Dobre wykształcenie przyszłych kadr zależy także od przedsiębiorców

14.05.2012
Jakość wykształcenia zgłaszających się do pracy absolwentów uczelni jest o wiele gorsza niż w świecie i nie przystaje do potrzeb przedsiębiorstw – zagrzmiał niedawno publicznie szef PZU. Nie wspomniał niestety ile kosztuje lepsze wykształcenie i jak wielką część nakładów biorą na siebie sami przedsiębiorcy.

(CC By-NC-SA cseeman)


Andrzej Klesyk, prezes PZU, oczekuje od polskiego szkolnictwa wyższego absolwentów na najwyższym poziomie zaoceanicznym, ze zdolnościami, umiejętnościami i domniemanymi zaletami interpersonalnymi garstki prymusów z Ivy League (Ligi Bluszczowej), tj. grupy 8 wielkich uniwersytetów z północnowschodnich stanów USA. Wbrew dość powszechnej opinii, termin Ivy League jest świeżej daty (1936 r.) i w swym zamyśle nie odnosił się do tradycji akademickiej, lecz do międzyuniwersyteckich rozgrywek futbolu amerykańskiego. A to tylko początek nieporozumień.

Najsłynniejszym członkiem Ligi Bluszczowej jest Harvard. Podczas ostatniej rekrutacji wpłynęła doń rekordowa liczba 34 950 podań o przyjęcie na różne rodzaje studiów. Dostał się co 16. chętny, a zatem 6,2 proc. aplikujących, co czyni nieco ponad 2100 szczęśliwców. Najbardziej obleganą polską uczelnią jest Uniwersytet Warszawski. Wg danych MNiSzW, w roku akademickim 2010/2011 o indeks UW starało się 49,5 tys. osób, a dostało się 8 tysięcy. Nie wiadomo nawiasem, czym tak ważnym zajmuje się to ministerstwo, że nie zdążyło jeszcze opracować statystyk rekrutacyjnych za kończący się właśnie rok 2011/2012.

USA zamieszkuje obecnie ok. 313,5 mln osób, a Polskę ok. 37 milionów. Gdyby uwzględnić proporcje demograficzne to po to, aby dorównać harvardzkiemu standardowi elitarności indeks studenta pierwszego roku UW powinno otrzymać mniej niż 1000 osób. Jest to i tak dla UW szacunek zbyt łaskawy, bowiem proporcja nie obejmuje dużej liczby studentów zagranicznych na Harvardzie – spośród żyjących 323 tys. absolwentów tej uczelni niemal 52 tys. to obcokrajowcy pochodzący z 201 państw świata.

Z tych kilku danych można wyciągnąć mnóstwo wniosków, lecz niemal wszystkie będą fałszywe, a jedyny z całkowitą pewnością prawidłowy brzmi, że nieuprawnione jest porównywanie tzw. jakości absolwentów polskich i najlepszych amerykańskich uczelni bez uwzględnienia obecnego poziomu gospodarczego i cywilizacyjnego Polski.

> czytaj też: Do absolwentów rocznik 2012!

1000 zł miesięcznie za potencjalnego inteligenta

Wydatki polskich uczelni wyższych (publicznych i prywatnych) wynoszą ostatnio ok. 20 mld zł rocznie, w tym środki budżetowe – 10,3 mld zł. Z danych GUS wynika („Szkoły wyższe i ich finanse w 2010 r.”), że roczny koszt kształcenia statystycznego studenta wynosił dwa lata temu 10,6 tys. zł lub 12,3 tys. zł (wyższa kwota obejmuje wszystkie koszty eksploatacyjne, a więc także nakłady na badania naukowe nie związane bezpośrednio z dydaktyką). Można zatem przyjąć, że przeciętny koszt hodowania w Polsce klasy potencjalnych inteligentów to ok. 1000 zł miesięcznie. Koszt nie jest wygórowany, więc nie jest to „tucz” intensywny, a bardziej „zimny wychów”.

Polskie uczelnie nie publikują sprawozdań finansowych, lecz czynią to uniwersytety amerykańskie. Przychód operacyjny Harvardu za rok finansowy 2011 wyniósł 3 miliardy 777 milionów dolarów, a wydatki operacyjne 3,9 mld dolarów. Każde porównanie elitarnych uczelni zagranicznych z polskimi realiami akademickimi powinno być zatem poprzedzone refleksją, że jeden tylko Harvard wydaje co roku na swą działalność więcej niż wynoszą całkowite wydatki budżetowe państwa polskiego na dział pn. „szkolnictwo wyższe”. Liczba osób kształcących się na Harvardzie wynosi obecnie ok. 21 tys. W Polsce w szkołach wyższych było w 2010 r. ponad 1,68 mln studentów.

Koszt roczny przypadający na jednego studenta Harvardu wynosi 185 tys. dolarów, czyli (po zgrubnym przeliczeniu) ok. 50 tys. zł miesięcznie. Nie utrzymałby się ten interes zbyt długo, gdyby za takie pieniądze dostarczał absolwentów niezdolnych podołać wymaganiom np. PZU SA. Dla porządku należy wyjaśnić, że matecznik 44 noblistów nie udaje, że jego powołaniem jest służba publiczna lub inna działalność misyjna. Harvard University to korporacja na czele z prezesem, który autoryzuje słowa swego zastępcy:

„Jesteśmy świadomi odpowiedzialności Uniwersytetu za kontynuowanie poszukiwań bardziej wydajnych i skutecznych sposobów prowadzenia biznesu” (Harvard University Financial Report, Fiscal Year 2011).

Fala troski i krytyki wywołanej efekciarskim wystąpieniem prezesa PZU jest tyleż szlachetna co demagogiczna i woluntarystyczna. Mnóstwo w niej chciejstwa i niemal wcale propozycji rozsądnych rozwiązań. Przede wszystkim postawić trzeba pytanie, czy to dobrze, czy źle, że współczynnik skolaryzacji brutto na poziomie wyższym (proporcja liczby studentów do całkowitej liczby osób w wieku nominalnie określanym jako „studencki”) wynosi w Polsce ponad 50 proc. i wzrósł przez ostatnie 20 lat czterokrotnie. Rozsądna odpowiedź brzmi, że to świetnie z każdego punktu widzenia i nawet niezależnie od ostatecznych efektów kształcenia.

Po dyplomie termin

Każdy kto studiował 30, 40 i 50 lat temu, tj. w czasach gdy wyższe wykształcenie było dobrem bardzo mocno reglamentowanym wie, że poziom absolwentów był wówczas mocno „taki sobie” i stale słychać było o niedosiężnych szczytach przedwojennej matury i profesury, a mimo to nie nastąpił w PRL i RP ogromny kulturowy regres. Z makroekonomicznego punktu widzenia duży stopień skolaryzacji łagodzi bardzo małym kosztem napięcia na rynku pracy, a z drugiej strony stwarza podstawę rozwoju cywilizacyjnego kolejnych pokoleń. Jest bowiem prawidłowością, że latorośle w rodzinach absolwentów zawodówek trafią prędzej do zawodówki właśnie, niż na uniwersytety.

Kto chce ograniczać zakres wykształcenia ogólnego społeczeństwa pod hasłem „lepiej mniej a dobrze”, ten jest na bakier z rzeczywistością. Świat przyspiesza od paru dekad. Im więcej będziemy mieli obywateli, którzy choćby liznęli obowiązku i procedury akademickiej, tym większe szanse, że zdobędą wymagane przez rynek kwalifikacje na kolejnych etapach życia i samokształcenia. W mediach ukazują się narzekania „kadrowców” zwanych nowocześnie „human resources managers”, że absolwenci nie posługują się jak trzeba excelem czy programem SAP.

Spece ci mają najczęściej mleko pod wąsem i nie potrafią sobie wyobrazić, że za lat kilkanaście umiejętność obsługi SAP może się okazać tak potrzebna, jak dziś sztuka rozpalania ognia pod piecem kuchennym. Mnóstwo ludzi zaczęło nagle mylić kursy przysposobienia zawodowego ze studiami. Jednocześnie, mamy dziś istotnie wielki groch z kapustą, bo nie można też odmówić racji tym, którzy dowodzą, że sporo spośród 450-470 działających dziś szkół wyższych nie wygrałoby konkurencji z niegdysiejszymi technikami.

Najczęściej przychodzi nam błądzić w labiryntach problemów i z tego powodu z ogromną nieufnością podchodzić należy do wszystkich propozycji „oczywistych” ocen i rozwiązań. Jest zatem zadaniem szkoły wyższej nauczyć studenta dziejów literatury, zasad i metod budowy domu i mostu, leczenia przeziębienia i opatrywania ran, czy sporządzenia planu marketingowego albo rachunku cash-flow.

Wymaganie jednak, aby absolwent politechniki zaraz po absolutorium brał się za budowę tunelu pod Bałtykiem, świeżo upieczony polonista wiódł natychmiast prym wśród krytyków literatury, lekarz świeżo po dyplomie konsultował najtrudniejsze przypadki, a magister ekonomii dołączał z marszu do najlepszych pracowników i ekspertów tak świetnej firmy jak PZU jest grubym nieporozumieniem. Jego racjonalne jądro bardzo łatwo wyłuszczyć.

W ukrytym tle jest oczekiwanie, że biedne uczelnie zdejmą z przedsiębiorstw istotną część kosztów odchowywania sobie pracowników i kadry menedżerskiej. Ponieważ połowa środków do dyspozycji szkół wyższych pochodzi z budżetu państwa, chodzi de facto o natężenie subsydiowania gospodarki z podatków i/lub większy wkład własny potencjalnych pracowników (w formie wyższego udziału osobistego w kosztach wykształcenia) na wejściu do firmy.

Nie ma takiej szkoły, która przygotuje każdego do natychmiastowej pracy w każdej firmie i na każdym stanowisku, chyba że pracodawca poszukuje wyłącznie chwytaka do myszki komputerowej. To w pierwszych miejscach pracy nabywa się umiejętności i doświadczeń na prastarej zasadzie terminowania.

Co robi biznes

Nie da się zaprzeczyć, że dobrze by było, gdybyśmy byli w stanie przeznaczać na szkolnictwo wyższe kilka razy więcej pieniędzy niż obecnie. Nie stać nas na to, bowiem marnotrawimy ogromne środki na babranie się z podstawową infrastrukturą transportową, na zmagania ze złym prawem, na borykanie się ze skandalicznie niewydolnym sądownictwem, na skutki politycznego i urzędniczego kunktatorstwa.

Z drugiej strony należy bardzo wątpić w pozytywne efekty prób podwyższania jakości kształcenia poprzez reglamentowanie liczby studiujących i powiększanie tym samym przeciętnej kwoty wydatków przypadających na statystycznego studenta. Równie naiwne jest oczekiwanie, że zauważalne skutki przyniosłoby manewrowanie kosztami, podniesienie wymagań wobec kadry akademickiej i parę innych działań z elementarza restrukturyzacji.

Przyklaskiwać trzeba każdym przemyślanym próbom poprawy efektywności działalności akademickiej, lecz przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że to tylko zaklęcia na tej zasadzie na jakiej nie da się przekształcić samymi tylko metodami restrukturyzacyjnymi np. FSO na Żeraniu w czołowego wytwórcę samochodów.

Lektura sprawozdania finansowego Harvardu dostarcza mnóstwo dołującej wiedzy. Suma bilansowa tej korporacji wyniosła przed rokiem (stan na 30 czerwca 2011 r.) 61,2 mld dolarów. Dla porównania – suma bilansowa największej polskiej firmy tj. PKN Orlen wynosi ok. 17,3 mld dolarów, czyli nie sięga nawet jednej trzeciej tej sumy. Pomimo kosmicznego dystansu dzielącego polskie szkolnictwo wyższe od jednego tylko Harvardu można tam jednak szukać przykładu do naśladowania. Harvard stoi swoim Endowment, czyli funduszem, na który przekazywane są niemal wszystkie darowizny, donacje, spadki zapisywane na rzecz tego uniwersytetu. Endowment to kapitał pracujący. Na bieżące potrzeby finansowe uczelni przeznaczane są wyłącznie odsetki od tego kapitału i to nie wszystkie, a jedynie 5-5,5 proc. rocznie wartości Endowment rocznie.

Rok temu Endowment Harvardu miał wartość 32 mld dolarów. Na fundusz składały się głównie akcje, obligacje, nieruchomości, inwestycje w surowce. Jednoroczny zwrot z tych inwestycji wyniósł 21,4 proc. Zwrot długookresowy (20-letni) – 12,9 proc. średniorocznie. Endowment to największe źródło pokrycia przychodów – 32 proc. Na drugim miejscu jest sponsoring federalny i prywatny (23 proc.), a na trzecim czesne (20 proc.). Na Endowment złożyły się pieniądze i inne aktywa przekazywane uniwersytetowi przez 375 lat przez firmy, wdzięcznych absolwentów i ich rodziny, a także pragnących uznania nuworyszy fundujących wydziały, katedry i profesury.

Według NBP, łączne zyski sektora polskich przedsiębiorstw wyniosły w 2011 r. 104 mld zł, przy czym masa zysku firm rentownych była większa, bowiem kwota 104 mld zł stanowi saldo zysków oraz strat. Jeśli polskie firmy oczekują mądrzejszych i lepiej przygotowanych absolwentów, to najlepiej jeśli wezmą część tego zadania w swoje ręce. Raporty polskich gigantów biznesu pełne są często pustych frazesów o społecznej odpowiedzialności biznesu. Listkiem figowym są najczęściej fundacje, których najpoważniejszym wydatkiem są symboliczne w skali działalności fundatorów nagrody za najlepszy doktorat, czy magisterium, albo rzucone na odczepnego datki na biedne i/lub chore dzieci.

Druga najstarsza amerykańska szkoła biznesu działa w University of Chicago. Do 2008 r. wydział ten nosił nazwę Chicago Graduate School of Business (graduate oznacza w amerykańskiej terminologii studia magisterskie; undergraduate – licencjackie). Zmienił to wdzięczny absolwent David Booth, który podarował jej wtedy 300 mln dolarów, co jest największą darowizną typu endowment w historii USA. Od tej pory wydział nosi nazwę University of Chicago Booth School of Business.

W ramach Grupy PZU działa Fundacja PZU. Największy polski ubezpieczyciel (aktywa ponad 50 mld zł, zysk netto ponad 2,3 mld zł) postanowił w swej szczodrobliwości przeznaczyć za jej pośrednictwem w 2012 r. aż 1,4 mln zł na wsparcie maluczkich. Po 700 tys. zł (maksymalnie) w konkursach na „Rozwijanie Aktywności Społecznej Niepełnosprawnych Dzieci i Młodzieży” i na „Wzbogacanie Oferty Edukacyjnej na Terenach Wiejskich i w Małych Miastach”. Dech zatyka z wrażenia na tę niespotykaną hojność.

Przykładów intensywnego wspierania szkolnictwa wyższego przez biznes jest w świecie dziesiątki tysięcy. PZU nie musi od razu brać przykładu z pana Booth, zwłaszcza że to nieco inna liga (Dimensional Fund Advisors współzałożony przez D. Bootha miał w końcu 2010 r. w zarządzie ponad 200 mld dolarów), choć z drugiej strony p. Booth też zaczął skromnie darowując w 1997 r wraz z żoną 10 mln dolarów na wsparcie budowy kampusu tej uczelni.

Na początek i dobry przykład dla innych wystarczyłby tzw. Endowed Chair (Professorship), czyli fundowana profesura, a więc środki na zatrudnienie dobrego profesora z kraju lub zagranicy w jakiejś polskiej uczelni.

Jan Cipiur


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test