Firmy potrzebują więcej własnych badaczy

18.08.2014
Tworzenie komórek badawczych wewnątrz korporacji oraz firm uruchamianych przez naukowców realizujących ten sam cel może być dobrą receptą na radykalne zwiększenie w Polsce prywatnych wydatków na prace badawczo-rozwojowe. To zmiana wektora w dotychczasowych pomysłach.

(więcej w tekście/infografika Dariusz Gąszczyk)


Jednym z kluczowych czynników determinujących poziom innowacyjności państw jest wskaźnik wydatków na prace badawczo-rozwojowe w relacji do PKB. Według danych UNESCO wydatki na badania i rozwój w naszym kraju rosną tak powoli, że niemal niezauważalnie – w 2012 roku wyniosły 0,9 proc. PKB, 10 lat wcześniej było to 0,56 proc. Polska pod tym względem znajduje się w ogonie rozwiniętych państw, które przeznaczają na ten cel ponad 2 proc. PKB, a w niektórych przypadkach nawet 3 proc.

Z danych statystycznych wynika też, że głównym finansującym badania i rozwój w Polsce jest strona publiczna – to blisko 54 proc. nakładów ogółem na ten cel. W Czechach odsetek ten stanowi niespełna 38 proc., na Węgrzech niespełna  37 proc., a wydatki na badania w relacji do PKB są w tych państwach znacznie większe niż u nas: Węgry przeznaczają 1,3 proc. PKB a Czechy 1,88 proc. PKB.

W zgodnej opinii ekspertów jedyną metodą na dalsze zwiększenie w Polsce wydatków na badania i rozwój jest pobudzenie nakładów prywatnych. Ze względu na ograniczone możliwości sektora publicznego dzięki samym wydatkom państwowym nie zdołamy osiągnąć nawet nakładów zbliżonych do Czech i Węgier, nie mówiąc o innowacyjnych liderach Europy. Od kilku lat powtarzany jest postulat radykalnego zwiększenia skali współpracy firm z uczelniami i instytutami naukowymi, która miałaby zaowocować wzrostem wydatków prywatnych na badania i rozwój. Wniosek płynący z raportu „Wydatki na badania i rozwój w Unii Europejskiej: perspektywa strategii wzrostu 2020”, przygotowanego w Niemieckim Instytucie Spraw Zagranicznych i Bezpieczeństwa może jednak sugerować, że optymalny model, w wyniku którego nakłady na badania i rozwój będą znacznie większe niż dziś, powinien być zupełnie odmienny niż duża liczba prywatnych zleceń na badania dla uczelni i instytutów.

Jak powstaje lider

Raport niemieckiego instytutu pochodzi z 2011 roku, a został sporządzony na podstawie danych z 2010 roku, ale zawarte w nim dane korespondują z aktualnym europejskim rankingiem innowacyjności państw, co daje również podstawy do wysuwania wniosków i dziś. W jednym z rozdziałów zostały przedstawione informacje o odsetku pracowników badawczych zatrudnionych w sektorze prywatnym w krajach unijnych. Według tych danych w dziewięciu państwach unijnych (Austrii, Danii, Finlandii, Francji, Holandii, Irlandii, Luksemburgu, Niemczech i Szwecji) połowa lub więcej pracowników zajmujących się działalnością badawczą była zatrudniona w firmach prywatnych. To do tej grupy należy cała czwórka prymusów najnowszego rankingu innowacyjności państw Unii Europejskiej: Szwecja, Dania, Niemcy i Finlandia. Na drugim biegunie zestawienia autorki znajdują się te, które w sektorze prywatnym zatrudniają poniżej 20 proc. pracowników badawczych. W tym gronie znalazły się Bułgaria, Litwa, Łotwa, Polska oraz Słowacja i jest to niemal ta sama grupa, która konsekwentnie ciągnie się w ogonie rankingu innowacyjności.

 

(infografika Dariusz Gąszczyk)

Choć dane statystyczne prezentujące odsetek pracowników badawczych zatrudnionych w sektorze prywatnym są sugestywne, to jednak wyciąganie wniosków wyłącznie na ich podstawie może być zwodnicze, gdyż nawet bardzo wysoki procent pracowników badawczych zatrudnionych w prywatnych firmach w połączeniu z niskim poziomem zatrudnienia w badaniach w ogóle daje małą liczbę, często nie wystarczającą do zaspokojenia potrzeb gospodarki. Z grupy liderów unijnego rankingu innowacyjności trzy kraje: Finlandia, Dania i Szwecja charakteryzują się bardzo wysokimi liczbami pracowników badawczych zatrudnionych w sektorze prywatnym (na 10 tys. miejsc pracy w ogóle). W każdym z tych państw wskaźnik przekraczał 60.

Polska w zestawieniu liczby pracowników badawczych w relacji do wszystkich miejsc pracy wypada bardzo słabo nie tylko na tle potentatów, ale również europejskich średniaków. W naszym kraju w 2011 roku na 10 tys. pracowników przypadało 39 pracowników badawczych, a tylko 6 z nich zatrudniały firmy prywatne i pod tym względem gorzej od nas wypadają tylko Rumunia, Bułgaria i Cypr. O tym, że kraje naszego regionu nie są skazane na inercję i mogą dynamicznie zwiększać zarówno liczbę pracowników badawczych, jak i ich odsetek zatrudnionych w sektorze prywatnym, świadczą Węgry, gdzie jest 60 pracowników badawczych na 10 tys. miejsc pracy, podczas gdy 10 lat wcześniej było ich 37. Na dodatek ponad połowę badaczy zatrudniają firmy prywatne, blisko dwukrotnie więcej niż 10 lat wcześniej.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

Partnerów nie widać z obydwu stron

Jeżeli prawidłowy jest wniosek, że potencjał pracowników badawczych jest znacznie lepiej wykorzystywany w firmach prywatnych i dysponując takimi kadrami są one bardziej skłonne do ponoszenia wydatków na badania i rozwój, wówczas narzędzia polityki gospodarczej powinny się skupiać na zachęcaniu przedsiębiorców do zatrudniania kadry badawczej, ale też na zachęcaniu naukowców do zakładania własnych firm. Do takich wniosków skłaniają też wypowiedzi przedsiębiorców wywodzących się ze środowiska naukowego.

Michał Bieniek, chemik, uruchomił własną firmę Apeiron Synthesis, która prowadzi badania na zlecenie innych firm, pytany o podstawowe przyczyny braku współpracy z nauką zauważa, że polskie przedsiębiorstwa czasem nie potrafią dokonać rzetelnej oceny oferty firm zajmujących się usługami badawczymi, gdyż nie mają niezbędnych do tego odpowiednio wykwalifikowanych pracowników. Prof. Marek Langner od kilkunastu lat godzący funkcje naukowca i przedsiębiorcy w pierwszej kolejności wymienia grzechy środowiska naukowego. Według niego wielu przedstawicieli uczelni w ogóle nie ma świadomości jakie są reguły współpracy z biznesem. Profesor Langner wytyka uczelniom, że często niefrasobliwie podchodzą one do zobowiązań terminowych i ograniczeń finansowych.

Wtóruje mu Przemysław Sękalski, także naukowiec, który zdecydował się na uruchomienie firmy, prowadzącej usługi badawcze.

– Przemysł chętnie zapłaci za realną pracę wykonaną według ścisłych reguł i w czasie. Nie będzie płacił po próżnicy za tytuły naukowe – podkreśla Przemysław Sękalski.

Zbliżone zdanie na temat wiedzy naukowców o regułach obowiązujących w środowisku naukowym ma Anna Czerwoniec, założycielka firmy badawczej VitaInSilica, w której wykorzystuje ona swoje wcześniejsze doświadczenie z działalności naukowej.

– Ogromna większość naukowców nie wie jak wygląda praca w warunkach rynkowych. Zdecydowanie powinni tego spróbować, choćby po to, żeby zorientować się oni jak bardzo jest ona odmienna od tego, z czym stykają się na uczelniach – mówi Anna Czerwoniec.

Nie mniej zdecydowanie na temat wykorzystania dorobku badawczego uczelni w biznesie temat wypowiada się profesor Karol Grela, mentor Michała Bieńka. Wskazuje on, że w niektórych ośrodkach cały czas pokutuje przekonanie, że głównym zadaniem pracownika naukowego jest prowadzenie zajęć dydaktycznych, a dopiero w dalszej kolejności – jeżeli w ogóle – badania naukowe, zaś to jakie będą komercyjne efekty tych badań nie jest w ogóle przedmiotem umowy o pracę, ani podstawą do oceny naukowca.

– W niektórych słabszych uczelniach ciągle jest zbyt wielu naukowców, ograniczających się jedynie do dydaktyki i nie prowadzących żadnych badań naukowych z prawdziwego zdarzenia – twierdzi Karol Grela.

Są po prostu nauczycielami.

Łatwe wymówki

Anna Czerwoniec uważa jednak, że trudności we współpracy z uczelniami są przez firmy wykorzystywane, jako wygodne usprawiedliwienie braku współpracy w ogóle i wytyka obydwu środowiskom ogólny brak woli współpracy.

– Gdy występując w roli przedsiębiorcy poszukuję kogoś do współpracy ze środowiska naukowego staram się dotrzeć bezpośrednio do tych osób. Nie muszę kontaktować się z całą machiną administracyjną uczelni. Przyjmując takie podejście wystarczy chęć do rozmowy. To pierwszy krok, na który muszą być gotowe obydwie strony. Po nich mogą przyjść kolejne – wyjaśnia Anna Czerwoniec.

Na brak zaufania między biznesem i nauką zwracała niedawno uwagę także minister Nauki Lena Kolarska-Bobińska. Problem w tym, że również pani minister swymi słowami niekoniecznie takie zaufanie buduje. Podczas konferencji we Wrocławskim Parku Technologicznym i Wrocławskim Centrum Badań EIT+ wyrwało jej się, że „naukowcy to nieudacznicy” i „właściwie są niepotrzebni”.

Rozwiązaniem komplementarnym wobec zatrudniania młodych naukowców w firmach mogłoby być tworzenie przez nich własnych firm, ale i w tym wariancie prof. Langner i Anna Czerwoniec zwracają uwagę na poważną barierę – wiedza o przedsiębiorczości, nawet jeżeli jest na uczelniach przekazywana studentom, to jednak często ma ona powierzchowny charakter.

Podatek od wiedzy

Profesor Langner przyznaje, że praktyczną wiedzę o tajnikach działalności gospodarczej musiał zdobywać sam i często znalezienie dobrego rozwiązania pochłaniało cenny czas. Jako jeden z przykładowych problemów profesor wskazuje na kwestię, która może żywotnie interesować ogromną rzeszę naukowców rozważających uruchomienie firmy. A jest nim aport do spółki kapitałowej w postaci wkładu intelektualnego naukowca. Taki wariant może być dobrym rozwiązaniem, gdy naukowiec stara się utworzyć spółkę kapitałową wspólnie z partnerem wnoszącym gotówkę, a sam nie posiada pieniędzy lecz chce być udziałowcem większościowym, żeby zachować kontrolę nad tym, co sam wniesie do firmy. Rozwiązaniem wydaje się być w takiej sytuacji wniesienie do spółki wkładu intelektualnego.

Tu zaczynają się schody; Szuka rozwiązania, które nie będzie wymagało wkładu pieniężnego, bo tych pieniędzy nie ma – ma tylko to co w głowie – i gdy już wydaje się, że takim rozwiązaniem jest aport wkładu intelektualnego, wówczas okazuje się, że za jego wniesienie właściciel musi jednak wpłacić gotówkę – tym razem jako podatek od swojej wiedzy, ale on przecież tych pieniędzy nie ma… Udziały lub akcje o konkretnej wartości nominalnej obejmowane przez naukowca za jego aport intelektualny są bowiem traktowane jako dochód podlegający opodatkowaniu. Dla niedoszłego udziałowca nowej spółki błędne koło się zamyka.

Zasady mają się zmienić na początku 2015 r. Zgodnie z projektowaną zmianą przepisów o PIT i CIT zasada opodatkowania przychodów z tytułu objęcia udziałów (akcji) w zamian za wkład niepieniężny ma co prawda zostać utrzymana, ale spłata podatku może być odroczona na okres do 5 lat. Odroczenie ma dotyczyć tzw. komercjalizowanej własności intelektualnej. Nowe rozwiązanie ma stanowić, według założeń Ministerstwa Finansów, wzmocnienie innowacyjnego potencjału Polski.

Ułatwienia… z haczykiem

Robert Nowak z Deloitte mówi, że przynajmniej z dwóch powodów ta zachęta może być nadal nie wystarczająca. W niektórych przypadkach 5-letni okres bywa za krótki, żeby osiągnąć pokaźne zyski ze skomercjalizowanego know-how. Ponadto pojawiają się wątpliwości interpretacyjne, gdyż istnieją różnice w definicji know-how przyjętej w projektowanych przepisach i tych już istniejących.

Od wielu lat naukowcy i przedsiębiorcy nie mogą się doczekać na wprowadzenie ulg podatkowych od wydatków na działalność badawczo-rozwojową, stosowanych coraz powszechniej, a już od kilku lat obowiązujących np. w Czechach i na Węgrzech. U nas zamiast ulg obowiązują regulacje dyskryminujące wydatki na badania i rozwój, utrudniające zaliczenie ich do kosztów uzyskania przychodu. Wprawdzie w 2009 roku wprowadzono zmiany i od tego momentu wydatki rozwojowe są kosztem uzyskania przychodu, ale już wydatki badawcze nie zawsze – izby skarbowe różnie potrafią je traktować. Także w tym przypadku istnieją wątpliwości interpretacyjne, które nie zostały dotąd wyeliminowane.

Według danych GUS w 2012 roku w Polsce było ponad 2700 firm prowadzących działalność badawczo-rozwojową, o 23 proc. więcej niż rok wcześniej. W tym okresie liczba pracowników zatrudnionych w badaniach w przeliczeniu na 10 tys. miejsc pracy wzrosła o ponad 40 proc. do 91.

Wspomniana liczba 91 pracowników badawczych, zatrudnionych w firmach prywatnych, w przeliczeniu na 100 tys. miejsc pracy w 2012 roku, jest o 26 proc. większa niż 15 lat wcześniej. W tym okresie w Czechach było ich w tym samym roku 310, prawie trzykrotnie więcej niż w 1997 roku. Jeszcze większy wzrost w tym okresie zanotowały Węgry – z 76 do 336 – i być może w tym tkwi przyczyna pozycji Polski europejskim rankingu innowacyjności.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

OF

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test