Chiny-USA: Wojna handlowa czy zimna

09.10.2018
Spór Stanów Zjednoczonych z Chinami można uznać za starcie, którego stawką jest nie tylko handel, ale prestiż, dominacja, a nawet hegemonia na rynkach światowych.

W sporze Chin z USA chodzi nie tylko o handel (Joan Campderrós-i-Canas, CC BY)


W stosunkach między dwoma najsilniejszymi organizmami gospodarczymi świata dochodzi do eskalacji nie tylko napięcia i retoryki, ale też podejmowanych decyzji. Zapowiedziany niedawno przyjazd do Chin szefa Pentagonu, generała Jamesa Mattisa, został odwołany. Doszło, co prawda, 8 października do wizyty szefa amerykańskiej dyplomacji Mike’a Pompeo. Jej program był jednak wyraźnie ograniczony do dynamicznej sytuacji na Półwyspie Koreańskim, a nie nabrzmiałych relacji dwustronnych, czy to w wymiarze gospodarczym, czy militarnym i strategicznym.

Po pierwszej fazie (wiosną tego roku) wzrostu napięcia między Waszyngtonem a Pekinem, pod koniec września USA wprowadziły dodatkowe cła na szeroką paletę importowanych chińskich towarów, od wyrobów mięsnych po elektronikę, obejmującą import o wartości 200 mld dolarów. Wprowadzone cła w wysokości 10 proc., po 1 stycznia 2019 r. mają wzrosnąć do 25 procent.

Chiny w trybie natychmiastowym odpowiedziały kontrposunięciami, obejmując dodatkowymi cłami import z USA w wysokości 60 mld dolarów, czyli mniej więcej proporcjonalnie, bowiem dwustronne obroty handlowe w 2017 r. zamknęły się sumą 505,470 mld dol., a USA odnotowały ujemny bilans rzędu 375,5 mld (do końca sierpnia tego roku wyniósł on 261 mld – według oficjalnych danych amerykańskich). Chińczycy objęli dodatkowymi obciążeniami rzędu 5 proc. 1 600 kategorii towarów, a stawką 10-procentową 3 500 towarów. Są to już poważne decyzje, a prognozy nie są najlepsze: do wyborów uzupełniających do Kongresu w listopadzie w zasadzie nikt, ani w USA, ani w Chinach, nie spodziewa się zmian, a później, jeśli nic nadzwyczajnego by się nie stało, można spodziewać się raczej dalszej eskalacji, niż obniżenia napięć, no i zniesienia ceł.

Więcej niż towary

Gdyby w tym wszystkim tylko o handel chodziło, problem – owszem – by istniał, ale powodów do głębokiego niepokoju raczej by nie było. A jednak są, bowiem w tych „najważniejszych dwustronnych relacjach na świecie”, jak się je często określa, ostatnio wyraźnie zawrzało.

Dokładnie w momencie wybuchu drugiej fazy wojny handlowej, 24 września Chiny opublikowały obszerną Białą Księgę (6 rozdziałów, 71 stron) poświęconą stosunkom handlowym z USA, w której zaapelowano o „ducha równości, racjonalności oraz poszukiwania sposobów spotkania się w połowie drogi”. Zarazem jednak obciążono stronę amerykańską wieloma zarzutami, mającymi być powodem obecnej eskalacji, takimi jak unilateralizm, protekcjonizm, promowanie hasła „America First” czy wręcz „gospodarcza hegemonia”.

Amerykanie nie pozostali w tyle. 4 października wiceprezydent Mike Pence wystąpił w renomowanym Instytucie Hudson i zastosował wobec Chin tak twardą retorykę, iż wielu obserwatorów zgodnie uznało to wystąpienie za „prawdziwie zimnowojenne”. Narysował wizerunek państwa będącego zagrożeniem dla wolności i bezpieczeństwa, a nie tylko nieuczciwego handlarza czy złodzieja technologii, którymi to argumentami już od miesięcy szafował na swym Twitterze prezydent Donald Trump.

Zdaniem amerykańskiego wiceprezydenta, Chiny, których PKB „w ostatnich 17 latach wzrósł 9-krotnie”, i to w dużej mierze przy wykorzystaniu amerykańskich inwestycji i technologii, stały się asertywne i pewne swego, a „Pekin używa swej mocy jak nigdy dotąd”. Co gorsza, „prowadzi rozwiniętą i skoordynowaną kampanię na rzecz podważenia zaufania dla prezydenta, naszego programu oraz najcenniejszych ideałów naszego narodu”. A nawet chce wpłynąć („storpedować”) nadchodzące wybory. Dlatego obecna administracja, w przeciwieństwie do poprzednich, zamierza „bronić interesów amerykańskich za pomocą odnowionej siły”, tak militarnej, jak gospodarczej

Made in China 2025

Jakie, poza cłami i ujemnym bilansem handlowym, najważniejsze kwestie znajdują się jeszcze na tej komplikującej się agendzie?

Wydaje się, że wszystkie najważniejsze kwestie znalazły się w wypowiedzi Pence’a, najwyraźniej przygotowanej przez jednego z najważniejszych amerykańskich specjalistów ds. stosunków strategicznych z Chinami, Michaela Pillsbury’ego.

Na plan pierwszy, poza handlem, wysuwa się kwestia ambitnego chińskiego programu modernizacji i innowacji, podnoszenia tamtejszego poziomu technologicznego, jak też „udomowienia go”, tzn. przekazywania w coraz większym stopniu rodzimym producentom. Chodzi o mocno nagłośniony – i zdecydowanie implementowany przez rząd chiński – program „Made in China 2025”.

Amerykanie zorientowali się bowiem, że tracą komparatywne korzyści nie tylko w gospodarce, handlu i finansach, ale też w nowoczesnych technologiach, a sam prezydent Trump kilkakrotnie dawał do zrozumienia, że straty ponoszone przez USA w tej dziedzinie są porównywalne, jeśli nie większe, niż te w handlu (w jednym z  tweetów określił je nawet na „500 mld rocznie”).

Dlatego władze amerykańskie wystąpiły ostatnio z projektem ograniczenia, mocno forsowanego przez Pekin od 2008 r., programu Tysiąca Globalnych Talentów, tzn. przyjmowania u siebie najzdolniejszych wykładowców i ekspertów, szczególnie w naukach ścisłych i nowoczesnych technologiach. Ściągano zarówno swoich obywateli, którzy wyjechali na studia zagraniczne jak obcokrajowców. Gdy niedawno sprawa trafiła do obiegu publicznego, odezwał się dziennik „Global Times”, znany z „jastrzębich” poglądów i traktowany jako tuba chińskich resortów siłowych. Stwierdził w jednym z komentarzy redakcyjnych, które w Chinach zawsze mają największą propagandową wymowę, iż taki krok ze strony USA, to nic innego,  jak „antynaukowe i histeryczne blokowanie wymiany akademickiej”.

Równie ożywiona debata w USA rozwinęła się ostatnio wokół Instytutów Konfucjusza. W jej ramach już wiele amerykańskich uniwersytetów i placówek naukowych działalność tych instytutów ograniczyło, a nowych nie otwierało. Co oczywiście jest kolejnym przedsięwzięciem psującym atmosferę dwustronnych stosunków.

Trzecią dziedziną, obok wszczętej wojny handlowej i otwartego już sporu o dostęp do technologii, są oczywiście kwestie strategiczno-militarne, włącznie z konkurencją w cyberprzestrzeni, na których skupił się w swoim programowym wystąpieniu wiceprezydent Pence. Otwarcie, przy aplauzie sali, zapowiedział przeciwdziałanie chińskim praktykom handlowym (nie mówił tym razem o spekulacjach kursowych waluty) oraz „kradzieży amerykańskiej własności intelektualnej”, a przy tym wskazał na rozwój amerykańskiej strategii objętej terminem Indo-Pacyfiku. W jej ramach postuluje się, wymierzoną w  Chiny, współpracę USA i ich sojuszników w Azji, począwszy od Japonii i Korei Południowej, po Australię czy Indie, a nawet Wietnam czy Filipiny.

Nie będzie to jednak, jak wynika z tych słów, powrót do storpedowanej już na samym progu kadencji prezydenta Trumpa koncepcji Partnerstwa Transpacyficznego (TPP), forsowanego jednak nadal przez Japonię, pozostającą zwolenniczką wolnego handlu. Dojdzie raczej do kształtowania struktur o charakterze militarno-strategicznym.

W obronie sreber

Zapowiada się też zwrócenie nieporównanie większej uwagi na chińskie inwestycje w USA, które w ostatnim okresie – podobnie jak na całym świecie – błyskawicznie rosną, bowiem Chiny posiadają już od poważne nadwyżki kapitałowe.

Nic dziwnego, że tym nowym zjawiskiem władze amerykańskie się nie tylko zaniepokoiły, lecz rozpoczęły działania. W tym celu powołano specjalną instytucję, zwaną CFIUS, czyli Komisję Inwestycji Zagranicznych USA, mającą za zadanie dokładny przegląd chińskich ofert. W efekcie w pierwszej połowie tego roku odnotowano spadek chińskich inwestycji aż o 92 proc. w stosunku do poziomu z roku minionego, do liczby 1,8 mld dolarów. Ogranicza się przede wszystkim, preferowane przez Chińczyków, transakcje na zasadzie fuzji i przejęć, bowiem w wielu amerykańskich mediach pojawił się zarzut, że „Chińczycy wynoszą nam srebra rodowe”.

Chodzi więc o ochronę własnego rynku i producentów, obronę własności intelektualnej i swoich renomowanych marek, jak też o dostęp do najnowocześniejszych technologii. Stąd wniosek, że nie jest to tylko klasyczna wojna handlowa. Mamy już do czynienia z czymś znacznie poważniejszym, co można wręcz uznać za konflikt o prestiż i dominację, a nawet hegemonię na rynkach światowych.

Jak zawsze w takich okolicznościach trudno o prognozy, bowiem obok notowanych tendencji – dziś ograniczających wzajemną wymianę – w grę wchodzą naruszane przez drugą stronę interesy. W ślad za tym podnoszą się emocje, które z reguły są złym doradcą w handlu czy decyzjach strategicznych.

Przebudzenie ekspertów

Przy dalszej eskalacji napięć – cytując chińskiego premiera Li Keqianga – „nie będzie wygranych”. Starcie dwóch gospodarczych kolosów może negatywnie odbić się na sytuacji na całym globie.

W Chinach pojawiają się pełne niepokoju i obaw głosy, co z ich dalszym wzrostem, no i nie dokończoną jeszcze transformacją. Tamtejszy model rozwojowy przesuwa się bowiem z dotychczas ekspansywnego i opartego na eksporcie, na silny rynek wewnętrzny i rozwiniętą klasę średnią. W tym okresie, gdy tyle trudnych „zadań domowych” stoi przed władzami w Pekinie, ani napięcie, ani tym bardziej konflikt z USA nie są Chinom potrzebne, i nie służą ich interesom.

Jednakże obecna ekipa, z asertywnym Xi Jinpingiem na czele, wystąpiła z tak ambitnymi programami, począwszy od dwóch Jedwabnych Szlaków, że obudziła amerykańskich ekspertów, jak wspomniany Michael Pillsbury. Oni z kolei najwyraźniej wpłynęli na waszyngtońskie kręgi decyzyjne. Jeśli do tego dodamy oparty na trzeźwej kalkulacji, a zarazem egoistyczny (lub izolacjonistyczny) sposób myślenia prezydenta Trumpa, są powody do zmartwienia. To na pewno nie jest czas spokoju. Raczej czas powrotu do dwubiegunowości i zimnej wojny.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły