Duch kreatywnej destrukcji uleciał z kapitalizmu amerykańskiego

10.02.2019
Burzenie starego porządku biznesowego i budowanie nowego – w tym przez dekady przedsiębiorcy amerykańscy byli świetni. Już nie są uważają Alan GreenspanAdrian Wooldridge, autorzy książki „Capitalism in America: A History”.


Alan Greenspan, były szef FED ocenia, że przedsiębiorcy amerykańscy stracili wiele ze swej przebojowości. Jeśli dodamy do tego za dużą biurokrację, mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego znaczenie USA na gospodarczej mapie świata maleje.

Wioska w Alpach, jest rok 1620. Chińscy posłowie w jedwabnych szatach, angielscy arystokraci w zdobionych kaftanach, tureccy uczeni w kolorowych turbanach i wiele innych barwnych postaci przybywa, by debatować, jaki kraj stanie się największą gospodarką świata w nadchodzących stuleciach. Chińczycy wskazują, że Pekin ma już milion mieszkańców i będzie kołem zamachowym gospodarki Państwa Środka. Turcy przekonują, że Imperium Osmańskie skorzysta zarówno na bliskości bogatego wiedzą świata arabskiego, jak i rozwijającej się Europy. Hiszpanie wskazują, że mają najlepszy dostęp do metali szlachetnych dzięki podbojowi Ameryki Południowej. Brytyjczycy uważają, że nowoczesne instytucje polityczne i potężna flota zapewnią im dominację na dekady, a może i stulecia.

Jeszcze w 1871 roku cała dzielnica Chicago mogła spłonąć, bo krowa kopnęła w latarnię miejską, w której źródłem światła była świeca, a większość domów w mieście była z drewna i słomy. Ale już w 1910 roku wszystkie największe miasta w USA miały oświetlenie elektryczne.

Gdzieś w kącie siedzi cicho młody wysłannik, który przybył z Ameryki Północnej. Nie śmie się odzywać, bo jego kontynent wówczas jest właściwie białą plamą na mapie świata. W Nowej Anglii czy Wirginii mieszka trochę emigrantów ze Starego Kontynentu, ale uskarżają się na liczne niedogodności związane z życiem w Nowym Świecie. PKB Ameryki Północnej w 1620 roku jest śmiesznie mały, porównywalny do PKB średniej wielkości miasta niemieckiego.

Dziś USA – zamieszkiwane przez 5 proc. ludności świata – wytwarzają 25 proc. globalnego PKB. Trudno jednak mieć pretensje do amerykańskiego młodzieńca, że na alpejskim zebraniu w 1620 roku milczał.

Od takiego obrazu zaczyna się niezwykle ciekawa książka „Capitalism in America: A History” (Penguin Press 2018) pióra Alana Greenspana i Adriana Wooldridge’a. Tego pierwszego przedstawiać nie trzeba – to były wieloletni szef FED (Rezerwy Federalnej). Wooldridge to redaktor i felietonista brytyjskiego tygodnika „The Economist”. Autorzy połączyli siły, by zaprezentować swoją wizję historii kapitalizmu w Ameryce Północnej.

Topór w Europie ścinał głowy arystokratów, w Ameryce był symbolem witalnej siły i życia w harmonii z przyrodą, a także rozwoju gospodarczego.

Wizja Greenspana i Wooldridge’a jest oczywiście subiektywna, skupiona głównie na okresie od połowy XIX wieku do początku XX wieku. Ich zdaniem właśnie lata 1870-1910 zdecydowały o ukształtowaniu się potęgi gospodarczej USA. Przypominają, że jeszcze w 1871 roku cała dzielnica Chicago mogła spłonąć, bo krowa kopnęła w latarnię miejską, w której źródłem światła była świeca, a większość domów w mieście była z drewna i słomy. Ale już w 1910 roku wszystkie największe miasta w USA miały oświetlenie elektryczne.

Autorzy „Capitalism in America” podkreślają, że Ameryka miała wiele szczęścia, a jej potęga jest wynikiem działania różnych czynników. Wzięła ona to co najlepsze z angielskich tradycji prawnych i instytucjonalnych, doprawiając to solidnie oświeceniowym liberalizmem i prawami jednostki (szczególnie ważne w kontekście rozwoju gospodarki były prawa majątkowe). Na kontynent ten napłynęli pracowici i odważni protestanci, charakteryzujący się dobrą etyką pracy i chęcią zbudowania za wszelką cenę czegoś nowego i wielkiego. W Ameryce zaczęto szanować przedsiębiorców tak bardzo, jak na Starym Kontynencie naukowców czy arystokratów. Poza tym USA były pierwszym dużym krajem, który powstawał niemal od zera w epoce wielkich rewolucji przemysłowych – i potrafiły to wykorzystać.

Za jedne z najważniejszych wynalazków, które napędziły gospodarkę amerykańską, Greenspan i Wooldridge uznają telegraf (a nie np. telefon), który usprawnił komunikację biznesową (i rozruszał rynki kapitałowe), oraz windę (a nie np. samochód), która umożliwiła błyskawiczny rozwój wielkich miast.

Tutaj dochodzimy do sedna przesłania, które zawiera książka Greenspana i Wooldridge’a. Spoiwem dla tych wszystkich czynników – składających się na olbrzymi sukces gospodarczy USA – była zdolność przedsiębiorców amerykańskich do dokonywania tzw. destrukcji kreatywnej, wskazują Greenspan i Wooldridge. Chodzi oczywiście o ten sam proces, który opisał Joseph Schumpeter w książce „Kapitalizm, socjalizm i demokracja” (1942). Dzieło „Capitalism in America” to w dużej mierze pean na cześć takich postaci, jak John Pierpont Morgan, John D. Rockefeller, Henry Ford, Charles Goodyear czy Andrew Carnegie. Według Greenspana i Wooldridge’a to te jednostki – posiadające dar burzenia starego i tworzenia nowego ładu i nowych rozwiązań w biznesie – napędzały wielką machinę gospodarczą USA.

To właśnie tych ludzi, niszczących i budujących jednocześnie, opiewał Walt Whitman w wierszu „Song of the Broad-Axe” („Pieśń o toporze”). Topór w Europie ścinał głowy arystokratów, w Ameryce był symbolem witalnej siły i życia w harmonii z przyrodą, a także rozwoju gospodarczego. Greenspan i Wooldridge cytują fragment:

The axe leaps!

The solid forest gives fluid utterances,

They tumble forth, they rise and form,

Hut, tent, landing, survey,

Flail, plough, pick, crowbar, spade,

Shingle, rail, prop, wainscot, jamb, lath, panel, gable…

Nie tylko prężni przedsiębiorcy, ale także wielcy wynalazcy – tacy jak Thomas Edison – mieli swój znakomity udział w sukcesie USA. Za jedne z najważniejszych wynalazków, które napędziły gospodarkę amerykańską, Greenspan i Wooldridge uznają telegraf (a nie np. telefon), który usprawnił komunikację biznesową (i rozruszał rynki kapitałowe), oraz windę (a nie np. samochód), która umożliwiła błyskawiczny rozwój wielkich miast.

Zdaniem Greenspana i Wooldridge’a współczesnej Ameryce brakuje takich postaci. Brakuje jej ducha amerykańskiego kapitalizmu, który jest odważny i potrafi burzyć, by potem zbudować coś zupełnie nowego. Brakuje jej werwy – nie tylko elitom, ale też zwykłym Amerykanom, których mobilność i przeciętna długość trwania życia się zmniejsza. To wcale nie błędy w polityce pieniężnej FED, zachłanność bankierów czy konkurencja ze strony Chin sprawiają, że pozycja USA na mapie gospodarczej świata słabnie, ale właśnie niedostatek nowych Fordów, Edisonów i Carnegiech. Bill Gates czy Elon Musk to za mało – zdają się mówić autorzy „Capitalism in America”. Nie ma za bardzo kogo opiewać w poematach.

Zarówno Harding, jak i Coolidge byli zwolennikami obniżania podatków, a zatrudnienie w administracji w czasie ich rządów spadało.

Autorzy wskazują jeszcze jedną piętę Achillesową współczesnej Ameryki: system finansowy, który ich zdaniem został poważnie osłabiony w wyniku kryzysu z lat 2007-09. Nie zrobiono niemal nic – w wymiarze instytucjonalnym i prawnym – aby go wzmocnić. „Ameryka ma problem z jakością polityki gospodarczej. Sama zamknęła się w klatce złych regulacji. Z klatki można jednak uciec, wystarczy mieć odpowiednie klucze do zamka. Ameryka gdzieś ma te klucze, tylko pytanie czy starczy jej politycznej odwagi, by po nie sięgnąć” – podsumowują Greenspan i Wooldridge.

Dzieło byłego szefa FED i redaktora „The Economist” zadziwia klarownością przekazu. Jest nasycone ciekawymi danymi, które autorzy zapewne zbierali z wielkim wysiłkiem. Z ich książki możemy się na przykład dowiedzieć, że w latach 1818 w USA było 338 banków o aktywach rzędu 160 mln dol., a w 1914 roku już 27 864 banki mające 27,3 mld dol. aktywów. Możemy też podziwiać wykresy pokazujące zmiany cen niewolników z danych kategorii wiekowych na przestrzeni kilku dekad (cena młodego zdrowego męskiego niewolnika urosła z 520 dol. w 1800 roku do 1 800 dol. w 1860 roku). Greenspan i Wooldridge nie omieszkali przypomnieć, że historia gospodarcza południowych stanów USA ma swoją bardzo ciemną kartę – i opisali ją z dużą dbałością o szczegóły. Zwrócili na przykład uwagę, że 93 proc. patentów, jakie pojawiły się w USA w latach 1790-1860, zostało zgłoszonych w tzw. wolnych stanach północnych (połowa – w Nowej Anglii). Czyli niewolnictwo spowalniało rozwój stanów południowych…

Warto także powiedzieć o tym, czego nie ma w książce. Otóż nie ma w niej zbyt dużo o roli Rezerwy Federalnej w kontekście największych kryzysów, jakie dotykały USA (lata 30 XX wieku i lata 2007-09). Nie ma także nic o roli w historii gospodarki amerykańskiej samego Greenspana, który przecież przyznał się przed Senatem do współodpowiedzialności za kryzys na rynku nieruchomości. Nie ma także zbyt wiele o roli prezydentów czy generalnie rządu federalnego w kształtowaniu (wciąż) najpotężniejszej gospodarki świata.

Może z małym wyjątkiem. Jest pochwała rządu minimalnego. Przywołane są postaci prezydentów Warrena Hardinga i Calvina Coolidge’a, którzy pracowitością nie grzeszyli. Harding uwielbiał grywać w pokera i golfa. Z kolei Coolidge szczycił się w wywiadach prasowych tym, że prowadzi zdrowy tryb życia, czyli pracuje maksimum 4 godziny dziennie, a przesypia 11 godzin. Te postawy wynikały nie tylko z charakterów, ale i z koncepcji sprawowania władzy. Zarówno Harding, jak i Coolidge byli zwolennikami obniżania podatków, a zatrudnienie w administracji w czasie ich rządów spadało. „Człowiek, który buduje fabrykę, wznosi tak naprawdę świątynię. Ludzie którzy w niej pracują, w niej się także modlą” – mówił Coolidge.

92-letni Alan Greenspan postanowił pod koniec życia wskazać, w czym według niego tkwi największy problem współczesnej Ameryki. Nie jest to problem błahy. Prawo da się zmienić błyskawicznie, instytucje w kilka lat. Ducha przedsiębiorczego kapitalizmu, który burzy by potem odbudowywać w nowej formie, łatwo wskrzesić się nie da.

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test