Europa nie jest gotowa, by przyjąć pomoc na chińskich warunkach

03.11.2011
Zaczyna się kolejny szczyt G20, a jednym z jego tematów będzie ewentualna chińska pomoc dla Europy. Dyskusja skupia się na tym na jakich warunkach Chiny gotowe są wspomóc strefę euro dofinansowując Europejski Fundusz Stabilności Finansowej. Pytanie powinno jednak zostać postawione inaczej: jaką cenę jest skłonna zapłacić za to Europa.

Wykup udziałów w porcie w greckim Pireusie to jedna ze spektakularnych inwestycji chińskich w Europie.(CC BY-NC-ND The Brit_2)


W Chinach oficjalna wykładnia ostatnich wydarzeń jest taka, że Chiny są bardzo zatroskane tym co dzieje się w europejskiej gospodarce. Troska ta nie jest fałszywa. Państwo Środka z jednej strony obawia się kryzysu na naszym kontynencie, który jest jego największym partnerem handlowym – do Europy trafia 1/5 chińskiego eksportu. Z drugiej strony Chiny widzą szansę, by dzięki kłopotom UE wzmocnić swą gospodarczą obecność na świecie, bo nie tylko o Europę przecież chodzi.

Z wypowiedzi tutejszych polityków i ekonomistów można odnieść wrażenie, iż ostateczna, strategiczna decyzja co do zwiększenia zaangażowania Chin w Europie jeszcze nie zapadła.

Opinie chińskich ekspertów i analityków finansowych na temat pomocy Europie można podzielić na dwie grupy: jedni uważają, że Chiny dość mają własnych problemów, aby brać sobie na głowę kłopoty innych, drudzy – że pomagać trzeba choćby we własnym, dobrze pojętym interesie, lecz pomoc ta musi zostać obwarowana twardymi warunkami.

Pomóc, nie pomóc…

Do tej pierwszej grupy zalicza się szef chińskiego banku centralnego Zhou Xiaochun, który powiedział, iż jest „za wcześnie” aby określić jak wschodzące gospodarki, takie jak chińska, mogłyby pomóc strefie euro wyjść z kryzysu zadłużenia. Na forum Międzynarodowego Funduszu Walutowego apelował do europejskich przywódców tydzień temu o jak najszybsze rozwiązanie kryzysu, ustabilizowanie zaufania rynków i konsolidację budżetową.

Także wiceprezes China Investments, Gao Xiqing, twierdzi, że krajowe fundusze inwestycyjne prowadzą własną politykę, mają swoje problemy i nie mogą być zbawicielem innych krajów. Pojawiły się również opinie, że europejski kryzys ma przyczyny strukturalne i dotychczasowe wysiłki na dłuższą metę mogą okazać się nieskuteczne. Tak uważa Zhu Jianfang, główny ekonomista CITIC Securities, a wtóruje mu Huang Li, analityk z Dongwu Securities, który twierdzi, że trudno jest pogodzić 17 różnych polityk budżetowych w ramach jednej polityki pieniężnej. Obawia się przy tym, iż ewentualna decyzja o rezygnacji z finansowych uprawnień przez rządy państw strefy euro jest przez nie, na obecnym etapie rozwoju Unii Europejskiej, nie do przyjęcia.

Z kolei Mei Xinyu z Akademii Handlu Zagranicznego i Współpracy Gospodarczej, mówi wprost, że pomóc można, ale po spełnieniu przez drugą stronę warunków wstępnych. Wymienia wśród nich wyeliminowanie przez kraje europejskie dyskryminujących – w jego opinii – przepisów dotyczących importu towarów, usług, kapitału i „przepływu pracy”. Słowem, Europa powinna skończyć z polityką protekcjonizmu i otworzyć szeroko drzwi chińskim towarom i usługom, a chińskim pracownikom rynek pracy.

Analityk Dong Xianan jest zdania, że Chiny – pomimo około 10 – proc. rocznej stopy wzrostu – to nadal kraj rozwijający się, który musi się koncentrować na rozwiązywaniu swoich problemów wewnętrznych, takich jak wzrost krajowego i lokalnego długu publicznego oraz inflacji. Według niego na spieszenie z pomocą innym jest jeszcze dla Chin za wcześnie.

Odmiennego zdania jest ekonomista z Państwowego Centrum Informacji Zhang Monan. Argumentuje on, iż wobec złej sytuacji w Europie, inwestorzy, których śladem podążają także inwestorzy z Chin, nadal szukają schronienia dla kapitałów głównie w Stanach Zjednoczonych. Jednak luźna polityka pieniężna prowadzona przez Fed prowadzi do osłabiania się amerykańskiej waluty co może skutkować stratami dla Chin, dlatego inwestycje w Europie, mimo jej kłopotów, byłyby alternatywą dla amerykańskich.

Inne obawy towarzyszące chińskiej pomocy dla Europy dotyczą tutejszego eksportu. Bian Weihong, analityk Bank Of China, jest zdania, że polityka oszczędnościowa i spowodowane nią „duszenie” popytu wewnętrznego w strefie euro, plus trudności finansowe, siłą rzeczy muszą doprowadzić do protekcjonizmu handlowego, co negatywnie odbije się na chińskim eksporcie. Pierwsze symptomy tego już dają się zauważyć. Pojawia się w związku z tym pytanie, czy stawiany przez Chiny warunek jeszcze większego, w zmian za pomoc, otwarcia przez Unię swych rynków, jest w ogóle możliwy do spełnienia? Shen Danyang, rzecznik ministerstwa handlu Chin, sądzi, że europejski kryzys zadłużenia z pewnością negatywnie odbije się na chińskim eksporcie do Europy powodując tarcia na tym tle.

Sygnały płynące z Państwa Środka są więc sprzeczne. Być może więcej będzie wiadomo po szczycie G20 w Cannes (3-4 listopada), w którym bierze udział chiński prezydent Hu Jintao. Konkretów raczej jednak nie usłyszymy. Zhang Xiaoqiang, wiceminister Krajowej Komisji Rozwoju i Reform, już wcześniej deklarował kupno obligacji państw europejskich przeżywających kryzys. Dodajmy, że zakup taki nie stanowiłby dla Chin większego problemu (3 bln dolarów rezerw walutowych).

Co w zamian

Chińskie władze liczą głównie na zliberalizowanie przepisów dotyczących przejmowania i kupowania przez ich firmy przedsiębiorstw europejskich. Dotąd wiele takich transakcji było blokowanych w obawie, często słusznej, przed tym, że Chińczykom tak naprawdę zależy jedynie na dostępie do najnowszych technologii. Bywało bowiem, że po ich opanowaniu i skopiowaniu, chińskie firmy zaczynały produkować u siebie to, co udało im się u innych podpatrzeć.

Chińczycy odbijają piłeczkę twierdząc, że to nieprawda, a Zachód sprawę wyolbrzymia. Wskazują przykłady firm, które przejęli, często po wielkich bojach i pokonując wiele stawianych im biurokratycznych barier, dokapitalizowali, utrzymali zatrudnienie i zachowali ich tożsamość – słowem wyprowadzili na ekonomiczną prostą. Sztandarowym ich przykładem jest casus Volvo.

Kolejna sprawa to uznanie przez Zachód chińskiej gospodarki za w pełni rynkową, o czym wspomina często premier Wen Jiabao. ChRL czeka na ten dzień od 1978 roku kiedy to zapoczątkowano politykę reform i otwarcia na świat. Ułatwiłoby jej to bardzo gospodarczą współpracę ze światem i wzmocniło pozycję polityczną. Chiny twierdzą, że tutejsze największe firmy, choć nadal państwowe, lub pod państwową kontrolą, działają tak jak prywatne i zasługują w pełni na taki status.

Jest to tylko częściowo prawda, bowiem w Chinach mamy do czynienia z czymś, co u nas zwykło określać się mianem kapitalizmu państwowego i uwłaszczania się nomenklatury na ogromną skalę. Nie przeczy to jednak temu, że wiele z tych przedsiębiorstw dzięki politycznemu wsparciu, sprawnemu menedżmentowi, albo jednemu i drugiemu, potrafi sobie świetnie radzić w warunkach wolnego rynku.

Pytanie, czy Europa będzie skłonna przystać na te warunki i zrezygnować siłą rzeczy z części swej ekonomicznej suwerenności i wyznawanych dotąd pryncypiów. Pierwsze reakcje świadczą o tym, że przywódcy Unii i poszczególnych krajów podchodzą do tego z ogromnym ociąganiem. I bardzo niechętnie. Zdaniem chińskiego ministra spraw zagranicznych, Yanga Jiechiego, obie strony mają takie same lub podobne cele i strategie rozwoju. Jednak na naszym kontynencie nie wszyscy do końca podzielają tę opinię, choć chińskie pieniądze na pewno kuszą. Europa chciałaby, ale się chińskiej pomocy boi. Chiny nie widzą jeszcze czy na dłuższą metę pomoc Europie im się opłaci. Im się nie spieszy. I o tym Europa też musi pamiętać licząc na chińskie rezerwy walutowe.

>czytaj też: Pomagają Europie czy chronią siebie

Autor mieszka i pracuje w Chinach


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test