Król rozpuszczalników

09.08.2012
Ani w Rosji, ani u Putina nie ma środków, żeby zadusić Białoruś - powiedział Aleksander Łukaszenka podczas dorocznego orędzia do narodu. To brutalne i szczere do bólu stwierdzenie adresowane było nie do jakiegoś wroga Białorusi, ale do najbliższego sojusznika, z którym od lat budowane są sojusze. Białoruś i Rosja zachowują się trochę jak stare, skazane na siebie małżeństwo, w którym wzajemne zaufanie nie jest sprawą pierwszoplanową.

Aleksandr Łukaszenka (CC BY-NC-ND Expo Socialism)


Nie raz bywało tak, że Białoruś po prostu wykorzystywała swojego sojusznika, szantażując go swoim położeniem geopolitycznym. A Rosja jako silniejszy partner, tam, gdzie może, starała się ugrać coś dla siebie. Często więc stosunki białorusko – rosyjskie w ramach Unii Celnej sprawiają wrażenie wzajemnych podchodów, zastawiania na siebie pułapek czy nawet mniejszych lub większych oszustw.

Związek zawarty pod naciskiem

Białoruś mocno opierała się przed wstąpieniem do Unii Celnej z Rosją i Kazachstanem, wiedząc, że dla ówczesnego premiera Putina, który chce stać się „sobiratelem sowieckich ziemiel”(Zbieracz Ziem Rosyjskich – przydomek wielkiego księcia moskiewskiego Iwana III, ojca Iwana Groźnego, który w XV w. rozpoczął proces jednoczenia Rosji pod hasłem jednoczenia prawosławnych)  jest to projekt priorytetowy i dlatego jest szansa, by coś dla siebie wytargować.

Kreml nie pozostawał dłużny stosując brutalne naciski. Na początku 2010 r. Rosjanie wprowadzili np. cła na import ropy – i ceny surowca przeznaczonego do produkcji eksportowych benzyn – jednego z głównych źródeł przychodów do białoruskiego budżetu wzrosła dwukrotnie z dnia na dzień, niemal dobijając białoruskie rafinerie. Białoruś odpowiedziała na to rozpoczęciem dostaw surowca z Wenezueli. To nic, że nie był tańszy od rosyjskiej ropy – ale przynajmniej udowodniła, że łatwo się jej nie zaszantażuje. Była też długotrwała kampania antyłukaszenkowa w rosyjskich mediach należących do państwowego Gazpromu, gdzie białoruski prezydent był przedstawiany jako szef mafii i morderca przeciwników politycznych.

Integracja za tanią ropę i gaz

Białoruś długo opierała się namowom sąsiada, by w końcu ulec, ale nie za darmo. Łukaszenka uzależniał podpisanie jakichkolwiek dokumentów od zawarcia umowy o przejściu w rozliczeniach za surowce energetyczne na ceny obowiązujące na rosyjskim rynku wewnętrznym. Postulat z wszech miar sensowny, bo w innym wypadku białoruska gospodarka natychmiast straciłaby resztki konkurencyjności w stosunku do Rosji i Kazachstanu, gdzie tanich surowców energetycznych jest w bród. Białoruski prezydent sukces osiągnął – ropa płynie za połowę ceny. Gaz po sprzedaniu gazociągu również jest tańszy o połowę niż w Europie.

Niestety, uruchomiono też procesy integracyjne, z których trudno się wycofać nawet, gdy są niezgodne z interesem Białorusi. Nie przypadkowo wspólny obszar celny jest oparty w głównej mierze na rosyjskim kodeksie celnym – chroniącym przede wszystkim rosyjskich przedsiębiorców.

– To czysty protekcjonizm – nasz wspólny kodeks celny w 95 proc. oparty jest na rosyjskim dokumencie – uważa białoruski ekonomista Siarhej Czały. – Rosja chce po prostu swoje protekcjonistyczne metody rozprzestrzenić na większym terytorium.

Rosjanie już na początku przeforsowali drastyczne zwiększenie cła na używane samochody sprowadzane na Białoruś z UE. W sytuacji, w której Białoruś nie produkuje aut osobowych – głównym beneficjentem tych rozwiązań stały się rosyjskie fabryki samochodów. A Białorusini przed wejściem w życie nowych rozporządzeń rzucili się do zakupów kilkunastoletnich aut z UE, czym zwiększyli jeszcze niebezpiecznie rosnący deficyt handlowy.

Za swoimi interesami skutecznie lobbują rosyjskie firmy komputerowe. Już w sierpniu poznamy listę sprowadzanych urządzeń elektronicznych, na które Białoruś będzie musiał podnieść cło. Według szacunku Czałego Białorusini tracą w ciągu roku na wyższych cłach ok. 1 mld dol. Białoruś zyskuje za to ok. 3 mld dol. na tanich surowcach. Prezydent Putin ocenił wysokość subsydiów na poziomie 4,1 mld dol. Jednak białoruski rząd jest o wiele mniej optymistyczny w tym względzie. Zdaniem premiera Michaiła Miasnikowicza rosyjski wkład jest znacznie skromniejszy i wynosi jedynie 700 mln dol.

opr. DG/ CC BY-NC-ND Expo Socialism/CC BY-SA www.steveconover.info

Król rozpuszczalników

Na początku bieżącego roku Białoruski prezydent wydał rozkaz, by zlikwidować wynoszący miliard dolarów deficyt w handlu zagranicznym. Podjęte metody dalekie były od klasycznej ekonomii. W kraju poszczególne instytucje państwowe – ministerstwa, władze lokalne itp. otrzymały zadanie nakłonienia lokalnych przedsiębiorstw do produkcji towarów zastępujących dobra importowe. Przed fabrykami postawiono zadanie produkcji np. jajek z niespodzianką, wózków dla lalek, futrzanych płaszczy itp. Łukaszenka domagał się również zwiększenia eksportu.

I nagle zdarzył się cud – okazało się, że Białoruś stała się eksporterem połowy światowej produkcji rozpuszczalników na bazie ropy. Dlaczego właśnie rozpuszczalników – dziwnym trafem za produkowane na bazie rosyjskiej ropy rozpuszczalniki Białoruś nie musi odprowadzać do rosyjskiego budżetu ceł eksportowych, tak jak w przypadku paliw. Jeszcze w 2011 r. Białoruś zaczęła eksportować ponad osiem razy więcej rozpuszczalników.

Prawdziwy boom nastąpił jednak w tym roku – zdaniem gazety Izwiestia, która pierwsza opisała sprawę, eksport produktów chemicznych wzrósł o 125 razy w porównaniu do analogicznego okresu w roku poprzednim. Dziennikarze rosyjskiej gazety przytaczają liczby uzyskane ze źródeł państwowych, z których wynika, że w samym 2011 r. Białoruś wyeksportował 2 mln ton rozpuszczalników na sumę 1,5 mld dol. choć w tym samym czasie Rosja udało się sprzedać za granicę jedynie 19,5 tyś t. rozpuszczalników.

Jedna czwarta eksportu trafiła również do Holandii, do której nigdy przedtem ich nie eksportowano, przy jednoczesnym zmniejszeniu eksportu benzyn do tego kraju. Zdaniem rosyjskiego ekonomisty Jurija Juszowa z Fundacji Narodowego Bezpieczeństwa Energetycznego, zajmującego się białorusko – rosyjską współpracą energetyczną – rozpuszczalniki na granicy łotewskiej nagle zmieniają swoją nazwę i stają się paliwami samochodowymi. Podobnie podejrzewają dziennikarze Izwiestii i przede wszystkim rosyjski rząd, który ustami wiceministra finansów i szefa służby celnej wyrazili zaniepokojenie procederem.

Zdaniem Juszkowa „afera” rozpuszczalników jest właśnie próbą zbalansowania handlu zagranicznego przez Łukaszenkę na koszt rosyjskiego budżetu, który rocznie traci setki milionów dolarów. Co ciekawe, eksport rozpuszczalników wzrósł gwałtowniej na początku 2012 r. – gdy Rosjanie zaczęli przebąkiwać, że coś tu nie gra.

Kreml wprowadza dyscyplinę

– Wcześniej Kreml zamykał na to oczy, bo ceny ropy były wysokie, co gwarantowało wpływy do budżetu. Teraz, gdy ceny ropy spadają i przed Rosją pojawiła się groźba deficytu budżetowego, Kreml rozgląda się za dodatkowymi dochodami – twierdzi Juszow.

Jednak jego zdaniem Rosja nigdy nie odzyska ceł za paliwa, które sprzedano pod szyldem rozpuszczalników – co najwyżej może zmusić Białoruś, by nie robiła takich trików w przyszłości.

– W sprawę zamieszane są elity biznesowe Białorusi i prawdopodobnie również władze. Jednak Rosja będzie problem wyciszać. Skandal nie potrzebny jest ani Kremlowi ani białoruskim władzom ani krajom bałtyckim, które też odbierały te tak zwane „rozpuszczalniki” – twierdzi.

Podczas ostatniej wizyty Miedwiediewa w Mińsku zapowiedziano powołanie specjalnej komisji, co w języku relacji białorusko-rosyjskich oznacza po prostu rozmydlenie sprawy. Tym bardziej, jak podkreśla ekonomistka Tacciana Manionok zajmująca się rynkiem paliwowym, że w proceder były zaangażowane również rosyjskie firmy, które przerabiają swój surowiec w białoruskich rafineriach. Zdaniem ekspertki Białoruś zgadzała się na machinacje z rozpuszczalnikami w interesie swojego przemysłu rafineryjnego, który znajduje się w rękach państwa. Jej zdaniem, mechanizm jest tak sprytny, że Rosjanom ciężko będzie udowodnić, że doszło do złamania prawa i najprawdopodobniej Rosja w ramach Unii Celnej będzie musiała po prostu przeforsować wprowadzenie ceł na rozpuszczalniki.

Na inny problem patologii działania Unii Celnej wskazuje Andrej Suzdalcew, rosyjski politolog zajmujący się relacjami rosyjsko-białoruskimi. Jego zdaniem Białoruś wykorzystała dostęp do rosyjskiego rynku w ramach Unii Celnej do reeksportu zagranicznych towarów udających białoruskie pochodzenie. Np. jego zdaniem Białoruś na zachodzie kraju w kilku zakładach na masową skalę w taki sposób „przewarza” tańsze polskie mięso, by potem wysyłać je do Rosji bez płacenia ceł.

Wszystko przez ten pośpiech

Tacciana Manionok podkreśla, że Kremlowi niezwykle zależy na pogłębianiu integracji, która ma zakończyć się w 2015 r. powstaniem Unii Euroazjatyckiej – tworu wzorowanego na UE. „Niedawno podpisano 17 ważnych umów integracyjnych – jednak również pod presją czasu zgodzono się na wprowadzenie specjalnych wyjątków np. dających preferencje białoruskiemu rolnictwu”. Ekspertka przypomina również, że nie określono zasad makroekonomicznych na jakich ma się opierać nowa wspólnota „Ubiegłoroczna dewaluacja białoruskiego rubla dała niespodziewanie duże preferencje białoruskim eksporterom. Z kolei Białorusi może zaszkodzić samodzielne wstąpienie Rosji do WTO, co otwiera rynki i zwiększa konkurencję – i dlatego Łukaszenka będzie bronić za wszelką cenę działających na swoim rynku monopoli.” – uważa Manionak.

Białoruś jest w niełatwej sytuacji, bo państwowa gospodarka nie może pochwalić się dużą konkurencyjnością. Białoruskie władze nie chcą całkowicie sprzedawać firm państwowych, ale raczej ukrywać je pod rosyjskim parasolem poprzez tworzenie wspólnych holdingów. Tak się dzieje w przypadku Mińskiej Fabryki Ciężarówek MAZ, który ma połączyć się z rosyjskim KAMAZEM. W przypadku białoruskiego producenta nawozów potasowych „Bialruskalij”, mimo wyraźnych rosyjskich sugestii, Łukaszenka zapowiedział sprzedaż Rosjanom jedynie pakietu mniejszościowego.

Manionok podkreśla, że jest to niewygodna sytuacja dla rosyjskich inwestorów prywatnych, bo trudno im pogodzić swoje interesy z interesami działających w zupełnie inny sposób firm państwowych. „Rosyjscy politycy i oligarchowie jednak uważają, że prędzej czy później gospodarka Białorusi musi trafić pod ich całkowitą kontrolę” – podkreśla ekspertka.

Pragmatyka przede wszystkim

Łukaszenka zdaje sobie sprawę, że dla Putina projekt integracji, to sprawa największych ambicji. Rosyjski premier przecież uważa rozpad ZSRR za największą katastrofę geopolityczną XX w i chciałby być tym, który odwróci ten trend. Za dobre samopoczucie rosyjskiego lidera Łukaszenka każe sobie drogo płacić i stara się wykorzystać mechanizmy integracyjne dla swoich celów – nie zawsze w elegancki sposób. Zbliżają wybory do marionetkowego parlamentu – białoruski prezydent zaczął znów przebąkiwać, że należy odgórnie podnieść Białorusinom płace do średniego poziomu 500 dol. Już raz taka sytuacja miała miejsce – skończyło się gwałtownym wzrostem deficytu w handlu zagranicznym i równie gwałtowna dewaluacją, która znów zmniejszyła zarobki Białorusinów. Potrzebne są pieniądze i przy kreatywności białoruskich władz można się spodziewać, że wkrótce zostaną wymyślone jakieś nowe „rozpuszczalniki.”

Jakub Biernat


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test