Ebola przypomina o nierównościach

20.11.2014
Kryzys, jaki spowodowały zachorowania na ebolę, ponownie przypomina nam o negatywnej stronie globalizacji. Większa niż kiedykolwiek łatwość przenikania przez granice dotyczy bowiem nie tylko spraw dobrych - jak zasady sprawiedliwości społecznej i równości płci - ale i wręcz koszmarnych.


Kryzys ten przypomina nam również o znaczeniu państwa oraz społeczeństwa obywatelskiego. Gdy chodzi o kontrolę rozprzestrzeniania się choroby takiej, jak ebola, nie idziemy z tym do sektora prywatnego. Zwracamy się raczej do konkretnych instytucji – w Stanach Zjednoczonych do Ośrodków Kontroli i Zapobiegania Chorobom (Centers form Disease Control and Prevention, CDC), do Światowej Ogranizacji Zdrowia (WHO) i do Lekarzy bez Granic, godnej szacunku grupie lekarzy i pielęgniarek, którzy ryzykują własnym życiem, żeby ratować życie innych, mieszkańców biednych krajów na całym świecie.

W obliczu takiego kryzysu, jak wywołany przez ebolę, do organizacji tych zwracają się nawet prawicowi fanatycy, którzy chcą rozmontować instytucje państwowe. Rozwiązywanie takich kryzysów nie wychodzi może rządom najlepiej, ale jednym z powodów, że nie działają one tak dobrze, jak byśmy oczekiwali, jest to, że odpowiednie agencje na szczeblu krajowym i globalnych są przez nas niedofinansowane.

Z przypadku eboli wypływają dalsze nauki. Gwałtowne rozprzestrzenienie się tej choroby w Liberii i Sierra Leone wynika z faktu, iż obydwa te kraje są rozdarte wojną, duża część ich ludności jest niedożywiona, a system opieki zdrowotnej – zdewastowany.

Ponadto sektor prywatny pełni tu wprawdzie rolę zasadniczą – opracowuje i rozwija szczepionki – ale nie wykazuje chęci przeznaczania swoich zasobów na badania nad chorobami, które dotykają biedaków czy krajów ubogich. Dostateczny bodziec do zainwestowania w szczepionki na choroby takie jak ebola pojawia się dopiero wtedy, gdy są nimi zagrożone kraje rozwinięte.

Nie krytykuję tu bynajmniej sektora prywatnego: w końcu firmy farmaceutyczne nie zajmują się tym biznesem z dobroci serca, a na zapobieganie czy leczenie chorób dotykających biednych nie ma pieniędzy. Kryzys wywołany przez ebolę podaje w wątpliwość raczej fakt, że polegamy na sektorze prywatnym w sprawach, które najlepiej rozwiązuje państwo. Wygląda przecież na to, że przy większym finansowaniu publicznym szczepionka przeciw eboli mogłoby być wynaleziona przed laty.

Szczególna uwagę w tej dziedzinie zwracają porażki Stanów Zjednoczonych. Dochodzi do tego, że niektóre kraje afrykańskie traktują przybyszów z USA ze specjalną ostrożnością. Odzwierciedla to zresztą problem bardziej zasadniczy: że zawodzi amerykański – w większość prywatny – system opieki zdrowotnej.

To prawda, że właśnie w USA są przodujące w świecie szpitale, uczelnie badawcze oraz najnowocześniejsze ośrodki medyczne. Choć jednak Stany Zjednoczone na opiekę medyczną wydają (w przeliczeniu per capita) większy procent PKB niż jakikolwiek kraj, ich osiągnięcia zdrowotne są naprawdę rozczarowujące.

Dalsze oczekiwane trwanie życia amerykańskiego mężczyzny jest w momencie urodzenia najkrótsze ze wszystkich 17 krajów o wysokich dochodach – o prawie cztery lata krótsze niż w Szwajcarii, Australii i Japonii. W przypadku kobiet USA znalazły się na drugim miejscu od końca – oczekiwane trwanie życia jest o ponad 5 lat krótsze niż w Japonii.

Inne mierniki zdrowotności są równie rozczarowujące: z danych wynika, że Amerykanie przez całe swoje życie charakteryzują się marnym zdrowiem. W dodatku co najmniej od trzech dekad ta sytuacja się pogarsza.

Na to, że USA „odstają” pod względem zdrowotności, składa się wiele czynników, które zresztą stanowią naukę dla wielu krajów. Zacznijmy od tego, że istotne znaczenie ma dostęp do leków. USA należą do tych nielicznych krajów rozwiniętych, które nie uznają tego dostępu za podstawowe prawo człowieka i w stopniu większym niż inne polegają na sektorze prywatnym. Nie ma się więc co dziwić, że wielu Amerykanów nie dostaje potrzebnych im lekarstw. Choć Ustawa o Ochronie Pacjenta i Dostępnej Opiece Zdrowotnej (Patient Protection and Affordable Care Act czyli Obamacare) poprawia sytuację, zasięg ubezpieczeń zdrowotnych jest wciąż mały, a prawie połowa z pięćdziesięciu stanów USA odmawia rozszerzenia Medicaid – programu finansowania opieki zdrowotnej dla ubogich Amerykanów.

Ponadto USA mają jeden z najwyższych wśród krajów rozwiniętych wskaźników ubóstwa dzieci (było to szczególnie uderzające przed posunięciami oszczędnościowymi, które w kilku krajach europejskich doprowadziły do drastycznego wzrostu ubóstwa), a występujące w dzieciństwie braki w odżywianiu i opiece zdrowotnej odbijają się przez całe życie. Poza tym USA mają największy wśród krajów rozwiniętych wskaźnik zgonów z przyczyn gwałtownych – do czego przyczyniają się amerykańskie przepisy o prawie do broni – a uzależnienie od samochodów jest źródłem wysokiego wskaźnika śmiertelnych wypadków drogowych.

Dla tego zdrowotnego zapóźnienia USA istotne znacznie mają również nadmierne nierówności, zwłaszcza w połączeniu ze wspomnianymi wyżej czynnikami. Skoro jest więcej ubóstwa, więcej ubóstwa w okresie dzieciństwa, skoro więcej ludzi nie ma dostępu do opieki zdrowotnej, do przyzwoitego mieszkania oraz wykształcenia i skoro więcej ludzi nie stać na wyżywienie (często spożywają oni tanie jedzenie, powodujące otyłość), to nic dziwnego, że USA mają złe wyniki zdrowotności.

Słabsze niż w innych krajach osiągnięcia dotyczą w USA także osób, które mają wyższe dochody oraz ubezpieczenie zdrowotne. Być może i to wiąże się z większym niż w innych krajach rozwiniętych zakresem nierówności. Stan zdrowia ma, jak wiadomo, związek ze stresem. Usiłujący wspiąć się po drabinie sukcesu znają konsekwencje porażki. W USA odległość między szczeblami tej drabiny jest większa niż wszędzie indziej, a droga z dołu do góry – dłuższa. Oznacza to zwiększony niepokój, co przekłada się na gorsze zdrowie.

Dobre zdrowie to uśmiech losu. Jeśli jednak chodzi o wyniki zdrowotności, ogromnie dużo zależy od tego, jaka jest w poszczególnych krajach struktura systemu opieki zdrowotnej i struktura społeczna. Stany Zjednoczone i świat płacą wysoką cenę za nadmierne poleganie na siłach rynku i za zwracanie niedostatecznej uwagi na wartości bardziej ogólne, w tym na równość i sprawiedliwość społeczną.

 

Joseph Stiglitz, laureat ekonomicznej nagrody Nobla, jest profesorem w Columbia University. Jego najnowsza książka, napisana wspólnie z Bruce Greenwaldem, nosi tytuł: „Creating a Learning Society: A New Approach to Growth, Development and Social Progress” [Tworzenie społeczeństwa uczącego się: Nowe podejście do wzrostu, rozwoju oraz postępu społecznego].

 

© Project Syndicate

www.project-syndicate.org

 

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test