pracy. Tego już nie można nie zauważyć w skali gospodarki.

W Polsce pracuje ponad 16 mln osób…

Tak, ale to jak z tym słynnym przypływem, który podnosi wszystkie łodzie – jeśli 50 tysięcy osób będzie miało bardzo atrakcyjne miejsca pracy o dużej wartości dodanej w bardzo konkurencyjnych firmach, to wpłynie to pozytywnie i na warunki pracy, i na wynagrodzenia u konkurentów tych firm, i na ich kooperantów. Kolejne kohorty w sposób rynkowy będą otrzymywać wyższe wynagrodzenia.

Pełno jest w historii przykładów na to, że znaczna część działalności ludzkiej jest „działalnością arystokratyczną”, czyli wykonywaną przez drobną część populacji, ale mimo tego polepszającą byt wszystkich.

To brzmi trochę jak argumenty zwolenników robotyzacji.

No właśnie, kiedy robotyzacja stanieje może się okazać, że niemieckie przedsiębiorstwa przenoszą do siebie miejsca pracy z Polski, z których dziś jesteśmy nawet zadowoleni. Robotyzacji łatwo nie poddadzą się za to etaty o największej wartości dodanej, jakie tworzą tajemniczy mistrzowie. Oczywiście nie zderzymy się z tym problemem od razu, ale za 40-50 lat, bo zakładam, że tyle minie nim w pełnej skali zmaterializuje się czwarta rewolucja przemysłowa.

Niemniej żeby być na nią przygotowanym już dziś powinniśmy wiedzieć, czego w polityce gospodarczej chcemy, a tym bardziej czego nie chcemy.

Chcemy solidnych firm z wielu branż, a nie mrzonek o wielkim koncernie IT?

Upraszczając – tak. Może będą to uczestnicy Krajowej Ligi Innowacji?

Rozmawiał Marek Pielach

Marek Dietl – doktor nauk ekonomicznych, adiunkt w katedrze Ekonomii Biznesu Szkoły Głównej Handlowej oraz doradca ekonomiczny prezydenta RP Andrzeja Dudy. Zasiadał w radach nadzorczych wielu spółek. W 2009 roku ukazała się w Polsce książka Hermanna Simona „Tajemniczy mistrzowie XXI wieku”, w której był autorem polskiej części. Obecnie jego lista liczy 48 polskich firm, które można określić mianem tajemniczych mistrzów.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test