Globalizacja i nieodgadniona przyszłość pracy

30.03.2018
Przyszłość pracy dla ludzi jest niepewna, i to nie tylko z powodu robotyzacji. Pną się trzy trendy: postępu we wszelkich formach, przyrostu mieszkańców Ziemi oraz globalizacji. Rosną szanse tych świetnie i tych źle wykształconych, wykonujących czynności za proste lub za trudne dla maszyn. Co z miliardami pośrodku?


Mnóstwo malkontentów z obu stron północnego Atlantyku bez sprzeciwu wysłuchuje wezwań do burzenia obecnego porządku, lecz konsumuje przy tym grubo ponad światową średnią, czerpiąc garściami z dorobku kapitalizmu. Za burzeniem przemawia to, że jest to proces łatwiejszy od budowy. Irracjonalna chęć rozprawy z rzeczywistością, która od czasu do czasu odmawia zachcianek, wynika też z niechęci do wychylania nosa poza własne podwórko.

Globalizacja nie była wynikiem spisku, lecz skutkiem obiektywnego procesu dokonującego się w następstwie rewolucyjnego postępu, przede wszystkim w transporcie i komunikacji. Jeszcze kilka dekad temu globalny model produkcyjny polegał na sprowadzaniu z całego świata wszelkich surowców i materiałów do centrów produkcyjnych w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej. Powstające tam gotowe wyroby, sprzedawane wszędzie na świecie, zawierały wartość dodaną zużywaną na bogacącym się w ten sposób Zachodzie. Nieuniknionym skutkiem musiały być i stały się ogromne nierówności dochodowe i majątkowe: Brytyjczycy, Amerykanie, Francuzi, czy Niemcy zajadali się stekami, a ci z Południa pracujący na roli, czy w kopalniach – maniokiem lub ryżem.

Spadek kosztów transportu i komunikacji sprawił, że dużo więcej surowców pozostaje teraz w rejonach wydobycia. Państwa azjatyckie, ale również takie jak Polska zbudowały z pomocą kapitału zachodniego nowe i wydajne, a z drugiej strony tanie i bardzo tanie (niskie płace i w ogóle niższy poziom kosztów) bazy produkcyjne. W wyniku tego procesu nazwanego globalizacją, po świecie krążą już nie surowce, a towary gotowe. Tak jest efektywniej. Również podział dochodów jest w skali światowej korzystniejszy dla regionów kiedyś peryferyjnych.

Jeśli nie bawić się w szczegóły, Zachód zarabia teraz na tym, co wymyśli i skonstruuje, a następnie słono wyceni i sprzeda w formie praw autorskich, i licencji produkcyjnych wraz z maszynami (coraz częściej robotami) do rozsianych głównie po Azji centrów fabrycznych. Znakomita część marży pozostaje na Zachodzie, ale nowe kraje przemysłowe też mają w niej jako taki udział.

Łatwiej być eksporterem niż producentem

Równość dla nas, dla nich mniej

Na fali minionego kryzysu finansowego najbogatsze metropolie świata stały się wylęgarnią efemerycznych ruchów, takich jak Occupy Wall Street, Podemos i wielu innych, mniej rozpoznawalnych. Powodem sprzeciwu, głównie ludzi młodych, znających wyłącznie życie w dostatku, choćby względnym, był relatywnie niegroźny spadek dochodów i zamazanie dobrych do tej pory perspektyw na przyszłość. Kryzys minął, więc gros oburzonych na to, że nie otrzymują tego co się należy z tytułu miejsca urodzenia, wróciło z ulgą z okopów i transzei bitwy pozycyjnej z kapitalizmem do konsumpcji.

Jest znowu dobrze, bo Zachód na globalizacji nie cierpi, a zyskuje. Pominąwszy okresy kryzysowe i recesje, PKB rośnie i w dodatku zwalnia tempo degradacji środowiska. Dymy z kominów fabrycznych wyeksportowane zostały do Azji i pomniejszych nowych ośrodków produkcyjnych, dla których brudy przemysłowe stanowią jeden z ubocznych kosztów wydobywania się z biedy i pełnej kiedyś zależności od dalekich metropolii.

Jest też faktem, że w rezultacie globalizacji polegającej na przenosinach fabryk do krajów kiedyś zapomnianych tracą pracujący na Zachodzie – robotnicy oraz różnej rangi specjaliści i kierownicy zatrudniani kiedyś w produkcji. Malejące zapotrzebowanie na te grupy pracowników sprawia, że muszą szukać mniej popłatnych zajęć, głównie w usługach. Rezultatem są pogłębiające się w bogatych państwach rozpiętości dochodowe i majątkowe, ale w ujęciu obejmującym ogół ludności poziom dochodów nie maleje.

Obniżenie statusu dochodowego rodzi naturalny sprzeciw ludzi tym dotkniętych, nawet jeśli dotychczasowe korzyści płynęły w wielkiej części z renty ściąganej przez stulecia i dekady z azjatyckich, afrykańskich i południowoamerykańskich biedaków. Każdy proces tworzy wygranych i przegranych. Uwaga mediów skupia się na coraz zamożniejszym tzw. jednym procencie najbogatszych ludzi Zachodu. Pomijany jest aspekt strukturalny majątku krezusów, złożonego w olbrzymiej większości z aktywów produkcyjnych i finansowych wyłączonych z konsumpcji. Wprawdzie jest to konstatacja brutalna, lecz dla przyszłości świata istotniejszy od krzywdy zachodnich niebieskich kołnierzyków jest los miliardów z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej.

Według danych Banku Światowego, w 1981 r., a więc mniej więcej na dekadę przed dynamicznym początkiem globalizacji, udział ludności świata żyjącej za średnio nie więcej niż 1,90 dolara dziennie (o porównywalnej sile nabywczej PPP z roku 2011) wynosił 42,2 proc., w 1993 r. – 34 proc., w 2011 r. -15,7 proc., a w 2013 r. już tylko – 10,7 proc.

Sporo mówią także w statystyki PKB. Przez 20 lat od 1995 r. do 2016 r. porównywalny globalny produkt brutto per capita wzrósł o dość skromne 40 proc. Taki sam był wzrost w USA i w strefie euro. Gospodarki Chin i innych państw Azji rosły jednak w tym samym czasie kilka razy szybciej.

Na globalizacji skorzystali nie tylko Azjaci. Do beneficjentów należą także Polacy, którzy wytwarzają i mają do podziału ponad dwa razy więcej niż 20 lat temu. Nasze korzyści są umiarkowane w porównaniu z Chinami, Tajlandią i innymi krajami zaliczanymi jeszcze niedawno do państw nierozwiniętych, ponieważ startowaliśmy z wyższego pułapu. Dystans do tygrysów traciliśmy jednak również z powodu własnych błędów, zaniechań i braku konsekwencji.

  • Powiązane tematy:

Chociaż dobroczynny wpływ globalizacji na zmniejszanie nierówności w skali światowej jest bardziej niż zauważalny, to rozziew między Północą a Południem świata pozostaje nadal wielki. Branko Milanovic oszacował, że biedni mieszkańcy USA czy Europy Zachodniej mają dochody wielokrotnie większe niż prawdziwi biedacy z biednych krajów (Global Income Inequality by the Numbers in History and Now, November 2012). Według jego ocen, roczny dochód najbiedniejszych Amerykanów był w okolicach 2010 r. wyższy od dochodów 60 proc. ludności świata.

Rozsądek podpowiada, że nie ma powrotu do przeszłości. Mądrzej zająć się galopującą przyszłością, zwłaszcza, że jej obraz wymyka się z wyobrażeń wysnuwanych z doświadczeń z czasów minionych, więc głowić się trzeba bardziej.

Zasadnicza kwestia ujawnia się już za pierwszym wglądem w statystyki. Międzynarodowa Organizacja Pracy (ILO) ocenia, że w 1990 r. globalny potencjał zatrudnienia wynosił 2,28 mld osób. W 2017 r. wzrósł do 3,45 mld osób. Tymczasem, automatyzacja i robotyzacja zmniejsza popyt na prace świadczone przez najliczniejszą grupę ludzi bez wyższego wykształcenia. To najbardziej narażeni na wyrugowanie z rynku pracy. Tak się stało 200 lat temu z angielskimi tkaczami, którzy znajdowali jednak w końcu zatrudnienie w kopalniach, czy hutach. Perspektywy dzisiejszych niebieskich kołnierzyków wydają się gorsze, ponieważ różnica między krosnem, a łopatą jest jednak mniejsza niż między np. pracą z kluczem francuskim, a analizą nieoczywistych wskazań komputera.

Wpływem tych procesów zajmuje się praktycznie każda firma doradztwa strategicznego. McKinsey szacuje, że połowa wykonywanych obecnie czynności może zostać zautomatyzowana z zastosowaniem już istniejących technologii. W przypadku aż 60 proc. zawodów, przynajmniej 30 proc. związanych z nimi działań wytwórczych poddaje się automatyzacji. Widoki zaczynają być ponure.

W horyzoncie kilkunastu lat katastrofa ma jednak nie nastąpić – to, co jest możliwe ze względów technicznych, niekoniecznie musi być wdrożone. Uwzględnić trzeba opłacalność, jak również kwestie społeczne. Gdyby miało pojawiać się i rosnąć bezrobocie powodowane ekspansją robotyzacji i zaczątków sztucznej inteligencji, pochód kolejnego etapu umaszynowienia pracy można powstrzymywać (do czasu) metodami administracyjnymi lub fiskalnymi.

Jeden zawód na całe życie odchodzi do historii

Z innej strony, nie można wykluczyć, że wzrost gospodarczy będący konsekwencją postępu w procesach wytwórczych przyczyni się do jakiegoś wzrostu zapotrzebowania na pracę ludzką, także w dziedzinach dzisiaj zaniedbanych, np. w opiece nad starszymi, w kreacjach nieodzownych do utrzymania w zdrowiu psychicznym ludzi nieczynnych zawodowo, czy do wykonywania zadań dziś jeszcze nieznanych.

Po analizie sytuacji w 46 państwach (Jobs Lost, Jobs Gained: Workforce Transitions in a Time of Automation), uwzględniwszy wszelkie rozpoznane do dziś uwarunkowania, eksperci McKinsey doszli do wniosku, że do 2030 r. anihilacji może ulec do maksymalnie 30 proc. miejsc pracy, przy czym punkt środkowy tej prognozy to 15 proc. Z uwagi na wysoki poziom wynagrodzeń, a tym samym największe korzyści z potencjalnej automatyzacji, najbardziej narażone na duże ubytki stanowisk pracy ludzkiej są państwa najbogatsze. Dostosować się do nowych warunków, tzn. zmienić pracę lub nie znaleźć nowej, będzie musiało od 75 do 375 mln obecnie zatrudnionych, tj. 3 do 14 proc. globalnej siły roboczej.

Najbardziej narażone na wszelkie tego konsekwencje są państwa najbardziej uprzemysłowione i zarazem najbogatsze. Na Zachodzie jest wszakże dość kapitału i umiejętności, aby z powodzeniem inwestować w automatyzację, a jednocześnie dość dochodów (wyższych w dodatku w wyniku wzrostu będącego efektem postępu technologicznego), a także skłonności do konsumpcji, aby zagospodarowywać nieuniknione w tym procesie nadwyżki siły ludzkiej.

Nawet jeśli założyć w miarę rozsądnie, że przez najbliższą dekadę z okładem na rynkach pracy nie zajdą zmiany na tyle dojmujące, że doprowadzą do zaburzeń społeczno-politycznych, to prawdopodobieństwo względnego ładu będzie wprost proporcjonalne do jakości analizy procesów zachodzących w skali globalnej i do podejmowania wyprzedzających działań zaradczych.

Innymi słowy, nieskuteczne okażą się rozwiązania zaściankowe w rodzaju ceł nakładanych przez prezydenta Trumpa, ani apele o kształcenie zawodowe, jeśli apelujący nie dopowiedzą w końcu, czy kształcić trzeba frezerów, czy może jednak plastyków, muzyków lub stolarzy.

Nastawienie społeczne do wyzwań przyszłości wydaje się umiarkowanie pozytywne. W badaniu firmy Accenture (Reworking the Revolution: Future Workforce) 2/3 przepytanych uznało, że „inteligentne technologie wyzwolą nowe możliwości w mojej pracy” oraz „że ważne i bardzo ważne jest zdobycie najdalej za 3-5 lat nowych umiejętności potrzebnych w pracy z nowymi technologiami. 45 proc. respondentów uznało ponadto, że sztuczna inteligencja zwiększy wydajność ich pracy. Z drugiej strony, jedynie 3 proc. prezesów stwierdziło, że mają zamiar zwiększyć w ciągu trzech lat wydatki na szkolenia pracownicze i naukę nowych zawodów.

Ostrożny optymizm w kwestii zagospodarowania oczekiwanych dużych nadwyżek prostej pracy ludzkiej dotyczy wyłącznie Zachodu dysponującego potencjałem edukacyjnym i zasobami wszelkiego rodzaju kapitału – w tym społecznego.

Afrykańska premia demograficzna wyzwaniem dla świata

Zachód, a poprawniej Północ świata, nie bierze udziału w globalnej eksplozji demograficznej i dlatego ośrodki opiniotwórcze lekceważą ten olbrzymi problem. Pewna refleksja przyszła wraz z falami imigracji, ale nadal dominuje przekonanie, że wystarczą zasieki i mury; zaledwie przez kilkanaście lat liczba ludności świata wzrosła z 7 mld do 7,6 mld. Do 8 miliardów dojdziemy w ciągu najbliższych 6-7 lat.

Wobec braku jakichkolwiek polityk demograficznych lub ich zarzucenia (Chiny), nieuniknione wielkie nadwyżki słabo kwalifikowanej pracy na Południu stanowić mogą już niebawem wyzwanie wręcz dramatyczne. Trzeba się nad tym pochylać, unikając szablonów i koncentracji na własnych zaściankach, bo globalizacja przekracza bez trudu każde płoty.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test