• Marcin Chmielowski

Ekonomia ludowa

01.12.2017
Pomiędzy naukowym myśleniem o ekonomii a wiedzą przeciętnej osoby podejmującej decyzje ekonomiczne wyłania się spora przestrzeń. Wypełnia ją treść, którą można nazwać ekonomią ludową.

(CC0 Pixabay)


Ekonomia ludowa (folk economics) to zestaw potocznych wyobrażeń o tym, jak funkcjonują realia gospodarowania ograniczoną ilością zasobów. Jest to intuicyjny sposób myślenia, przez Paula H. Rubina, autora publikacji na ten temat, określany jako naiwny. Ekonomia ludowa nie wynika ze studiów, przyjęcia jako dobrych pewnych teorii ekonomicznych i odrzucenia innych. Nie polega na przeprowadzeniu badań i wyciągnięciu z nich wniosków. Nie jest też systematyczna i nie jest w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania, jakie stawia przed działającą jednostką rzeczywistość ekonomiczna.

Tym, co łączy ją z ekonomią rozumianą jako nauka jest próba odpowiedzi, uzyskania jakiejś wiedzy, dlaczego zjawiska ekonomiczne przebiegają w taki, a nie inny sposób. Ekonomię ludową można więc porównać do przednaukowych prób zrozumienia rzeczywistości społecznej jako takiej – czyli do wiedzy potocznej zamkniętej w porzekadłach i przysłowiach. I podobnie, jak socjologia jako nauka pokazuje ograniczoną przydatność „zdrowego rozsądku” do refleksji nad zjawiskami społecznymi, tak samo ekonomia naukowa pozwala na wykazanie błędów w myśleniu schematami ekonomii ludowej.

Skąd się wzięła ekonomia ludowa

Jest ona odbiciem budowy ludzkiego mózgu i istniejących w nim ośrodków odpowiedzialnych za rozumienie otaczającego nas świata. Tyle że te ośrodki kształtowały się w czasach, kiedy rzeczywistość społeczna – i co za tym idzie także ekonomiczna – były zupełnie inne niż dzisiejsze. Wyobrażenia, intuicje i przekonania ekonomiczne ludzi niemających za sobą doświadczeń z refleksją nad ekonomią jako nauką nie wzięły się bowiem z niczego. Są one odbiciem czasów, kiedy człowiek kształtował się jako odrębny gatunek i odpowiadają realiom sprzed rewolucji neolitycznej, czyli uwarunkowaniom, w jakiś żyły grupy zbieracko-łowieckie. Dlatego właśnie ekonomia ludowa nie jest odbiciem żadnej teorii naukowej, nie jest wyuczona – jest niejako dana.

Rubin porównuje różnicę pomiędzy ekonomią ludową a naukową do umiejętności mówienia i pisania. Każdy człowiek ma naturalną predyspozycję do nauki mówienia i jeśli będzie przebywał wśród innych mówiących ludzi, słuchał ich rozmów – sam też nauczy się mówić. To dla niego bezwiedny proces. Nauka pisania nie jest jednak naturalna, trzeba najpierw skonstruować pismo, które musi wyewoluować z prostszych znaków, a sam proces jego poznawania nie przychodzi bez wysiłku – potrzeba chęci do tego, aby nauczyć się pisać. Podobnie ma być, zdaniem Rubina, z ekonomią ludową i ekonomią jako nauką.

Brak kapitału, praktycznie żaden, bo wynikający tylko z różnicy płci i wieku, podział pracy, zerowy wzrost gospodarczy i brak postępu technologicznego – w takich warunkach formowali się ludzie jako gatunek. Mobilny tryb życia wymuszał posiadanie tylko lekkich, możliwych do udźwignięcia, narzędzi. Niewielki rozmiar grupy, od dwudziestu pięciu do stu pięćdziesięciu członków, nie mógł sprzyjać podziałowi pracy i specjalizacji. To blokowało rozwój, tak gospodarczy, jak i technologiczny.

Specjalizacje pojawiły się dopiero wraz z początkiem osiadłego trybu życia, kiedy to ludzie mieli szansę na uzyskanie możliwej do przechowywania nadwyżki dóbr. Osiadły tryb życia oznaczał też koniec egalitarnej struktury, gdzie wszyscy mieli co prawda właściwie nic, ale jednocześnie – każdy tyle samo. Był to też początek hierarchii nie tylko społecznej, ale też ekonomicznej. W hordach wszyscy byli równie biedni, wraz z osiadłym trybem życia zaczęło się to zmieniać.

Oczywiście, ówczesny ład ekonomiczny grup zbieracko-łowieckich przedstawiał też jakieś podobieństwa z naszym ładem. Na pewno najważniejszym z nich były wymiany. Odbywały się jednak one na innych zasadach, oczywiście bez użycia pieniędzy; wymieniano towary. Ale też w niewielkim gronie, wśród jednostek, które się dobrze znały i przeważnie były ze sobą spokrewnione. Dodatkowo, wymiany łowców-zbieraczy były często formami wynagradzania poprzednich wymian, formą przysługi. Jak pisze antropolog Ted C. Lewellen, główną relacją ekonomiczną w hordach zbieracko-łowieckich była wzajemność. I to na niej opierało się bardzo proste życie ekonomiczne wspólnoty.

Pierwotna potrzeba patrzenia na ręce innym, wymusiła bardzo istotne przystosowanie: ludzie bardzo dobrze radzą sobie wtedy, kiedy starają się nie zostać oszukanymi.

Innym punktem stycznym była praca zespołowa. Polowania na grubą zwierzynę a następnie oprawianie zdobyczy wymuszały jakąś współpracę. I to właśnie wtedy pojawił się problem gapowicza, jednostki, która nie chcąc „sfinansować” dobra wspólnego, w tym przypadku wyprawy łowieckiej, chce jednocześnie korzystać z dobrodziejstw, jakie ta może dać. „Finansowanie” to oczywiście poniesienie ryzyka związanego z przedsięwzięciem, narażenie się na cios i ryzyko ran lub śmierci.

Te pierwotne elementy, wzajemność wymiany i potrzeba patrzenia na ręce innym, wymusiły bardzo istotne przystosowanie: ludzie nieźle lub nawet bardzo dobrze radzą sobie wtedy, kiedy starają się nie zostać oszukanymi. Potrafią koncentrować się na własnym interesie i unikać sytuacji, w których musieliby ponieść koszty za kogoś innego.

Ekonomia ludowa w XXI wieku

W jaki sposób wedle ekonomii ludowej działa dzisiejsza rzeczywistość? Przede wszystkim jest to świat statyczny. Suma pracy możliwej do wykonania jest cały czas taka sama, a to znaczy, że jeżeli ktoś znajduje zatrudnienie, to musiał je komuś odebrać. Wartość dóbr i usług jest z góry określona i intuicyjnie można rozpoznać, co jest „sprawiedliwą ceną” a co nie. Współpraca z obcymi jest co najmniej wątpliwa – liczy się przede wszystkim najbliższa wspólnota, w stosunku do której powinno się mieć szczególne względy, zwłaszcza finansowe.

Bogaci są podejrzani. Skoro w statycznym świecie nie występował praktycznie żaden wzrost gospodarczy, to ktoś, kto ma wyraźniej więcej od innych ma to ich kosztem. Podobnie jest z pośrednikami. Jak wskazuje ekonomista Toban Wiebe, uprzedzenia względem nich biorą się ze względu na przekonanie o stałej wartości dóbr. Pośrednik, który przecież nie dodaje żadnej fizycznej wartości do dobra oferowanego na wymianę musi być, wedle logiki ekonomii ludowej, wyzyskiwaczem.

Ekonomia ludowa jako pewien sposób myślenia jest niejako dana – nie trzeba się jej specjalnie uczyć. Występuje w każdej kulturze i jest odporna na krytykę. Co gorsza, na jej podbudowie mogą powstawać teorie ekonomiczne, których naukowa krytyka a następnie obalenie wcale nie będzie oznaczało „śmierci” sfalsyfikowanej teorii.

Rubin podaje tu przykład marksizmu, który pomimo w pełni negatywnej weryfikacji nadal funkcjonuje, i w wyobrażeniu wielu ludzi, nierzadko gruntownie wykształconych, jest odpowiedzią na pytania wynikające z refleksji nad ekonomią. Dzieje się tak, zdaniem Rubina, ponieważ teoria Marksa trafiła w niektóre z przekonań będących ludową wersją ekonomii. Oczywiście, nie we wszystkie, trudno bowiem internacjonalistyczne podejście do rzeczywistości społecznej obarczać błędem nieufności wobec obcych. Ale wobec pośredników czy bogaczy już jak najbardziej tak.

Ekonomia ludowa w politycznej praktyce

Problemem wynikający ze stosowania ekonomii ludowej jest podwójny. Po pierwsze, odwoływanie się do jej rozstrzygnięć będzie szkodliwe dla samych użytkowników. Realia pracy, współpracy, zarabiania i wydawania od czasów, kiedy to ludzie żyli w podróżujących hordach zupełnie się zmieniły. Opieranie się na przeczuciach i intuicjach mających pomóc w tamtych warunkach, może być przeciwskuteczne w obecnych. Po drugie, złudzeniom wynikającym z wiary w ekonomię ludową ulegamy nie tylko jako pracownicy czy klienci, ale też jako wyborcy. To oczywiście powoduje próby stosowania ekonomii ludowej jako dobrej doktryny ekonomicznej. Co gorsza, także sami politycy mogą wierzyć w to, że robią słusznie. Tymczasem ulegają złudzeniom wynikającym z historii ludzkiego gatunku, zapisanym w dawno już zamkniętym rozdziale.

Można jednak dostrzec jeszcze jedno zagrożenie. Każdy, kto będzie posługiwał się antyglobalistyczną bądź też alterglobalistyczną retoryką, kto będzie przeciwny wolnemu handlowi i rozbudowie ładu rozszerzonego może być pomówiony o odwoływanie się do instynktów, nawet jeśli swoje tezy będzie uzasadniał w pogłębiony sposób. Oczywiście, strony sporu pomiędzy globalizmem a lokalizmem w ekonomii powinny dyskutować na argumenty, a wiedza dotycząca tego jak formułują się poglądy powinna pomagać, a nie przeszkadzać w prowadzeniu dialogu.

Świadomość istnienia ekonomii ludowej to także lekcja dla zwolenników wolnego rynku, globalnej gospodarki, podziału pracy, niskich barier celnych, jednym słowem ekonomicznych liberałów. Muszą oni pamiętać, że myślenie w kategoriach wolnego rynku czy tym bardziej wolnorynkowego kapitalizmu nie jest dane raz na zawsze i wcale nie jest naturalne. Funkcjonujemy w ekonomicznie nienaturalnym dla człowieka środowisku. Poddanie debaty poprzez zaniechanie jej i uznanie, że przecież wolność w ekonomii jest czymś oczywistym może skutkować przegraną idei liberalnej i rozpadem ładu rozszerzonego. To zaś zaowocuje spadkiem poziomu życia wynikającym z odrzucenia globalnego podziału pracy.

Oczywistym remedium na stosowanie ekonomii ludowej jest edukacja. Ta drogą można, choćby częściowo, ją zneutralizować zastępując obiektywną, możliwie jak najbardziej uprawdopodobnioną, wiedzą. Skoro dziś nie jesteśmy skazani na życie, jakie prowadzili nasi odlegli przodkowie, to nie musimy myśleć tak jak oni. A jeśli właśnie to zrobimy – to być może materialnie wrócimy do realiów, w których oni musieli sobie radzić.

Autor jest politologiem i doktorem filozofii polityki, wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły