• Jolanta Liczbińska

Łatwiej wspierać małe niż prawdziwe innowacje

11.02.2012
Innowacje prowadzą do szybszego wzrostu PKB, ale w Polsce wartościowe projekty innowacyjne przepadają. I nadal tak będzie, jeśli nie zmienimy zasad konkursu na unijne środki – mówi w wywiadzie Jerzy Kwieciński, prezes Europejskiego Centrum Rozwoju Przedsiębiorczości.

PAP


Obserwator Finansowy: Jak pan, z pozycji eksperta od przedsiębiorczości, ocenia wpływ środków unijnych i Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka na unowocześnianie naszej gospodarki?

Jerzy Kwieciński: W ocenie rzeczywistego wpływu środków unijnych na wzrost innowacyjności naszej gospodarki niezbędna jest duża doza realizmu. Inwestujemy prawie 300 mld złotych rocznie. Większość pieniędzy pochodzi z sektora prywatnego. W zestawieniu z tymi nakładami, środki jakie otrzymujemy z Unii nie są wielkie, nie mogą więc znacząco wpłynąć na charakter inwestycji. Nie takie też jest ich zadanie. W całym okresie budżetu unijnego w latach 2007–2013 na realizację projektów w ramach Innowacyjnej Gospodarki Polska otrzyma z Unii łącznie około 8,7 mld euro, czyli około 5 mld złotych rocznie.

Trudno na tym oprzeć innowacyjność całej gospodarki. Program ma przede wszystkim znaczenie katalityczne i jako taki już odegrał istotną rolę. W perspektywie lat 2007-2013 naszym wielkim osiągnięciem, zarówno ekonomicznym jak i społecznym, jest to, że o innowacyjności zaczęło się mówić poważnie. To, że wreszcie drgnął poziom wydatków na badania rozwojowe, z 0,57 proc. PKB do 0,68 proc, jest tego konkretnym dowodem. Komisja Europejska, oceniając nasze postępy, przeniosła już Polskę z grupy krajów, których gospodarka wykazuje najniższy stopień innowacyjności, oczko wyżej, do grupy „umiarkowanych innowatorów”.

Czy ten unijny katalizator nie jest na razie bardziej mentalny niż finansowy?

Funduszom unijnym zawdzięczamy przede wszystkim przyspieszoną zmianę sposobu myślenia oraz postaw polityków i przedsiębiorców. Sama nazwa programu, wskazująca jednoznacznie zależność konkurencyjności od innowacyjności, okazała się stymulująca. Gdybym szukał analogii do wcześniejszych procesów gospodarczych, to porównałbym tę sytuację do początku lat 90–tych, kiedy masowo powstawały małe oraz średnie przedsiębiorstwa i zaczęliśmy mówić o polityce wobec nich, wówczas zupełnie w Polsce nowej.

W tej chwili znaleźliśmy się na drugim etapie rozwoju przedsiębiorczości. Charakteryzuje go coraz głębsze zrozumienie, że innowacyjność jest warunkiem, bez którego nie można prowadzić konkurencyjnej gospodarki. Większość przedsiębiorców już widzi, że w planowaniu przyszłości firmy, od myślenia o innowacyjności nie ma ucieczki.

Czy projekty zgłaszane i realizowane w ramach POIG to potwierdzają?

Program Operacyjny Innowacyjna Gospodarka funkcjonuje inaczej niż pozostałe programy o zasięgu krajowym. Wdrażane projekty wymagają zwykle kilku lat realizacji. Mamy już wysoką kontraktację: powyżej 70 proc. środków objętych jest umowami podpisanymi z przedsiębiorstwami i z ośrodkami naukowymi. Ale ich realizacja właściwie dopiero teraz ruszyła pełną parą.

Za wcześnie więc na ocenę bezpośredniego przełożenia wpływu środków unijnych na wzrost innowacyjności. Na obecnym etapie nie można jeszcze ustalić, w jakim stopniu finansowanie jakie otrzymały firmy przełożyło się na ich konkurencyjność i zdolność eksportową. Trudno wyliczyć, o ile przedsiębiorstwom udało się zwiększyć dochody i opłacalność swojego eksportu. A to jest głównym miernikiem podniesienia konkurencyjności w efekcie wprowadzenia nowoczesnych produktów i procesów.

Bądźmy jednak realistami – jeżeli weźmiemy pod uwagę najczęściej używane wskaźniki:  wysokość wydatków ponoszonych na badania i rozwój, liczba patentów, liczba produktów wysoko przetworzonych i eksportowanych, to ciągle jeszcze jako kraj wypadamy bardzo słabo.

W  konkursach POIG nie wygrywają już projekty nadruków na kartony, czy zmiany koloru kostki brukowej. Ale czy innowacyjność nie sprowadza się nadal jedynie do zakupu nowocześniejszych maszyn?

Projekty, które otrzymały finansowanie unijne, są niestety potwierdzeniem, że w większości przypadków środki te nie zostały wykorzystane na wspieranie pomysłów innowacyjnych, które wdrażane byłyby w kraju od zera, włącznie z badaniami. Przeznaczono je głównie na zakup nowszych technologii, często pojedynczych urządzeń, które zastąpiły stare przy wytwarzaniu sprawdzonego już produktu.

Dopiero teraz widzimy, że finansowanie odtworzeniowych technologii, nie opartych na badaniach rozwojowych – nie było optymalnym rozwiązaniem. Koszt był ogromny, a efekt – z punktu widzenia innowacyjności –  stosunkowo niewielki. Na szczęście nie wszystkie środki z POIG tak wykorzystano. Zupełnie innym doświadczeniem okazał się na przykład dwufazowy projekt 1.4 – 4.1 POIG, w ramach którego najpierw można było sfinansować badania, w działaniu 1.4, a później wdrożenie ich wyników, w działaniu 4.1.

Jednak z takim działaniem od podstaw są kłopoty.

Poważnym problemem dla małych firm jest proces patentowania. Przyjmując, że w konkursach najwyżej punktowane są pierwsze wdrożenia, to projekt, który dawałby nam szanse w międzynarodowej konkurencji, wymaga nie tylko krajowego patentu. Tymczasem do dziś nie mamy jednolitego patentu europejskiego, a koszty ochrony wynalazku w Unii są wyjątkowo duże, powyżej 30 tys. euro. Znacznie przewyższają koszty ponoszone na ten cel na przykład w USA.

POIG był krytykowany za brak innowacyjności w innowacyjnych projektach, za wadliwe zasady punktacji w konkursach. Twórcy wartościowych projektów nadal mają trudności z udowodnieniem, że są one nowatorskie. Dlaczego?

W zbyt wielu przypadkach, podczas wyboru projektów, większy nacisk kładzie się na kwestie formalne, proceduralne. Podważenie innowacyjności, brak certyfikatu ISO lub brak punktów za ochronę środowiska, w projektach dla środowiska neutralnych, są powodem odrzucenia wielu cennych wniosków.

Przyczyną niewłaściwych decyzji, jest także subiektywne podejście ze strony oceniających projekty ekspertów. Przypadki instytutowych i personalnych animozji, przekładających się na różnice w ocenach, wcale nie są rzadkie. Moim zdaniem, przynajmniej w przypadku szczególnie ciekawych projektów,  powinniśmy przyjąć kolegialny system opiniowania. Jeżeli na przykład mamy możliwość sfinansowania 50 dobrych projektów, a zgłoszonych jest ich 500, to warto wybrać spośród nich 100 do oceny podczas przesłuchań komisyjnych. Precedens już jest – w ten sposób projekty wybierały władze województw. Problem dojrzał do rozwiązania i szereg instytucji dostrzega pilną potrzebę stworzenia spójnej i bardziej efektywnej koncepcji selekcjonowania wniosków.

W opinii Unii Europejskiej przyczyną niedostatecznej innowacyjności naszej gospodarki jest brak ścisłych powiązań między przedsiębiorstwami i ośrodkami naukowymi. Jakie są najistotniejsze tego przyczyny?

Widzę trzy istotne przyczyny braku takich powiązań. Pierwsza, to że w przyjętym u nas systemie większość pieniędzy na badania kieruje się do firm za pośrednictwem sektora badawczo – rozwojowego. Założenie, że sektor B+R lepiej wie, jakie są potrzeby biznesu i jak wprowadzić innowacyjność do firm, jest z natury błędne.

Druga to zła struktura wydatków na B+R. Mamy nie tylko niewielkie środki na badania, 0,68 proc. PKB, ale również bardzo złą strukturę tych wydatków. Tylko jedną czwartą wykładają firmy, aż trzy czwarte pochodzi z sektora publicznego, w tym również ze środków unijnych. Tymczasem to firmy powinny inwestować większość środków, a sektor publiczny najwyżej jedną trzecią tych nakładów.

Trzecią przyczyną jest brak „ssania” na projekty badawczo–rozwojowe ośrodków naukowych ze strony firm. Mówię tu o badaniach stosowanych – przemysłowych, czyli rozwojowych. Właśnie w odniesieniu do takich badań przedsiębiorstwa powinny zgłaszać swoje zamówienia. Takie podejście bardzo wyraźnie jest zaakcentowane w nowej unijnej strategii „Europa 2020”. Jest tam właśnie postulat, by wsparcie finansowe na projekty badawczo–rozwojowe było odpowiedzią na konkretne zapotrzebowania firm.

Jeżeli przedsiębiorcy nie są zainteresowani prowadzeniem badań w luksusowej sytuacji, kiedy ciężar kosztów ponosi sektor publiczny, to jak można oczekiwać, że zechcą wykładać na nie więcej własnych środków?

Trzeba ich przekonać, że im się to opłaci. Żeby ten system dobrze funkcjonował potrzebni są pośrednicy, instytucje otoczenia biznesu, np. agencje czy firmy pośredniczące w przepływie wiedzy, pomysłów i efektów badań pomiędzy światem nauki i światem biznesu. Stworzenie, we współpracy z sektorem prywatnym, takiego systemu to pilne zadanie, nie tylko dla wyższych uczelni, ale dla administracji, również samorządowej.

Taki system, znacznie lepiej niż w Unii, działa w USA. Tam pośrednicy są bardzo efektywni. Dobry pomysł znajduje chętnych do jego sfinansowania, bo eksperci do spraw technologii, menedżerowie i specjaliści niezwłocznie przeliczają pomysł na korzyści rynkowe i proponują go właściwemu inwestorowi czy funduszowi. Naturalnym środowiskiem do tworzenia takich systemów są struktury klastrowe.

Pieniądze z Unii, ale system amerykański?

Myślę, że właśnie taka powinna być polska droga do komercjalizacji badań naukowych. Moim zdaniem ciągle stoimy przed wyzwaniem, jakim jest stworzenie prawidłowych mechanizmów współpracy między trzema odrębnymi światami: przedsiębiorstwami, sektorem badawczo – rozwojowym i administracją, zarówno rządową jak i samorządową.

W opinii przedsiębiorców powinna nastąpić radykalna zmiana programów studiów na wyższych uczelniach. Zwiększenie liczby prowadzonych w firmach zajęć praktycznych dla studentów, to konieczność. Powinny to być półroczne czy roczne praktyki przed ukończeniem studiów. Przyszli absolwenci mogliby wykorzystywać doświadczenia z pracy w przedsiębiorstwie i własne pomysły nimi inspirowane, do przygotowywania prac dyplomowych.

Teraz Unia Europejska zaliczyła innowacyjność do głównych celów strategicznych. Znacznie zwiększy na nią środki. Co zrobić, by Polska przestała być innowatorem tylko „umiarkowanym”?

W perspektywie lat 2014-2020, o ile nie dojdzie do głębokiego kryzysu gospodarczego w UE i drastycznego zmniejszenia środków na politykę spójności, wsparcie dla naszego kraju nadal będzie znaczące. Zgodnie ze „Strategią Europa 2020” będzie to oznaczało znacznie więcej środków dla małych i średnich firm, na przedsięwzięcia innowacyjne, na efektywność energetyczną i odnawialne źródła energii.

Aby jednak nasi przedsiębiorcy mogli sprostać temu wyzwaniu, musimy stworzyć przyjazne otoczenie dla biznesu. Decydując się na projekty prawdziwie innowacyjne, producenci podejmują większe ryzyko, potrzebują bardziej efektywnego wsparcia. Myślę tu nie tylko o stworzeniu właściwych zasad selekcji, a potem realizacji nowatorskich projektów, ale generalnie przyjaznego otoczenia dla przedsiębiorczości. Niezmiennie podkreślam konieczność wprowadzenia elektronicznej administracji i ułatwienie firmom dostępu do informacji niezbędnej do prowadzenia działalności gospodarczej.

W światowych rankingach oceniających kraje pod kątem jakości środowiska dla rozwoju biznesu, wypadamy ciągle bardzo słabo. Jeżeli tego nie zmienimy nasze szanse na wysyp i realizację innowacyjnych pomysłów będą ciągle mniej niż umiarkowane.

Rozmawiała Jolanta Liczbińska

Jerzy Kwieciński jest prezesem Fundacji Europejskie Centrum Przedsiębiorczości i ekspertem Business Centre Club. Był wiceministrem rozwoju regionalnego.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test