Ile pieniędzy można jeszcze wydrukować

31.08.2011
Można drukować pieniądze, ogromne ich ilości, i nie wyrządzić gospodarce krzywdy. Ciekawe, że wiele osób uważa to proste stwierdzenie niemal za grzech śmiertelny i kłamstwo nie do wybaczenia. A może po prostu ekonomia znalazła się dziś w czasach przedkopernikańskich? A ekonomiści przypominają magów zastanawiających się, czy Ziemia jest płaska?

(CC BY-NC-SA Sigalakos)


Pulpit
Debata
Finanse publiczne
Ile pieniędzy mozna jeszcze wydrukować
Można drukować pieniądze, ogromne ich ilości, i nie wyrządzić gospodarce krzywdy. Ciekawe, że wiele osób uważa to proste stwierdzenie niemal za grzech śmiertelny i kłamstwo nie do wybaczenia. A może po prostu ekonomia znazła się dziś w czasach przedkopernikańskich? A ekonomiści przypominają magów zastanawiających się, czy Ziemia jest płaska?
Powyższe stwierdzenie jest pewnego rodzaju prowokacją. Drukujmy pieniądz! Dlaczego nie? Próba zastanowienia się nad tym pytaniem jest o tyle aktualna, że rosną nadzieje, iż amerykański bank centralny wprowadzi trzeci od 2008 r. program tzw. luzowania ilościowego, czyli elektronicznego dodruku pieniądza. Liczba zwolenników i przeciwników takiego rozwiązania jest zapewne zbliżona, a obie strony oskarżają się o brak zrozumienia dla mechanizmów gospodarczych. Czy można zatem drukować pieniądz?
Jeden z autorów „Obserwatora Finansowego“ Jan Cipiur stwierdził, że wyjaśnienie ostatniego złamania aktywności gospodarczej na świecie jest dość proste: „Władze uznawały, że konieczne są bodźce fiskalne i ilościowe luzowanie. Te dwa określenia to eufemizmy na określenie powiększania zwałów państwowych długów publicznych, które w końcu przekształcają się w monstrualne wysypiska finansowych śmieci“. (Zadłużenie: krótka historia długiej nieodpowiedzialności http://www.obserwatorfinansowy.pl/2011/08/26/zadluzenie-publiczne-historia-splata/?k=finanse-publiczne
Czyli biedniejemy ponieważ amerykański rząd zdecydował o zwiększeniu deficytu budżetowego, a amerykański bank centralny o dodruku pieniądza. Gdyby tego nie zrobili, kryzys finansowy z 2008 r. byłby już tylko wspomnieniem w czasach prosperity.
Ten artykuł nie rozstrzygnie, czy to prawda, czy też fałsz. Nie odpowie również na pytanie, czy drukowanie pieniędzy to grzech, czy cnota. Pokaże jedynie, że istnieją solidne argumenty przemawiające za tym, że drukowanie pieniądza może być w pewnych warunkach skutecznym sposobem stabilizacji gospodarki. Ale skoro tyle osób jest przeciwnych takiemu działaniu, to równocześnie nasuwa się pytanie: czy nasza wiedza o gospodarce nie jest przypadkiem kulawa?
Kiedy włączyć prasy drukarskie
Argument przeciw drukowaniu pieniądza jest stary jak sam pieniądz. Zwiększenie ilości pieniądza w gospodarce nie może doprowadzić do zwiększenia ilości dóbr i usług, dlatego muszą wzrosnąć ich ceny. Współcześnie można powiedzieć, że nawet jeżeli nie wzrosną ceny dóbr i usług, to wzrosną ceny surowców i innych aktywów – a to przełoży się na inflację.
Taka jest też linia krytyki w stosunku do polityki Fed prowadzonej od 2008 r., która polega na zwiększeniu bazy monetarnej USA. Krytycy twierdzą, że doprowadziła ona do spadku ceny dolara, wzrostu cen ropy i zwiększenia się napięć na światowych rynkach finansowych. A dla realnej gospodarki był z tego marny pożytek.
Czy rzeczywiście? W 2002 r. obecny szef Fed Ben Bernanke wygłosił dość pamiętne przemówienie, w którym opisywał, że bank centralny może drukować pieniądz w celu … uniknięcia deflacji. Wskazywał on, że deflacja może być zjawiskiem dla gospodarki wyjątkowo niebezpiecznym, gdyż zwiększa realną wartość zadłużenia w okresie, kiedy potrzebne jest pobudzenie popytu wewnętrznego.
Kluczowy dla zrozumienia programu drukowania dolarów jest zatem fakt, że jego celem było uniknięcie deflacji w Stanach Zjednoczonych. Czy to się udało? Wystarczy spojrzeć na wskaźnik cen konsumentów. Latem 2010 r., kiedy wprowadzano tzw. luzowanie ilościowe II, wskaźnik ten spadał, sugerując rosnące ryzyko deflacji. Obecnie wskaźnik ten rośnie. A zatem krytycy Fed powinni najpierw wziąć pod uwagę, jaki bank miał cel i dopiero skonfrontować fakty z założeniami. Stanom Zjednoczonym jak na razie udało się uniknąć deflacji. Nie oznacza to, że drukowanie pieniędzy zakończyło się pełnym sukcesem. Jest to jednak argument, który krytycy Fed powinni bardziej wziąć pod rozwagę.
Drukowanie pieniędzy jest zatem sposobem na poluzowanie polityki pieniężnej w momencie, kiedy nominalne stopy banku centralnego osiągnęły poziom zero, a realne stopy rosną ze względu na ryzyko spadku cen. Przyznawał to nawet Milton Friedman, guru monetarystów. W dość znanym wywiadzie, jakiego udzielił w 2000 r., powiedział na temat Japonii: „Mogą [Bank Japonii] kupować długoterminowe obligacji rządowe i powodować w ten sposób wzrost bazy monetarnej, aż do momentu, kiedy baza monetarna nie przełoży się na wzrost gospodarczy“.
Co to jest baza monetarna? To pieniądz gotówkowy w obiegu oraz rezerwy banków komercyjnych w banku centralnym. Jej wzrost może być silnym impulsem rozbudzającym akcję kredytową. Jednak może ona również rosnąć przez długi okres nie wywołując zwiększenia podaży pieniądza w gospodarce jeżeli banki nie zaczną udzielać kredytów. Taka sytuacja występuje w Stanach Zjednoczonych. Fed kupuje papiery wartościowe zwiększając rezerwy banków komercyjnych u siebie, ale te rezerwy jak dotąd nie wpłynęły na zwiększoną akcję kredytową i zwiększoną podaż pieniądza. Obecny wzrost podaży pieniądza M2 (najczęściej używana miara w USA) jest niewiele wyższy niż długookresowy trend (choć w ostatnim miesiącu przyspieszył znacząco).
Ten sam Friedman trzydzieści lat wcześniej pisał w swojej słynnej książce „Monetarna historia Stanów Zjednoczonych“, że w latach 30. XX wieku Fed nie zapewnił odpowiedniego wzrostu bazy monetarnej, co było jedną z przyczyn tak głębokiego kryzysu gospodarczego. Nie można zatem wykluczyć hipotezy, że Wielki Kryzys z lat 2008-2009 przerodziłby się w Wielką Depresję II gdyby Ben Bernanke i kierowany przez niego Fed nie rozpoczęli procesu powiększania bazy monetarnej. To kolejna kwestia, o której krytycy amerykańskiego banku centralnego powinni pamiętać. Myślenie kontrfaktyczne, oparte na przypuszczeniu „co by było gdyby…“, powinno być stałym narzędziem w rękach ekonomistów i pasjonatów ekonomii.
Surowce zdrożały, ale dlaczego?
Nie do końca poparty solidnymi faktami jest również argument, że luzowanie ilościowe przełożyło się na wzrost cen surowców. Opisywany przez niektórych mechanizm, wedle którego masa wydrukowanych amerykańskich dolarów krąży po świecie i jest inwestowana na rynkach surowcowych, jest nieprawdziwy. Jak wspomniałem powyżej, luzowanie ilościowe nie przekłożyło się dotąd na nadzwyczajny wzrost podaży pieniądza.
Jeżeli w jakikolwiek sposób polityka Fed mogła przełożyć się na rynek surowców to poprzez niskie stopy procentowe. Inwestorzy posiadając dostęp do taniego finansowania mogli – teoretycznie – pożyczać tanio w dolarach i inwestować z mniejszym ryzykiem na różnych rynkach. Utrzymywanie przez Fed niskich stóp procentowych na całej długości krzywej dochodowości zmieniło wycenę ryzyka i zmusiło wielu inwestorów do poszukiwania bardziej dochodowych aktywów.
Żeby jednak potwiedzić tę hipotezę należałoby udowodnić, że zmiany cen surowców są silnie związane z poziomem bazy monetarnej w USA oraz poziomem stóp procentowych papierów skarbowych tego kraju. A nie jest to takie proste, a możliwe wręcz, że nie da się znaleźć takiego dowodu, gdyż… sugerowana zależność nie istnieje. To prawda, że w ostatnich latach istniała silna zbieżność między bazą monetarną w USA i cenami surowców. Jednak w tym samym okresie gospodarki wschodzące, czyli np. Chiny, doświadczały bardzo silnego wzrostu PKB, graniczącego z przegrzaniem. I to również był czynnik wpływający na skok cen surowców. Naturalnie zwiększona płynność i niskie stopy procentowe mogły potęgować pewne efekty, jednak wątpliwe wydaje się założenie, że luzowanie ilościowe jest samo w sobie kluczową przyczyną rozmaitych anomailii cenowych.
Nie można drukować w nieskończoność
Wszystkie powyższe argumenty nie są bynajmniej nawoływaniem do uruchomienia na pełną skalę pras drukarskich, które zalałyby świat pieniądzem. Kluczowy argument przeciwników Fed, iż gospodarka nie jest w stanie się szybciej rozwijać jedynie za sprawą większej podaży środka płatniczego – czyli pieniądza – jest argumentem nie do podważenia. Co więcej, argument wskazujący, że wysokie ceny surowców nie zostały wywołane przez Fed, nie jest nie do pokonania, gdyż – jak wspomniałem – posiadamy zbyt mało danych, aby móc dyskutować na ten temat.
Wreszcie, wiadomo, że pieniądza nie można drukować w nieskończoność, nawet elektronicznie. Pieniądz nie zacznie krążyć w gospodarce, dopóki nie zostanie odbudowane zaufanie do niej, dopóki konsumenci nie będą chcieli więcej wydawać, a firmy inwestować. Gdy zaś zacznie krążyć, czyli podaż pieniądza zacznie rosnąć, Fed może mieć problem z zacieśnianiem polityki pieniężnej. Jeżeli uczyni to zbyt szybko, zdusi gospodarkę, jeżeli zbyt późno – doprowadzi do wybuchu inflacji. Dylemat ten jest niby stary jak świat, ale przy tak potężnym wzroście bazy monetarnej może być jeszcze trudniejszy do rozwikłania.
Są jednak dwie bardzo ważne konkluzje z tych rozważań. Po pierwsze, istnieją warunki, w których dodruk pieniądza, czyli zwiększenie bazy monetarnej, wydaje się zachowaniem optymalnym. Do takich warunków należą: ryzyko deflacji oraz zerowe stopy procentowe banku centralnego. Fed nie podejmie się luzowania ilościowego III dopóki nad Stanami Zjednoczonymi nie pojawi się widmo spadku cen. Po drugie, pierwsze stwierdzenie jest bardzo subiektywne i narażone na ostrą krytykę, co wskazuje, jak głębokie są podziały w świecie ekonomii. Ekonomiści wypracowali konsensus co do tego, jak bank centralny powinien prowadzić politykę pieniężną w spokojnych czasach. Jednak brak jest takiego konsensusu w kwestii reakcji na załamania gospodarcze.
To prowadzi do przekonania, że ekonomia jest głęboko w lesie. Dysputy ekonomistów wzbudzają w ludziach równie dużą niepewność jak niemoc polityczna rządów w USA i Europie, tak często przywoływana jako jedna z przyczyn ostatniego załamania na rynkach finansowych. Jeżeli różni prominentni ekonomiści i publicyści twierdzą, że proponowane przez przeciwników rozwiązania są prostą ścieżką do katastrofy, to trudno, żeby ludzie uwierzyli, iż przyszłość może kształtować się w jaśniejszych barwach niż obecnie.
Ignacy Morawski
Autor jest publicystą, ekonomistą Polskiego Banku Przedsiębiorczości

Powyższe stwierdzenie jest pewnego rodzaju prowokacją. Drukujmy pieniądz! Dlaczego nie? Próba zastanowienia się nad tym pytaniem jest o tyle aktualna, że rosną nadzieje, iż amerykański bank centralny wprowadzi trzeci od 2008 r. program tzw. luzowania ilościowego, czyli elektronicznego dodruku pieniądza. Liczba zwolenników i przeciwników takiego rozwiązania jest zapewne zbliżona, a obie strony oskarżają się o brak zrozumienia dla mechanizmów gospodarczych. Czy można zatem drukować pieniądz?

Jeden z autorów „Obserwatora Finansowego“ Jan Cipiur stwierdził, że wyjaśnienie ostatniego złamania aktywności gospodarczej na świecie jest dość proste: „Władze uznawały, że konieczne są bodźce fiskalne i ilościowe luzowanie. Te dwa określenia to eufemizmy na określenie powiększania zwałów państwowych długów publicznych, które w końcu przekształcają się w monstrualne wysypiska finansowych śmieci“. (Czytaj też: Zadłużenie – krótka historia długiej nieodpowiedzialności).

Czyli biedniejemy ponieważ amerykański rząd zdecydował o zwiększeniu deficytu budżetowego, a amerykański bank centralny o dodruku pieniądza. Gdyby tego nie zrobili, kryzys finansowy z 2008 r. byłby już tylko wspomnieniem w czasach prosperity.

Ten artykuł nie rozstrzygnie, czy to prawda, czy też fałsz. Nie odpowie również na pytanie, czy drukowanie pieniędzy to grzech, czy cnota. Pokaże jedynie, że istnieją solidne argumenty przemawiające za tym, że drukowanie pieniądza może być w pewnych warunkach skutecznym sposobem stabilizacji gospodarki. Ale skoro tyle osób jest przeciwnych takiemu działaniu, to równocześnie nasuwa się pytanie: czy nasza wiedza o gospodarce nie jest przypadkiem kulawa?

Kiedy włączyć prasy drukarskie

Argument przeciw drukowaniu pieniądza jest stary jak sam pieniądz. Zwiększenie ilości pieniądza w gospodarce nie może doprowadzić do zwiększenia ilości dóbr i usług, dlatego muszą wzrosnąć ich ceny. Współcześnie można powiedzieć, że nawet jeżeli nie wzrosną ceny dóbr i usług, to wzrosną ceny surowców i innych aktywów – a to przełoży się na inflację.

Taka jest też linia krytyki w stosunku do polityki Fed prowadzonej od 2008 r., która polega na zwiększeniu bazy monetarnej USA. Krytycy twierdzą, że doprowadziła ona do spadku ceny dolara, wzrostu cen ropy i zwiększenia się napięć na światowych rynkach finansowych. A dla realnej gospodarki był z tego marny pożytek.

Czy rzeczywiście? W 2002 r. obecny szef Fed Ben Bernanke wygłosił dość pamiętne przemówienie, w którym opisywał, że bank centralny może drukować pieniądz w celu … uniknięcia deflacji. Wskazywał on, że deflacja może być zjawiskiem dla gospodarki wyjątkowo niebezpiecznym, gdyż zwiększa realną wartość zadłużenia w okresie, kiedy potrzebne jest pobudzenie popytu wewnętrznego.

Kluczowy dla zrozumienia programu drukowania dolarów jest zatem fakt, że jego celem było uniknięcie deflacji w Stanach Zjednoczonych. Czy to się udało? Wystarczy spojrzeć na wskaźnik cen konsumentów. Latem 2010 r., kiedy wprowadzano tzw. luzowanie ilościowe II, wskaźnik ten spadał, sugerując rosnące ryzyko deflacji. Obecnie wskaźnik ten rośnie. A zatem krytycy Fed powinni najpierw wziąć pod uwagę, jaki bank miał cel i dopiero skonfrontować fakty z założeniami. Stanom Zjednoczonym jak na razie udało się uniknąć deflacji. Nie oznacza to, że drukowanie pieniędzy zakończyło się pełnym sukcesem. Jest to jednak argument, który krytycy Fed powinni bardziej wziąć pod rozwagę.

Drukowanie pieniędzy jest zatem sposobem na poluzowanie polityki pieniężnej w momencie, kiedy nominalne stopy banku centralnego osiągnęły poziom zero, a realne stopy rosną ze względu na ryzyko spadku cen. Przyznawał to nawet Milton Friedman, guru monetarystów. W dość znanym wywiadzie, jakiego udzielił w 2000 r., powiedział na temat Japonii: „Mogą [Bank Japonii] kupować długoterminowe obligacji rządowe i powodować w ten sposób wzrost bazy monetarnej, aż do momentu, kiedy baza monetarna nie przełoży się na wzrost gospodarczy“.

Co to jest baza monetarna? To pieniądz gotówkowy w obiegu oraz rezerwy banków komercyjnych w banku centralnym. Jej wzrost może być silnym impulsem rozbudzającym akcję kredytową. Jednak może ona również rosnąć przez długi okres nie wywołując zwiększenia podaży pieniądza w gospodarce jeżeli banki nie zaczną udzielać kredytów. Taka sytuacja występuje w Stanach Zjednoczonych. Fed kupuje papiery wartościowe zwiększając rezerwy banków komercyjnych u siebie, ale te rezerwy jak dotąd nie wpłynęły na zwiększoną akcję kredytową i zwiększoną podaż pieniądza. Obecny wzrost podaży pieniądza M2 (najczęściej używana miara w USA) jest niewiele wyższy niż długookresowy trend (choć w ostatnim miesiącu przyspieszył znacząco).

Ten sam Friedman trzydzieści lat wcześniej pisał w swojej słynnej książce „Monetarna historia Stanów Zjednoczonych“, że w latach 30. XX wieku Fed nie zapewnił odpowiedniego wzrostu bazy monetarnej, co było jedną z przyczyn tak głębokiego kryzysu gospodarczego. Nie można zatem wykluczyć hipotezy, że Wielki Kryzys z lat 2008-2009 przerodziłby się w Wielką Depresję II gdyby Ben Bernanke i kierowany przez niego Fed nie rozpoczęli procesu powiększania bazy monetarnej. To kolejna kwestia, o której krytycy amerykańskiego banku centralnego powinni pamiętać. Myślenie kontrfaktyczne, oparte na przypuszczeniu „co by było gdyby…“, powinno być stałym narzędziem w rękach ekonomistów i pasjonatów ekonomii.

Surowce zdrożały, ale dlaczego?

Nie do końca poparty solidnymi faktami jest również argument, że luzowanie ilościowe przełożyło się na wzrost cen surowców. Opisywany przez niektórych mechanizm, wedle którego masa wydrukowanych amerykańskich dolarów krąży po świecie i jest inwestowana na rynkach surowcowych, jest nieprawdziwy. Jak wspomniałem powyżej, luzowanie ilościowe nie przekłożyło się dotąd na nadzwyczajny wzrost podaży pieniądza.

Jeżeli w jakikolwiek sposób polityka Fed mogła przełożyć się na rynek surowców to poprzez niskie stopy procentowe. Inwestorzy posiadając dostęp do taniego finansowania mogli – teoretycznie – pożyczać tanio w dolarach i inwestować z mniejszym ryzykiem na różnych rynkach. Utrzymywanie przez Fed niskich stóp procentowych na całej długości krzywej dochodowości zmieniło wycenę ryzyka i zmusiło wielu inwestorów do poszukiwania bardziej dochodowych aktywów.

Żeby jednak potwiedzić tę hipotezę należałoby udowodnić, że zmiany cen surowców są silnie związane z poziomem bazy monetarnej w USA oraz poziomem stóp procentowych papierów skarbowych tego kraju. A nie jest to takie proste, a możliwe wręcz, że nie da się znaleźć takiego dowodu, gdyż… sugerowana zależność nie istnieje. To prawda, że w ostatnich latach istniała silna zbieżność między bazą monetarną w USA i cenami surowców. Jednak w tym samym okresie gospodarki wschodzące, czyli np. Chiny, doświadczały bardzo silnego wzrostu PKB, graniczącego z przegrzaniem. I to również był czynnik wpływający na skok cen surowców. Naturalnie zwiększona płynność i niskie stopy procentowe mogły potęgować pewne efekty, jednak wątpliwe wydaje się założenie, że luzowanie ilościowe jest samo w sobie kluczową przyczyną rozmaitych anomailii cenowych.

Nie można drukować w nieskończoność

Wszystkie powyższe argumenty nie są bynajmniej nawoływaniem do uruchomienia na pełną skalę pras drukarskich, które zalałyby świat pieniądzem. Kluczowy argument przeciwników Fed, iż gospodarka nie jest w stanie się szybciej rozwijać jedynie za sprawą większej podaży środka płatniczego – czyli pieniądza – jest argumentem nie do podważenia. Co więcej, argument wskazujący, że wysokie ceny surowców nie zostały wywołane przez Fed, nie jest nie do pokonania, gdyż – jak wspomniałem – posiadamy zbyt mało danych, aby móc dyskutować na ten temat.

Wreszcie, wiadomo, że pieniądza nie można drukować w nieskończoność, nawet elektronicznie. Pieniądz nie zacznie krążyć w gospodarce, dopóki nie zostanie odbudowane zaufanie do niej, dopóki konsumenci nie będą chcieli więcej wydawać, a firmy inwestować. Gdy zaś zacznie krążyć, czyli podaż pieniądza zacznie rosnąć, Fed może mieć problem z zacieśnianiem polityki pieniężnej. Jeżeli uczyni to zbyt szybko, zdusi gospodarkę, jeżeli zbyt późno – doprowadzi do wybuchu inflacji. Dylemat ten jest niby stary jak świat, ale przy tak potężnym wzroście bazy monetarnej może być jeszcze trudniejszy do rozwikłania.

Są jednak dwie bardzo ważne konkluzje z tych rozważań. Po pierwsze, istnieją warunki, w których dodruk pieniądza, czyli zwiększenie bazy monetarnej, wydaje się zachowaniem optymalnym. Do takich warunków należą: ryzyko deflacji oraz zerowe stopy procentowe banku centralnego. Fed nie podejmie się luzowania ilościowego III dopóki nad Stanami Zjednoczonymi nie pojawi się widmo spadku cen. Po drugie, pierwsze stwierdzenie jest bardzo subiektywne i narażone na ostrą krytykę, co wskazuje, jak głębokie są podziały w świecie ekonomii. Ekonomiści wypracowali konsensus co do tego, jak bank centralny powinien prowadzić politykę pieniężną w spokojnych czasach. Jednak brak jest takiego konsensusu w kwestii reakcji na załamania gospodarcze.

To prowadzi do przekonania, że ekonomia jest głęboko w lesie. Dysputy ekonomistów wzbudzają w ludziach równie dużą niepewność jak niemoc polityczna rządów w USA i Europie, tak często przywoływana jako jedna z przyczyn ostatniego załamania na rynkach finansowych. Jeżeli różni prominentni ekonomiści i publicyści twierdzą, że proponowane przez przeciwników rozwiązania są prostą ścieżką do katastrofy, to trudno, żeby ludzie uwierzyli, iż przyszłość może kształtować się w jaśniejszych barwach niż obecnie.

Autor jest publicystą, ekonomistą Polskiego Banku Przedsiębiorczości


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test