Dyktatura zamiast latających taksówek

03.09.2017
Rządy Orbana i Erdogana oraz duża popularność Marine Le Pen nie są przyczynami kryzysu demokracji liberalnej. To symptomy odwrotu od niej. Odwrotu, który postępuje na skutek rozczarowania klasy średniej jakością życia – wskazuje w swojej najnowszej książce Edward Luce, felietonista Financial Times.


Pekin, Ankara, Kair, Budapeszt, Caracas, Moskwa. Coraz więcej jest stolic, w których w pałacach prezydenckich i rządowych rezydencjach zasiada człowiek sprawujący autorytarną lub na poły autorytarną władzę. Przybyło takich stolic w ostatnich kilkunastu latach. To świetny dowód na to, że historia nie skończyła się po upadku muru berlińskiego – wskazuje Edward Luce, felietonista Financial Times w swojej najnowszej publikacji „The Retreat of Western Liberalism” („Odwrót zachodniego liberalizmu”, Atlantic Monthly Press 2017).

Chwila moment, to nie jest odkrywcza teza – zauważy ktoś. I będzie miał rację. O tym, że nie będzie „końca historii” rozumianego jako upowszechnienie się demokracji liberalnej (jak chciał tego Francis Fukuyama), wiadomo nie od dziś. Mimo to z kilku powodów warto sięgnąć po książkę Luce’a.

Po pierwsze, Luce stawia inną mocną tezę i dosyć zgrabnie jej broni. Otóż według niego poparcie dla demokracji liberalnej słabnie głównie ze względu na to, że w krajach Zachodu rośnie grono rozczarowanych poziomem życia. Chodzi tu głównie o klasę średnią. Luce wskazuje, że obecny model kapitalizmu i aktualna faza globalizacji (która, nie zapominajmy, tak naprawdę jest procesem powolnie toczącym się od zarania dziejów) stworzyły sytuację, w której zyskują głównie najbogatsi. Poprawia się nieco także tym najbiedniejszym. Tymczasem ta część społeczeństwa, która w USA czy krajach Unii Europejskiej jest najbardziej liczna, czyli klasa średnia, przestała odczuwać poprawę warunków życia. To potem widać przy urnach wyborczych.

Luce wskazuje, że w niemal wszystkich krajach Zachodu przeciętne zarobki klasy średniej stanęły w miejscu albo nawet spadły. Przypomina, że całkiem niedawno miał miejsce kryzys finansowy, który wyrządził spore szkody domowym budżetom. W USA spauperyzowanych przedstawicieli klasy średniej nazywa się „squeezed middle” („wyciśnięty środek”), w Wielkiej Brytanii „left-behinds” („zostawieni w tyle”), a we Francji „couches moyennes” (co można przetłumaczyć jako „ci, co mają tylko na pieluchy”).

Poza tym jakość życia klasy średniej nie poprawia się już tak skokowo jak w latach 1950-1980. Mówiąc z przymrużeniem oka: przedstawiciele klasy średniej liczyli na pojawienie się latających taksówek, a tymczasem stoją w potężnych korkach i tracą cenne godziny na dojazdach do pracy. W dodatku okolice, w których mieszkają „left-behinds”, coraz częściej zmieniają się w „slumburbia” (czyli slumsowate przedmieścia).

Zdaniem autora książki „The Retreat of Western Liberalism” jest więc coraz mniej “kleju”, który spajał zachodnie systemy polityczne, który łączył demokrację i liberalizm. A będzie tylko gorzej – zwraca uwagę Luce. „Automatyzacja i robotyzacja, pojawienie się sztucznej inteligencji – to wywoła coś w rodzaju kolejnej rewolucji przemysłowej. Na razie ta rewolucja raczkuje. Gdy nabierze rozpędu, wielu zostanie bez pracy” – dostrzega felietonista Financial Times.

W dodatku coraz bardziej skutecznymi narzędziami propagandy dysponują takie kraje niedemokratyczne jak Chiny i Rosja. Luce zauważa, że w coraz większej liczbie hoteli na całym świecie dostępne są telewizje nadawane z tych krajów, a coraz częściej brakuje np. kanałów amerykańskich.

Autor niejako przy okazji przypomina, że kraje takie jak Chiny czy Indie, rosnąc w siłę, po prostu wracają na swoje miejsce. W ciągu ostatnich 150 lat odgrywały one marginalną rolę na mapie gospodarczej i politycznej świata, ale wcześniej było inaczej. W końcu Chiny dały światu wiele ważnych wynalazków, takich jak proch i papier, a do początku XIX wieku odgrywały kluczową rolę w azjatyckiej geopolityce.

Niezwykle ciekawym spostrzeżeniem Luce’a jest to, że niezadowolenie społeczne narasta, mimo że obiektywnie rzecz biorąc, żyjemy w prawdopodobnie najlepszym i najspokojniejszym czasie, jaki kiedykolwiek zaistniał na Ziemi. Jest relatywnie mało wojen, zdecydowana większa część ludzkości żyje w pokoju. „Jesteśmy też w zdecydowanie lepszej sytuacji niż pokolenia naszych dziadków czy pradziadków. Królowa Wiktoria oddałaby wiele, by mieć dostęp do tak dobrej opieki medycznej, jaką ma w tej chwili przeciętny obywatel Wielkiej Brytanii. Andrew Carnegie zapłaciłby majątek za to, by móc korzystać z tak wielkiej biblioteki i bazy danych, jaką jest internet – który jest w zasięgi ręki większości społeczeństwa amerykańskiego za darmo lub za skromną opłatą” – zwraca uwagę Edward Luce.

Swoją cegiełkę do osłabiania liberalnej demokracji, zdaniem Luce’a, dokładają najbogatsi, którzy cierpią na zbiorową oikofobię, czyli niechęć do sąsiadów, do rodaków. To prowadzi do tego, że odgradzają się od reszty społeczeństwa tak bardzo jak nigdy w historii. Ogrodzone wysokim murem i strzeżone osiedla apartamentowców – oto najbardziej widoczny objaw oikofobii.

Jakby tego wszystkiego było mało, badania wskazują, że pokolenie tzw. millenialsów – czyli ludzi urodzonych mniej więcej w latach 1982-1995 – ma bardzo swobodne podejście do tego, w jakim ustroju żyje. „Obecnie na Zachodzie jedna szósta millenialsów uważa, że rządy autorytarne byłyby dobre. W połowie lat 90. XX wieku sądziło tak tylko około 6 proc. ankietowanych w wieku 20-35 lat” – wskazuje Edward Luce.

Felietonista Financial Times zauważa, że społeczeństwa coraz częściej i coraz bardziej powszechnie używają do komunikacji tzw. mediów społecznościowych. To powoduje, że władza nie jest w stanie przewidywać trendów, kontrolować (rozładowywać) ludzkich emocji. Według Luce’a oznacza to, że emocje, chaos i przypadek będą odgrywać coraz większą rolę w polityce – a to nie wróży dobrze ani demokracji, ani dobrze pojmowanemu porządkowi społecznemu.

„Nie obawiam się Donalda Trumpa, tak jak nie boję się jesieni. Boję się zimy, czyli tego, kto może przyjść po nim” – kończy swoją książkę Luce. Tu dochodzimy do największej chyba wady tej publikacji. Uprzedzenie autora do Trumpa wylewa się z niemal każdej stronicy. „Trump jest bezpośrednim zagrożeniem dla wartości amerykańskich” – takie zdanie można znaleźć w książce. Autor nie wyjaśnia jednak klarownie, na jakiej podstawie tak twierdzi. Posuwa się nawet do zbudowania scenariusza typu political fiction, w którym Trump doprowadza do zaognienia stosunków na linii USA – Chiny, co niemalże kończy się III wojną światową. Na szczęście z pomocą przychodzi najlepszy przyjaciel Trumpa, Władimir Putin, który rozładowuje napięcie… Antytrumpowe skrzywienie dosyć mocno zakłóca odbiór „The Retreat of Western Liberalism”.

Oczywiście z autorem można się nie zgadzać i w innych kwestiach, nie tylko w postrzeganiu obecnego prezydenta USA. Na przykład weźmy wątek wpływu robotyzacji na rynek pracy. Luce zakłada, że ten wpływ będzie negatywny. Zapewne przez chwilę tak będzie. Ale przecież wraz z epoką inteligentnych maszyn pojawią się zawody w tej chwili nieznane. Czy jeszcze 40 lat temu ktoś przypuszczał, że na przykład w sektorze produkcji gier komputerowych będą pracowały setki tysięcy osób?

Zasadniczo „The Retreat of Western Liberalism” jest książką godną polecenia. Na pewno zmusza do myślenia. Na pewno zauważa kilka ciekawych trendów. Na pewno jest ważnym głosem na temat powiązań ekonomii z polityką, z którym powinien się zapoznać każdy ekonomista, politolog czy dziennikarz. Nie trzeba jej pokochać, ale warto ją przeczytać.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły