Cztery bariery chińskiego rozwoju

03.02.2019
Liberalny Zachód zastanawia się jak to się stało, że niedemokratyczne, autorytarne Chiny legitymują się sukcesami gospodarczymi. Podkreśla się, że w epoce nowoczesnej znamy tylko dwa udane przykłady podobnej transformacji - w wykonaniu Kemala Atatürka w Turcji oraz Lee Kuan-ew w Singapurze.


Władze Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) nawet nie ukrywają, że ten ostatni przykład biorą sobie za wzór, ale czy im się uda?

George Magnus z renomowanej Szkoły Studiów Orientalnych i Afrykańskich Uniwersytetu w Oksfordzie, wcześniej wpływowy dziennikarz i publicysta ekonomiczny z dużym doświadczeniem z zakresu tematyki chińskiej, jak wielu innych, powątpiewa. W niedawno wydanym tomie „Czerwone flagi. Dlaczego Chiny Xi są narażone na ryzyko” uważa, że obecne Chiny wcale nie mają się tak dobrze, jak się wydaje, są wystawione na poważne wyzwania i stają przed aż czterema poważnymi egzaminami. Chodzi o pułapkę: zadłużenia, demograficzną, walutową oraz określaną w literaturze fachowej jako średniego dochodu (middle-income trap). Autor widzi je następująco.

Zadłużenie

Najmniejsze kontrowersje budzi kwestia długu publicznego i zadłużenia wewnętrznego, stawiana na czele wyzwań również przez ekspertów chińskich, nie tylko zagranicznych. Magnus podaje, powołując się jednak na źródła obce, a nie chińskie, że tamtejszy dług publiczny ostatnio błyskawicznie rośnie – od 255 proc. PKB w połowie 2016 r. do 329 proc. w połowie roku 2018.

Jako uzasadnienie tego stanu rzeczy autor podaje, że co najmniej 35 chińskich banków udziela złych kredytów (szacowanych na 40 proc. ogółu udzielanych przez wszystkie banki) i że w efekcie szybko rośne zadłużenie gospodarstw domowych (z 40 proc. posiadanych przez nie zasobów w roku 2008 do ok. 106 proc. w 2018 r.).

Zbyt dużo niejasności otacza funkcjonowanie wielu banków, które łatwo i na nie do końca przejrzystych zasadach udzielają kredytów nie tylko obywatelom, ale też wielkim konglomeratom i przedsiębiorstwom, jak też – ciągle skorym do nadmiernego inwestowania – władzom regionalnym, nie do końca posłusznym dyrektywom centrali, by ograniczać się w ramach promowanej ostatnio strategii zrównoważonego rozwoju.

Zdaniem autora, ta pułapka polega na tym, że „chińskie władze wcześniej czy później będą musiały dokonać wyboru: być konsekwentne (w ograniczaniu długu) i ryzykować tym samym znaczące spowolnienie wzrostu gospodarczego, czy też nacisnąć raz jeszcze na pedał kredytowy, przesuwając kwestię usuwania nadmiernego długo na później i być może na jeszcze trudniejsze czasy”.

Pieniądz

Zbyt ambitne plany budowy na skróty klasy średniej, mającej być siłą napędową nowego modelu rozwojowego, opartego już nie na eksporcie, lecz na kwitnącym rynku wewnętrznym, przyniosły ze sobą trzy krachy giełdowe latem 2015 i w początkach 2016 r., a Chiny straciły w nich około biliona dolarów. W efekcie, rezerwy walutowe, które zbliżały się już do 4 bilionów, od tamtej pory ustabilizowały się na poziomie 3,2 – 3,3 biliona dolarów.

Owszem, chińską walutę, czyli juana (RMB) wprowadzono do koszyka walutowego MFW, ale jej udział w światowym rynku jest jak dotąd minimalny, na poziomie zaledwie jednego procenta. Chińczycy to wiedzą, dlatego forsują teraz podpisywanie zagranicznych umów właśnie w chińskiej walucie i uciekanie tym samym od ciągle wszędobylskiego dolara, ale – jak argumentuje Magnus – muszą przede wszystkim kłaść większy nacisk na umiędzynarodowienie swego rynku i ułatwienia w dostępie do niego. Albowiem w marcu 2018 r. poziom udziału kapitału obcego na terenie ChRL sięgał zaledwie 1,6 proc. PKB.

I w tym właśnie kierunku władze w Pekinie zdają się teraz zmierzać, czego dowodem są dwie głośne – i bezprecedensowe – umowy z niemieckim koncernem BASF na terenie południowej prowincji Guangdong oraz amerykańską Teslą w Szanghaju, by mogły budować wielkie inwestycje w Chinach ze stuprocentowym udziałem swego kapitału. Tego wcześniej nie było, to jest przełom na dotychczasowej ścieżce transformacji.

„Ucieczką do przodu” jest więc próba jeszcze większej niż dotąd internacjonalizacji chińskiego rynku, co George Magnus postuluje. Powątpiewa natomiast – i to otwarcie – czy chińskie władze są równie zdeterminowane w obniżaniu kursu juana, podobnie jak to zrobiły w lecie 2015 r. pod presją giełdowych krachów. Manipulacje kursem własnej waluty oraz uciekanie przed jej pełną wymienialnością są więc stałym zarzutem Zachodu wobec władz w Pekinie, a autor nie jest pod tym względem odosobniony. W zasadzie powtarza argumenty już wcześniej sformułowane.

Starzenie się

Dla fachowca nie są również oryginalne, choć w tej pracy zdecydowanie lepiej uzasadnione, argumenty dotyczące utraty przez ChRL dotychczasowej dywidendy demograficznej, czyli korzystania z nadmiaru taniej siły roboczej. Tanie Chiny się skończyły. Wiele obcych firm ucieka z outsourcingiem do Wietnamu, Laosu czy Bangladeszu, bowiem bezwzględna eksploatacja szacowanej na nawet 600 mln osób potężnej rezerwy taniej siły roboczej na wsi kończy się, a tradycji ściągania obcych rąk do siebie w Chinach nie było i nie ma.

Coraz mocniej odzywa się też echo głośnej polityki jednego dziecka, zarzuconej w listopadzie 2015 r., która – z powodów kulturowych – zachwiała proporcjami między płciami. Szacuje się, że na 113 – 116 chłopaków przypada zaledwie sto dziewcząt. Część z tych pierwszych nie ma więc szans na ożenek, stąd różne gangi porywające młode dziewczyny w krajach ościennych i obawa, nawet nie ukrywana, co zrobić z tymi singlami.

Równocześnie, także z racji prowadzonej blisko cztery dekady polityki jednego dziecka, która – jak się okazuje i jak wynika z dotychczasowej statystyki – mocno osadziła się w młodym pokoleniu, hedonistycznym i nie chcącym mieć dzieci, chińskie społeczeństwo szybko się starzeje. Pociąga to za sobą kolejne wyzwanie, czy wręcz „pułapkę”, jaką jest konieczność przeznaczania znacznie większych sum niż dotąd na opiekę zdrowotną, renty i emerytury. Chiny przeznaczają na te cele około 2,5 do 4 proc. PKB, podczas gdy przeciętna w państwach OECD to 8 proc. (np. we Włoszech aż 16 proc.).

Innymi słowy, trzeba dbać o to, by przywrócić w społeczeństwie poczucie sprawiedliwości społecznej i zasad państwa socjalnego, mocno w dekadach przyspieszonego wzrostu i reform zachwiane przez takie fenomeny jak uwłaszczenie nomenklatury, korupcja i widoczne gołym okiem rozwarstwienie dochodowe i socjalne. Istota rzeczy polega na tym, że dotąd skupiano się na budowie siły państwa, a teraz trzeba zadbać też o obywatela, by nie spotkać się z kolejnym wybuchem społecznym, takim jak kiedyś na placu Tiananmen, do dziś objętym politycznym i medialnym tabu.

Pułapka średniego dochodu

To problem, który spędza sen z powiek nie tylko obserwatorów zagranicznych, lecz również chińskich ekspertów, a na przykład Justin Yifu Lin, który kiedyś był wiceprezesem Banku Światowego z ramienia Chin, poświęca ostatnio właśnie temu zagadnieniu i problemowi (zdefiniowanemu w jednym ze studiów Banku Światowego w 2005 r. przez Indermita Gila i Homi Kharasa) większość swojej działalności badawczej.

Chodzi o to, jak przejść w miarę bezboleśnie dwa progi dochodowe: pierwszy na poziomie 10-11 tys. dolarów, a następnie 15-16 tys. dolarów. Obywatele ChRL właśnie znajdują się w tym przedziale dochodowym i rodzi się wielkie pytanie, czy przebiją ten szklany sufit i pójdą z dochodami wyżej.

Nie dokona się w Chinach przełomu bez zmiany stylu i metod rządzenia.

Zdaniem autora, nie dokona się tego przełomu bez zmiany stylu i metod rządzenia, a nade wszystko położenia nacisku na takie kwestie, jak gwarantowanie praw własności i niezależności sektora prywatnego, neutralność kontraktów i praw, jak też gwarancje dla neutralności w prowadzonych sporach. Innymi słowy, zbliżamy się do tego, co leżało u podstaw, tak cenionego w ChRL „cudu” w Singapurze: państwa prawnego. Podczas gdy w Chinach ciągle jeszcze dominuje prawo rządzącej partii, a nie reguły prawne i instytucje.

Jak dowodzi Magnus, jeśli Xi Jinping postawi nacisk na ideologię i jeszcze większy niż dotychczas autorytaryzm, w tym, ten w cyfrowym wydaniu, a nie pragmatyzm, jak było w ostatnich dekadach, a wiele na to wskazuje, to Chiny wejdą w okres „jeszcze większych wyzwań i okoliczności znacznie trudniejszych, a politycznie przykrych”.

Kłopoty cesarza

Albowiem coraz bardziej „cesarski” w zachowaniach i odruchach Xi Jinping i jego administracja muszą liczyć się nie tylko z tymi czterema, przez autora uznanymi za kluczowe, wyzwaniami, lecz całą ich paletą. Całkiem nieźle zresztą zdefiniowaną przez Magnusa w końcowych partiach książki, gdy pisze on, iż obecne władze w ChRL muszą radzić sobie z nowymi wyzwaniami i własnymi słabościami, „obejmującymi taki kwestie, jak rosnące uzależnienie od kredytów, nierównowaga w gospodarce i podziale dochodów pomiędzy sektorem prywatnym i publicznym, nierówności dochodowe i regionalne, rosnące koszty edukacji, opieki zdrowotnej, a także ochrony środowiska i dostępu do wody”.

Ten zestaw nie budzi większych kontrowersji, jest na ogół znany, także w Chinach. Dotychczas rządząca tam partia potrafiła zarówno dobrze rozpoznać problemy, jak też nieźle sobie z nimi radzić. Jej zdolność adaptacyjna do nowych wyzwań, wewnętrznych i zewnętrznych, wręcz budziła zazdrość i zdumienie. Czy będzie tak nadal, gdy w kraju postępuje wyraźna centralizacja władzy, monopol państwa rośnie miast maleć, a sektor prywatny jest też podporządkowywany partii i nawet wszechmocny wydawałoby się szef spółki Alibaba, Jack Ma, przyznał się niedawno do partyjnej przynależności?

I co, nie do końca zreformowane Chiny, zrobią pod narastającą presją USA i Zachodu, wywołującego w kontaktach z nimi wojnę handlowa i celną, a także spór o wysokie technologie, czego dowodem są kontrowersje wokół chińskich konglomeratów technologicznych Huawei czy ZTE?

Koncentrujący wielką władzę w swoich rękach i ambitny Xi Jinping zapowiada „wielki renesans chińskiego narodu”. Jednakże wielu autorów z zewnątrz, w tym także wnikliwy wobec chińskich władz, mocno krytyczny Magnus, dostrzega przed Chinami nie tyle zapowiadany przez nie renesans, co mgłę i niepewność. Dopiero czas pokaże, kto miał więcej racji, no i czy Xi Jinping zda postawione przed sobą i państwem trudne egzaminy.

Bo akurat to, że Chiny stanęły właśnie na kolejnym poważnym zakręcie, jak w 1978 r., gdy kończyły z polityczną czy ideologiczną rewolucją, czy w 1992 r., gdy wyciągały – właściwe – wnioski z rozpadu ZSRR, praktycznie dla nikogo nie ulega wątpliwości. Cele nakreślono ambitne i rozpisane na lata, ale sięgnąć po nie będzie łatwo, bowiem paleta wyzwań wewnętrznych niemała, a do tego dochodzą jeszcze presja i wyzwania z zewnątrz, których wcześniej nie było.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły