content

Handlowe zwycięstwo Europy

24.08.2018
Sytuacja w handlu transatlantyckim uspokoiła się, kiedy porozumienie, które  w lipcu 2018 r. zawarli prezydent USA Donald Trump i przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, rozwiało obawy dotyczące totalnej wojny celnej. Uzgodnienie umowy było zaskoczeniem, choć być może nie powinno.

Daniel Gros (PS)


U podstaw porozumienia Junckera i Trumpa leży zobowiązanie, że Unia Europejska i Stany Zjednoczone „będą wspólnie pracować na rzecz zerowych ceł, zerowych barier pozataryfowych i zerowych subsydiów na towary przemysłowe spoza sektora motoryzacji”, bez wprowadzania tymczasem nowych barier handlowych. W rzeczywistości jednak nie chodzi tu o możliwość zawarcia umowy o wolnym handlu. Naprawdę istotne jest w tym przypadku zakończenie eskalacji wzajemnych działań odwetowych rozpoczętych decyzją Trumpa, a dotyczących nałożenia ceł na stal eksportowaną do USA z Europy.

Prezydent Stanów Zjednoczonych dysponuje uprawnieniami do jednostronnego nakładania ceł i innych barier handlowych w interesie bezpieczeństwa narodowego. To dlatego Donald Trump mógł rozpocząć swoją osobistą wojnę handlową, bez jakichkolwiek konsultacji z Kongresem Stanów Zjednoczonych. Tymczasem przyjęcie całościowej umowy handlowej wymagałoby zgody Kongresu. Biorąc pod uwagę wielość grup interesu, które zostałyby zmobilizowane do działania przeciwko takiej umowie, jest bardzo mało prawdopodobne, aby w najbliższym czasie weszła w życie jakakolwiek umowa handlowa – nawet ograniczona do produktów przemysłowych.

Patrząc z perspektywy historycznej, Stany Zjednoczone były w stanie zawrzeć umowy handlowe tylko wtedy, gdy koalicja podmiotów, które skorzystałyby na lepszych możliwościach eksportowych, zapewniła sobie większą liczbę głosów grup zagrożonych przez konkurencję importową. Kiedy handel uważany jest za kwestię ekonomiczną, zwykle możliwe jest zebranie takiej koalicji, ponieważ korzyści wynikające z liberalizacji handlu przeważają nad kosztami.

Ale w Stanach Zjednoczonych często okazywało się to trudniejsze niż gdzie indziej, ponieważ handel odgrywa stosunkowo niewielką rolę w amerykańskiej gospodarce. Eksport towarów może być głównym przedmiotem zainteresowania prezydenta Trumpa, ale w rzeczywistości odpowiada za mniej niż 10 proc. krajowego PKB. Bezpośrednie zatrudnienie w gałęziach przemysłu związanych z eksportem nie odgrywa znaczącej roli na amerykańskim rynku pracy.

Natomiast w Europie eksport odpowiada w większości krajów za ponad 25 proc. PKB. W Niemczech udział eksportu przekracza nawet 50 proc. Kiedy jakaś gospodarka jest tak uzależniona od handlu, to o wiele łatwiej jest przedstawić argumenty za jego liberalizacją. Dlatego właśnie Europa od dawna wykazuje większy entuzjazm dla transatlantyckiej umowy o wolnym handlu niż Stany Zjednoczone. Negocjacje w sprawie takiej umowy – transatlantyckiego partnerstwa w dziedzinie handlu i inwestycji (Transatlantic Trade and Investment Partnership) – utknęły w martwym punkcie jeszcze w czasie prezydentury Baracka Obamy.

Poza zawartym porozumieniem Juncker najwyraźniej złożył osobistą obietnicę, że Unia Europejska będzie kupować więcej amerykańskich produktów rolnych. To zobowiązanie jest zarazem puste, jak i łatwe do spełnienia.

Jest puste, ponieważ Komisja Europejska nie ma budżetu na zakup amerykańskiej soi ani żadnych sposobów, aby skłonić do tego konsumentów w UE. Jest jednocześnie łatwe do spełnienia, ponieważ Chiny już nałożyły cła na amerykańską soję w odwecie za amerykańskie cła na eksport chińskich towarów. Oznacza to, że producenci soi spoza USA prawdopodobnie przekierują swój eksport na rynek chiński, uwalniając tym samym rynek UE dla producentów amerykańskich. Głównym skutkiem chińskich ceł na amerykańską soję będzie zatem przekierowanie globalnych przepływów tego produktu.

Ale rola Chin wykracza poza kwestię soi. W rzeczywistości to właśnie dynamika relacji handlowych z Chinami wyjaśnia gotowość prezydenta Trumpa do zawarcia porozumienia z Junckerem.

Taryfy na import do Stanów Zjednoczonych mają znacznie większe oddziaływanie, jeśli objęci nimi są tylko chińscy eksporterzy. Wprowadzenie 25 proc. cła, np. na silniki lotnicze z Chin, pozwoliłoby producentom z innych krajów na zwiększenie udziałów w rynku, natomiast gdyby tę samą taryfę musieli płacić wszyscy, warunki gry pozostałyby niezmienione.

Zapewnienie, że na Unię Europejską nie zostaną nałożone takie same cła jak na Chiny ma szczególne znaczenie, ponieważ w wielu branżach dostawcy ze Starego Kontynentu są głównymi konkurentami chińskich eksporterów. Biorąc pod uwagę fakt, że UE konkuruje również ze Stanami Zjednoczonymi na rynku chińskim, przemysł europejski może w rzeczywistości (nieznacznie) zyskać na chińsko-amerykańskiej wojnie handlowej. Dopóki USA i Chiny będą walczyły w sprawie handlu, dopóty transatlantycki rozejm będzie stanowić sukces Europy.

Rozejm ten nie jest nawet w przybliżeniu tak korzystny dla Chin. Chociaż przywódcy tego kraju wciąż składają deklaracje poparcia dla zasad wolnego handlu, do tej pory pozostawali niechętni do wzięcia pod uwagę skarg płynących zarówno ze strony Stanów Zjednoczonych, jak i Europy. Jeśli Chiny chcą zyskać sojuszników w swojej wojnie handlowej ze Stanami Zjednoczonymi, będą musiały zrewidować wiele spośród krajowych przepisów i praktyk stanowiących de facto dyskryminację zagranicznych konkurentów.

Tak więc porozumienie między UE i USA wysunęło na pierwszy plan pytanie, przed którym stoją przywódcy Chin, a mianowicie – czy należy utrzymać silne rządowe wsparcie dla krajowego przemysłu. O ile stosowanie działań protekcjonistycznych mogło być uzasadnione 20 lat temu, o tyle obecnie gospodarka Chin jest znacznie bardziej konkurencyjna. Wszelkie korzyści, jakie Chiny czerpią z takich działań, mogą zostać zniwelowane przez eskalację wojny handlowej – zwłaszcza teraz, gdy UE jest bezpieczna, a Chiny będą musiały samodzielnie stawić czoło Stanom Zjednoczonym.

Daniel Gros – dyrektor think-tanku Center for European Policy Studies

© Project Syndicate, 2018

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły