Gospodarka USA nie funkcjonuje w próżni

02.01.2017
Amerykański prezydent-elekt powinien mieć relatywnie wolną rękę przy wprowadzaniu swojego planu gospodarczego. Republikanie mają większość w obu izbach Kongresu. Wydaje się zatem, że prawdopodobnie skorzysta on na przełamaniu impasu politycznego, paraliżującego ten organ przez ostatnie sześć lat.


Gospodarka Stanów Zjednoczonych nie funkcjonuje jednak w próżni. Jeśli więc Donaldowi Trumpowi ma się udać obiecane osiągnięcie szybkiego wzrostu i prawdziwej stabilizacji finansowej, to będzie potrzebował jakiejś pomocy z zagranicy.

Głównymi elementami strategii, która ma pobudzić wzrost gospodarki USA – obecny i potencjalny – Trump uczynił inwestycje w infrastrukturę, reformę podatkową oraz deregulację. Przekonany, że jego plan będzie się rozwijał zgodnie z zamierzeniami, ustanowił ambitne cele, w tym wzrost PKB zbliżony do 4 proc.

Na razie wygląda, że inwestorzy zostali w większości przekonani. Przyjąwszy założenie, że przyszła administracja Trumpa ostatecznie powstrzyma się od wywołania wojny handlowej, pośpiesznie wliczyli w ceny optymistyczne prognozy szybszego wzrostu, wyższą inflację, a także to, że na rynki finansowe wpłynie więcej pieniędzy. To właśnie umożliwiło Rezerwie Federalnej USA rozpoczęcie normalizacji nastawienia w polityce pieniężnej. Podnosząc stopy procentowe 14 grudnia o 25 punktów bazowych Fed jednocześnie zaznaczył, że w 2017 roku tempo takich podwyżek ulegnie przyspieszeniu.

W efekcie rynki wydają się przekonane, że USA stopniowo wydobędą się z przedłużonego okresu nadmiernego polegania na niekonwencjonalnej polityce pieniężnej i  zastąpią ją miksem luźniejszej polityki fiskalnej oraz prowzrostowych reform strukturalnych. Podobne podejście stosowane było przez byłego prezydenta Ronalda Reagana. Prezydent Obama też usiłował wprowadzić podobne podejście, ale zniechęcił go do tego bardzo spolaryzowany Kongres.

Oczekiwania, że Trumpowi na tym froncie powiedzie się lepiej, wywołały podręcznikową reakcję cen aktywów. Ceny akcji poszły mocno w górę (najbardziej spółek finansowych i przemysłowych). Wzrosło oprocentowanie amerykańskich obligacji skarbowych – zarówno w ujęciu indywidualnym, jak i w porównaniu z obligacjami innych gospodarek rozwiniętych. A kurs dolara poszybował do poziomu nie widzianego od 2003 roku.

I tu w grę wchodzi reszta świata. Innym najważniejszym gospodarczo krajom – konkretnie, w Europie i w Azji – dokonanie takiej reorientacji miksu rozwiązań może sprawiać znacznie większe trudności niż USA (ich miks charakteryzuje wciąż nadmiernie luźna polityka pieniężna, niewystarczające reformy strukturalne, a w niektórych przypadkach – także nadmiernie surowa polityka fiskalna). Jeśli zaś tej reorientacji nie dokonają, kontynuowanie podwyżek przez Fed zachęci inwestorów do wymienienia posiadanych obligacji niemieckich i japońskich – zwłaszcza tych, bo ich dochodowość jest niska, a nawet ujemna – na dające większą rentowność papiery amerykańskie. Spowodowana tym fala napływu kapitału do USA może wznieść wartość dolara jeszcze wyżej.

W USA gospodarka ma się o wiele lepiej niż w większości pozostałych krajów rozwiniętych. Jej położenie nie jest jednak przecież na tyle bezpieczne, by przetrzymała dłuższy okres znacznie silniejszego dolara, który podkopałby jej konkurencyjność międzynarodową – a tym samym jej gospodarcze perspektywy w szerszym ujęciu. Zagrożenie zwiększa fakt, iż taki rozwój wydarzeń mógłby pobudzić  administrację Trumpa do urzeczywistnienia protekcjonistycznej retoryki, co potencjalnie osłabiłoby zaufanie rynków i firm oraz – gdyby sprawy zaszły dostatecznie daleko – wywołałoby nawet reakcję ze strony głównych partnerów handlowych.

Jeśli obietnice Trumponomiki mają być dotrzymane, kluczowe kraje – szczególnie Niemcy (największa i najbardziej wpływowa gospodarka Europy) oraz Chiny i Japonia – muszą promować własne, prowzrostowe korekty rozwiązań polityki gospodarczej. Powinny szybko wprowadzić wzmacniające wzrost reformy strukturalne, które wesprą stymulację monetarną. W Niemczech potrzebna będzie ponadto luźniejsza polityka fiskalna, a także przyjęcie bardziej pojednawczego stanowiska wobec redukcji długów pogrążonej w kłopotach Grecji.

Na nieszczęście dla Trumpa reszta świata nie wydaje się na tym etapie gotowa do zastosowania tak wszechstronnego zwrotu. Właśnie dlatego nowo mianowani członkowie jego zespołu ekonomicznego powinni – oprócz promowania jego prowzrostowego programu w kraju – nawiązać bezpośredni kontakt ze swoimi odpowiednikami w Niemczech, w Chinach i w Japonii. Miałoby to na celu poprawę międzynarodowej koordynacji polityki ekonomicznej.

Niemcy, Chiny i Japonia mają istotne powody, by przyjąć takie podejście. W tym momencie nie odeszły one jeszcze w stopniu wystarczającym od ekspansji monetarnej. Rośnie tam więc ryzyko dodatkowych szkód ubocznych i niezamierzonych konsekwencji; a prowzrostowe reformy strukturalne są opóźnione. Co więcej, wspomożenie USA w osiągnięciu solidnego i trwałego wzrostu stałoby się pośrednio bodźcem dla ich własnych gospodarek. Pomogłoby to również uniknąć scenariusza, w którym administracja Trumpa – pod presją polityczną – zagroziłaby posunięciami protekcjonistycznymi, co zwiększyłoby ryzyko wojny handlowej, na której ucierpieliby prawie wszyscy.

Pomimo niepewności jaka otacza zbliżającą się nieuchronnie prezydenturę Trumpa, jedno jest pewne – przynajmniej na papierze: dysponuje on naprawdę dużą możliwością pobudzenia wzrostu gospodarczego w USA. On sam i jego zespół muszą jednak poświęcić czas na demontaż potencjalnych międzynarodowych przeszkód na drodze do sukcesu.

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test