Czas inwestycji branży finansowej w mniejszych miastach

31.10.2018
Mniejsze polskie miasta akademickie są coraz częściej brane pod uwagę jako lokalizacja dużych ośrodków usług branży finansowej - mówi Wiktor Doktór, współtwórca platformy BSS index (Business Support Services) pokazującej napływ nowych inwestycji do Polski.

Mniejsze polskie miasta: Lublin, Bydgoszcz, Kielce, Toruń, Rzeszów, Opole, Białystok mają dziś przed sobą wielką szansę (Adam Kilian, CC BY)


Obserwatorfinansowy.pl: Coraz więcej firm z branży finansowej decyduje się na otwieranie swoich ośrodków usług w Polsce. Polska staje się zagłębiem instytucji finansowych?

Wiktor Doktór: Polska już jest takim zagłębiem, i to od dawna. Ta tendencja zaczęła być widoczna w ostatnich 10-12 latach, choć trwa już dwie dekady. Na europejskiej mapie centrów finansowych cały czas umacniamy swoją pozycję. Widać również ewolucję w samych procesach, które są obsługiwane w Polsce. W latach 2005-2006 większość centrów skupiała się na prostym wprowadzaniu danych do systemu w procesach zarządzania zobowiązaniami czy należnościami. Ostatnie dziesięciolecie wzbogaciło te procesy o prace analityczne zespołów badawczych. To spowodowało, że zaczęły do nas trafiać światowe brandy, jak JP Morgan, Goldman Sachs, State Street, UBS, Standard Chartered, co pokazuje duży potencjał tkwiący w polskich miastach. Na bazie ich pozytywnych doświadczeń wciąż napływają kolejne firmy z tej branży.

Jakie operacje wykonywane są w Polsce? To wciąż nie są te najważniejsze z punktu widzenia instytucji finansowych.

Co bank, to inne procesy realizowane w Polsce. Są to coraz bardziej skomplikowane analizy finansowe. State Street w Gdańsku i Krakowie rozwija dwa duże centra, gdzie wykonywane są analizy danych, które trafiają na strony „Financial Times”. Banki analizują w Polsce procesy prania brudnych pieniędzy. Duże instytucje finansowe mają zazwyczaj kilka dużych centrów ulokowanych w różnych miejscach na świecie, dywersyfikując w ten sposób rozłożenie procesów. Cieszy wzrost zróżnicowania procesów w Polsce oraz ich silny napływ, co powoduje, że posiadanie pojedynczej lokalizacji w naszym kraju to zbyt mało.

Kto przychodzi do Polski?

Zawsze przychodzili i będą w najbliższym czasie przychodzić Amerykanie. To naród, który jest bardzo świadomy, jak zarządza się na odległość. Rośnie zainteresowanie z regionu niemieckojęzycznego. Rynek niemiecki jest bardzo nasycony i znalezienie tam odpowiednich kadr jest wyzwaniem. Rośnie liczba zapytań ze strony niemieckich instytucji finansowych, ale one zwracają ogromną uwagę na znajomość języka niemieckiego. W Polsce znalezienie osób z branży mówiących w języku niemieckim jest wyzwaniem. Gdybyśmy lepiej znali język niemiecki, moglibyśmy świadczyć o wiele więcej usług finansowych dla klienta niemieckiego. Teraz te okazje nam często przechodzą koło nosa. Drugim kierunkiem, który się aktywuje to kraje nordyckie, szczególnie Szwedzi.

Jakie są teraz tendencje w branży?

Przychodzą do nas inwestorzy nie tylko z branży finansowej, ale logistycznej czy motoryzacyjnej. Pojawiają się obecnie mniejsze instytucje lub takie, które na tyle się rozrosły w swoich obecnych lokalizacjach, że jest im tam ciasno. Wielką szansę mają obecnie przed sobą mniejsze polskie miasta, jak Lublin, Bydgoszcz, Kielce, Toruń, Rzeszów, Opole, Białystok. Duże miasta, jak Warszawa, Kraków (europejska stolica outsourcingu), Wrocław czy Gdańsk (a właściwie Trójmiasto) są już bardzo nasycone inwestycjami finansowymi. Teraz przyszedł czas na mniejsze ośrodki akademickie, gdzie są już powierzchnie biurowe. Choć nadal rozwijają się ośrodki średnie, takie jak Łódź, Poznań czy Katowice, które są alternatywą dla tych największych.

Czy automatyzacja procesów nie zahamuje zatrudnienia w centrach usług branży finansowej w Polsce?

Nie w ciągu dekady. Na razie mamy do czynienia ze wzrostem procesów i ich optymalizacją. Rynek usług finansowych jest od zawsze „falujący”. Słyszymy o wielkich zwolnieniach w sektorze bankowym z uwagi na robotyzację, ale dziś nie widzę oznak na rynku, które mogłyby spowodować obawy. Obecnie uaktywnia się nowe procesy lub przesuwa ludzi do nowych działań.

Dlaczego Polska, a nie inne kraje naszego regionu?

Polska nie jest jedyną lokalizacją dla centrów usług finansowych. Zarówno w republikach bałtyckich, jak i w innych krajach europejskich te ośrodki istnieją. Polska obecnie wygrywa tak naprawdę dzięki kilku czynnikom: jesteśmy największym krajem regionu, posiadającym kilka dużych miast – ośrodków akademickich, mamy również kadrę ze znajomością języków obcych. Polska i Rumunia dysponują największymi zasobami takiej kadry zdolnej obsługiwać klienta wielojęzycznego.

W tej chwili wzrasta zainteresowanie instytucji skandynawskich do lokowania w Polsce, a nie, jak do tej pory, w Estonii czy na Łotwie, z uwagi na potencjał i wielkość naszego rynku: to co najmniej 18 dużych ośrodków miejskich z miastami satelickimi, dobrze skomunikowanych z własnymi ośrodkami akademickimi. Jesteśmy już bardzo dojrzałym rynkiem centrów usług wspólnych czy outsourcingu. Dla inwestora zagranicznego, który tu wchodzi, nasz kraj nie jest „strzałem w ciemno”. Banki mają w Polsce centra usług liczące tysiące osób, inne instytucje lokalizują ośrodki zatrudniające najczęściej w przedziale 200-300 osób. Nasycenie rynku pokazuje, że dostępność kadr jest u nas ogromna. W samej Warszawie mamy ponad 100 centrów operacyjnych zatrudniających kilkadziesiąt tysięcy ludzi z branży finansowej. Wejście nowego gracza zatrudniającego 600 osób nie jest zatem problemem.

Nasycenie to oznacza, że pensje muszą wzrastać, a rynek staje się również rynkiem pracownika. Koszty funkcjonowania takich centrów obsługi rosną również.

Absolutnie tak, nie dajmy się oszukać, że Polska jest tanim krajem dla świadczenia usług finansowych. Jednak benefit kosztowy wciąż istnieje. Porównanie wynagrodzeń z branży finansowej w USA, Europe Zachodniej czy krajach nordyckich pokazuje, że nasze pensje wciąż są dużo niższe. Polska nie jest już tanią lokalizacją, ale nadal pozostaje atrakcyjna kosztowo. I będzie przez kilka najbliższych lat. A inwestor, który szuka lokalizacji „low cost” wybierze Chiny, Indie, Filipiny czy Bangladesz. Ukraina ma znaczny benefit kosztowy, ale nie jest w UE, a tym samym brakuje jej elementu zaufania do rynku.

Jeśli chodzi o centra usług finansowych polskich i zagranicznych inwestorów, jakie widzi pan, poza skalą działania, różnice organizacyjne?

Inwestorzy zagraniczni są bardzo świadomi, jak wygląda praca na odległość. Rozumieją mechanizm oddawania procesów na zewnątrz. Nie ma bojaźni przed oddaniem części procesu lub jego całości na zewnątrz. Dynamika jest większa po stronie inwestorów zagranicznych.

Czy centra usług finansowych to dobra inwestycja dla polskiej gospodarki? Mówi się, że są to inwestycje efemeryczne.

Te inwestycje są tak samo dobre, jak inne. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że te inwestycje mogą się w każdej chwili przenieść w tańsze lokalizacje. W ciągu 20 lat z naszego rynku nie było żadnego spektakularnego wyjścia. Poziom kosztów zmienił się diametralnie, a mimo to inwestorzy się nie tylko nie wycofują, ale dalej napływają do nas. Tworzenie centrum usług wspólnych to jest przygotowanie kadry, zainwestowanie dziesiątek milionów złotych, jeśli nie euro. To są długoterminowe umowy najmu, skomplikowane relacje z dostawcami oraz potężne wdrożenia informatyczne. Polska jest postrzegana jako kraj bardzo stabilny. Zawirowania polityczne nie wpływają na decyzje inwestorów branży finansowej. Partie polityczne się zmieniają. Dopóki nie będziemy zagrożeni katastrofą ekonomiczną lub militarną, to Polska będzie atrakcyjnym miejscem dla tego typu inwestycji lub lokalizacją, gdzie szuka się partnerów biznesowych.

Rozmawiała Katarzyna Stańko

Wiktor Doktór – ekspert ds. outsourcingu, prezes fundacji ProProgressio doradzającej polskim miastom i PAIH w kwestii przyciągania inwestorów z branży outsourcingu

 

 

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły