Ekonomiści za mało skupiają się na tym, co jest naprawdę ważne dla ludzi

01.06.2018
Ekonomiści często opierają się na założeniu, że namacalne koszty i korzyści przewyższają wartości subiektywne. Problem szerszego spojrzenia na efekty wzrostu gospodarczego pojawia się jednak coraz częściej, czego potwierdzeniem mogą być np. debaty na temat związku między dochodami a poziomem szczęścia w różnych krajach.

(CC0 Pixabay)


Cynik, według jednej z postaci stworzonych przez Oscara Wilde’a, to człowiek, który zna cenę wszystkich rzeczy, ale nie zna wartości żadnej z nich. Filozofowie od dawna jednak wiedzą, że przypisywanie wartości rzeczom lub sytuacjom jest problematyczne. Ekonomiści, podobnie jak cynicy, często zakładają, że ceny są jedyną rzeczą, którą musimy znać. Prowadzi to do stronniczości wielu ich sądów i ogranicza przydatność ekonomistów w zakresie najważniejszych problemów stojących przed ludzkością.

Problem wartości był obecny od czasu powstania „posępnej nauki”, jak niektórzy nazywają ekonomię. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Adam Smith opublikował swoje „Bogactwo narodów””, Jeremy Bentham określił podstawy utylitarnego podejścia, zgodnie z którym „miarą dobra i zła jest jak największe szczęście największej liczby ludzi”. Pod koniec XIX wieku Alfred Marshall zadeklarował, że właściwym przedmiotem zainteresowania ekonomii jest „sprawa uzyskania i wykorzystania przedmiotów materialnych koniecznych do zapewnienia dobrobytu”. Albo, jak ujął to jego student, Arthur Pigou, „ta część dobrobytu społecznego, która może zostać bezpośrednio lub pośrednio powiązana z miarą wartości, jaką są pieniądze”.

Zrównanie pieniędzy z wartością jest w wielu przypadkach zabiegiem koniecznym. Zamiast „użyteczności” czy szczęścia, w transakcjach ludzie przekazują sobie pieniądze, w takiej czy innej formie. Ekonomiści powinni zwrócić większą uwagę na to, jak skupienie na „dobrobycie materialnym” określanym przy pomocy „pieniędzy jako miernika” wpływa na ich pracę i ogranicza ją.

Problemy powoduje często sam miernik wartości. Na przykład nie każdy dolar ma taką samą wartość. Można by pomyśleć, że gdyby dwóch ekonomistów miało uczestniczyć w licytacji w celu zakupu jabłka, to zwycięzca zapewne pragnąłby jabłka bardziej, a sama aukcja umożliwiłaby tym samym znalezienie najlepszego, maksymalizującego poziom dobrobytu przeznaczenia dla jabłka. Jednak dowody empiryczne wskazują, że pieniądze mają malejącą wartość krańcową: im więcej masz pieniędzy, tym mniej cenisz każdego dodatkowego dolara. Zwycięzca licytacji może zatem wylicytować jabłko nie dlatego, że przyniesie mu ono więcej radości, ale dlatego, że z powodu większego bogactwa składana przez niego oferta będzie dla niego mniejszym poświęceniem.

Ekonomiści są świadomi tego problemu. Jest on uwzględniany na przykład w debatach na temat związku między dochodami a poziomem szczęścia w różnych krajach. Jednak ekonomia jako dziedzina badań jest zaskakująco zdawkowa, jeśli chodzi o potencjalne implikacje tego problemu: na przykład, że wraz ze wzrostem nierówności mechanizm cenowy może mniej efektywnie regulować alokację zasobów.

Zrównanie kosztów wyrażonych w dolarach z wartością jest mylące także pod innymi względami. Nie jest niczym nowym stwierdzenie, że statystyki ekonomiczne, takie jak PKB, są niedoskonałe. W przemówieniu z 1968 roku Robert Kennedy narzekał, że wskaźniki wyników gospodarczych obejmują wydatki na reklamy papierosów, napalm i tym podobne pozycje, a zarazem pomijają poziom zdrowia i edukacji dzieci. Pomimo wysiłków zmierzających do udoskonalenia takich statystyk, wciąż mierzymy się z tymi problemami. Każdy dolar wydany na usługi finansowe lub kosztowne testy medyczne liczy się do PKB, niezależnie od tego, czy przyczynia się on do wzrostu dobrobytu ludzkiego.

Pomijane są przy tym koszty społeczne, takie jak zanieczyszczenie środowiska. Ekonomiści próbują uwzględniać takie koszty w innych kontekstach, na przykład przy ocenie szkód powodowanych zmianami klimatu. Jednak nawet wtedy często koncentrują się na tym, w jaki sposób zmiany środowiskowe wpłyną na wymierne wskaźniki produkcji, a lekceważą efekty, których nie da się łatwo zmierzyć przy pomocy pieniądza.

Ekonomiści zazwyczaj ignorują również wartość aktywności nierynkowej, takiej jak praca nieodpłatna. Według jednego szacunku, włączenie nieopłacanej pracy do amerykańskiego PKB w 2010 roku zwiększyłoby jego wartość o 26 proc. (i ukazało bardzo odmienny obraz wkładu poszczególnych grup demograficznych). Jak przekonywała Diane Coyle z Uniwersytetu Cambridge, decyzja o wykluczeniu pracy nieodpłatnej może odzwierciedlać wartościujące oceny urzędników (głównie mężczyzn), którzy wcześniej prowadzili agencje statystyczne. Wydaje się jednak prawdopodobne, że także obecnie ekonomiści traktują rzeczy, których nie da się łatwo zmierzyć, tak jakby były mniej ważne.

Ekonomiści są najmniej użyteczni w sytuacjach, gdy w ogóle nie powinno się używać mierników. Badacze obliczali na przykład korzyści finansowe wynikające z osiągnięcia równości płci. Jednakże równość płci ma wartość sama w sobie, niezależnie od jej wpływu na PKB. Podobnie wymieranie różnych gatunków zwierząt i wymuszone masowe migracje wywołują koszty psychologiczne, które nie są łatwe do wyceny w dolarach, ale są mimo tego ważnymi aspektami zagrożenia generowanego przez zmiany klimatyczne.

Takie dylematy mogą sugerować, że kwestie etyczne należałoby pozostawić innym specjalistom z zakresu nauk społecznych. Jednak taki podział pracy byłby nie do utrzymania. Istotnie, ekonomiści często opierają się na założeniu, że namacalne koszty i korzyści przewyższają wartości subiektywne. Na przykład Alvin Roth sugeruje, że moralne skrupuły w związku z „odrażającymi transakcjami” (takimi jak np. handel ludzkimi narządami) powinny zostać odrzucone, tak aby możliwy był wzrost dobrobytu wynikający z powstania rynku narządów.

Być może, ale niewłaściwe jest wyciągnięcie takich wniosków i jednoczesne odrzucanie wspomnianych obaw, zamiast traktowania ich jako zasad, które również mogą przyczyniać się do ludzkiego dobrobytu. Co więcej, już sam fakt stosowania ekonomicznych mierników wpływa na nasze postrzeganie wartości. Chociaż siła tego efektu jest przedmiotem kontrowersji, badania psychologiczne sugerują, że zachęcanie ludzi do myślenia w kategoriach pieniędzy w sytuacji, gdy dokonują oni wyboru, skłania ich do przyjmowania bardziej „biznesowego nastawienia”. Rozszerzanie zasięgu rynków to nie tylko sposób na skuteczniejsze zaspokojenie preferencji. Faktycznie sprzyja ono również wartościom rynkowym bardziej niż innym.

Niektórzy ekonomiści popierają tworzenie i stosowanie szerszych mierników dobrobytu. Kilka organizacji, w tym m.in. Komisja Europejska i Bank Światowy, publikuje obecnie serie danych przedstawiające znacznie bardziej kompleksowy obraz dobrobytu społecznego. Jednak koszty standardowego podejścia rosną. Cena jest kiepskim miernikiem wartości towarów i usług cyfrowych, które są często opłacane poprzez udostępnianie danych. Postęp technologiczny będzie stwarzać jeszcze więcej sytuacji, w których względy etyczne kolidują z wąsko rozumianymi wartościami materialnymi. Pytanie o to, jak powiększać poziom dobrobytu w takim świecie, zasługuje na większą uwagę.

© [2018] The Economist Newspaper Limited

Wszystkie prawa zastrzeżone. Artykuł opublikowany na licencji, tłumaczenie NBP. Oryginał w j. angielskim znajduje się na stronie www.economist.com


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły