Maratończycy i długodystansowcy wzrostu

03.01.2019
Długotrwały wysoki wzrost jest niemożliwy bez determinacji w wysiłkach zmierzających do wydobycia się z biedy i zapuszczenia. Zaraz potem niezbędne jest wspólne oddziaływanie trzech innych elementów: wydajności, dochodu i popytu.


Kraje nie dość bogate, całkiem biedne czy odległe zwykle nie cieszą się w Polsce specjalnym zainteresowaniem. Jednak rzucić na nie okiem od czasu do czasu – to nie strata czasu. Dowiedzieć się można na przykład, dlaczego niektóre szybko nadrabiają dystans w gospodarce, a inne stoją jak muł uparty w miejscu.

Wschodzący przodownicy

Tak się składa, dla wielu niespodzianie, że w wymiarze globalnym to biedniacy ciągną wóz ze wzrostem gospodarczym. Zwłaszcza, że w zaprzęgu są Chiny i Indie. Wprawdzie Chiny to wielowymiarowy gigant, ale gigant nadal dość biedny, z PKB per capita dwa i pół razy mniejszym niż w tak-sobie majętnej Portugalii. Przez wiele ośrodków Chiny zaliczane są więc jeszcze do grupy gospodarek wschodzących (rozwijających się), a polemika z takim przypisaniem byłaby tyleż długa, co jałowa.

Przez ostatnie 15 lat państwa rozwijające się w liczbie ok. 70 zapewniły światu prawie 2/3 globalnego wzrostu i ponad połowę nowej konsumpcji. Grupa ta jest jednak bardzo niejednorodna. Obejmuje stale potężniejące Chiny i bardzo dynamiczne gospodarki Indonezji, Malezji, czy Tajlandii, ale także ledwo dyszące Zimbabwe, jak również Ukrainę i Rosję – oba państwa w stagnacji i w wielkich kłopotach.

W ogłoszonej we wrześniu 2018 r. publikacji, wyodrębniającej przodowników z peletonu gospodarek wschodzących: „Outperformers: high-growth emerging economies and the companies that propel them” badacze z McKinsey Global Institute (MGI) pogrupowali państwa rozwijające się pod względem tempa pogoni za Zachodem, lecz przede wszystkim wyróżnili przyczyny powodzenia jednych i porażek innych krajów. Punktem odniesienia było wieloletnie, mierzone w PKB na mieszkańca, tempo wzrostu przez pół stulecia w okresie 1965-2016 oraz przez ostatnie dwie dekady, tj. w latach 1996-2016.

Azja rządzi

Najszybciej rozwijało się przez minione pół wieku siedem państw azjatyckich, z Chinami na czele. We wszystkich przeciętne tempo wzrostu gospodarczego było wyższe niż 3,5 proc. rocznie. Natomiast przez ostatnie dwie dekady 11 państw przekroczyło jeszcze wyższy próg średniorocznego wzrostu w wysokości 5 proc. W tej drugiej grupie też są niemal wyłącznie państwa azjatyckie, wśród nich Indie. Dwa wyjątki spoza Azji to Etiopia i Białoruś.

Szybkie tempo wzrostu kilkunastu państw azjatyckich można w sporej części przypisywać wytrwałej, wydajnej i niespotykanie mocnej lokomotywie, jaką były i są Chiny z ich niebywałym awansem gospodarczym. Dla wszystkich państw z pierwszej (maratończycy) i drugiej grupy (długodystansowcy) liderów światowego wzrostu wyróżnionych przez MGI, Chiny są bowiem głównym, albo przynajmniej jednym z najważniejszych partnerów handlowych, biznesowych, inwestycyjnych, a także politycznych, co też ma znaczenie. „Państwo Środka” to „fabryka świata” głównie dla umownej Północy globu, ale Południe też zyskało na chińskiej ekspansji.

Kłuje w tym zestawieniu w oczy Białoruś, która – jak można podejrzewać – znalazła się w klasie przodowników wyłącznie z powodów metodologicznych. Ponadprzeciętny wskaźnik wzrostu Białorusi w minionych dwóch dekadach przypisywać bowiem należy przede wszystkim czynnikowi politycznemu, tj. interesowi Rosji w utrzymywaniu tego ważnego geopolitycznie satelity w jako-takiej kondycji ekonomicznej. Stąd m.in. koncesje cenowe przy sprzedaży rosyjskiej ropy naftowej, przerabianej w rafineriach w Mozyrzu i Nowopołocku, co umożliwia reżimowi uzyskiwanie wpływów w dolarach za eksport paliw.

Chęć szczera

Autorzy pracy, Jonathan Woetzel i Anu Madgavkar podkreślają, że długotrwały wysoki wzrost jest niemożliwy bez determinacji w wysiłkach zmierzających do wydobycia się z biedy i zapuszczenia. Najpierw zatem trzeba chcieć wyrywać do przodu, chociaż chęć szczera to warunek konieczny, lecz niewystarczający. Zaraz potem niezbędne jest wspólne oddziaływanie trzech innych elementów: wydajności, dochodu i popytu.

Wydajność (produktywność) zapewniana jest w efekcie trafnych decyzji w sprawie rozdysponowania zasobów. W państwach próbujących gonić czołówkę świata wszelkie zasoby – oprócz niewykwalifikowanej siły roboczej, której mają z reguły w olbrzymim nadmiarze – są mizerne, więc marnowanie ich na powielanie dotychczasowej struktury wytwórczości niweczy szanse rozwoju. Jeśli zatem jakaś działalność, cała branża lub sektor nie nagradzają trudu ponadprzeciętną wydajnością w danych warunkach, to zasoby, siły i środki przekierować należy tam, gdzie spodziewać się można lepszych wyników. Naturalne staje się sięganie po najlepsze technologie, automatyzacja, promowanie talentów i innowacyjności, inwestowanie w infrastrukturę, dążenie do powiększania produkcji.

Bez klasy średniej: inżynierów, menedżerów, właścicieli mniejszych i średnich biznesów, nauczycieli itp. nie ma mowy o rosnącej wydajności.

Dochód, osiągany dzięki dobrej wydajności, to jednocześnie zwrot finansowy z działalności, należny pracownikom, inwestorom i akcjonariuszom. W praktyce, wzmacnianie oddziaływania elementu dochodu skupiać się powinno na wspomaganiu powstawania klasy średniej; jakich bowiem zaklęć by nie używać, bez klasy średniej: inżynierów, menedżerów, właścicieli mniejszych i średnich biznesów, nauczycieli itp. nie ma mowy o rosnącej wydajności.

Trzeci element, tj. nowy popyt, powstaje m.in. dzięki reinwestowaniu części osiągniętego dochodu w nową dziedzinę zapewniającą należytą wydajność. W najkrótszym ujęciu, chodzi tu o nieodbieranie firmom należnej im części zysku, np. w szczytnych celach redystrybucji poprzez podatki. W państwach biednych cel redystrybucyjny sprowadza się bowiem bardzo często do korupcji, przestępczego nepotyzmu, kradzieży, sprzeniewierzeń itp.

Wspomaganie popytu to działania sprzyjające gromadzeniu oszczędności osób prywatnych – co w biednych krajach jest wyzwaniem – i akumulowaniu kapitałów przez firmy. Gromadzone w ten sposób środki są źródłem finansowania inwestycji. Nowy popyt jest też pochodną ściślejszych, regionalnych więzi handlowych, a następnie coraz szerszego udziału w globalizacji.

Autorzy z MGI wywodzą, że powyższe elementy są uniwersalne i nie sposób temu zaprzeczyć. Jednak zakres ich zastosowania w danej gospodarce zależy od specyficznych uwarunkowań i możliwości poszczególnych krajów. Bodźcem lub hamulcem mogą być kwestie polityczne, czy światopoglądowe. Częstym ograniczeniem politycznym jest w tym przypadku orientacja etatystyczna, przejawiająca się hołubieniem firm państwowych tworzących monopole i oligopole.

Niełatwo jest także w przypadku elementu dochodowego. Praktycznie niemożliwe jest bezkonfliktowe połączenie potrzeby gromadzenia oszczędności z pobudzaniem popytu konsumpcyjnego, albo wspieranie klasy średniej z lepszym wynagradzaniem ogółu zatrudnionych. Niełatwo również o ekspansję kredytową, gdy przedsiębiorstwa, tj. potencjalni pożyczkobiorcy, są dopiero na początku drogi i nie dają mocnych gwarancji solidnej obsługi udzielonych im kredytów.

Kluczem zaufanie

Świadomi tego autorzy wskazują zatem, że najważniejszym czynnikiem sprawczym wzrostu jest mobilizacja oszczędności i dążenie do powiększania ich wielkości. Wymaga to ugruntowania przekonania, że mają wartość, są bezpieczne, i dlatego są niezagrożonym zasobem do wykorzystania w przyszłości.

Warunkiem wstępnym późniejszego, potencjalnego na razie, sukcesu w pogoni za liderami jest zatem stworzenie sprawnego, obejmującego ogół ludności, godnego zaufania systemu bankowo-finansowego, który wyprze tzw. bank ziemski lub jego substytut w postaci schowka na gotówkę w bieliźniarce. W naukowej nowomowie nazywane jest to „inkluzywnością finansową”.

Kolejny oczywisty warunek to skierowanie tych oszczędności na inwestycje dające odpowiedni zwrot. W codziennej praktyce sprowadza się to do egzekwowalnych gwarancji prawnych dla drobnych inwestorów, zakładających na początek bardzo małe firmy lub raczkujących na rynku nieruchomości. Gwarancje mają przełamywać strach przed wymuszaniem okupu lub grabieżą fiskalną.

Nie do przeoczenia są bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ, ang. FDI) dokonywane w państwach rozwijających się przez koncerny i firmy z Zachodu. Są one istotnym źródłem dopływu know-how i zaawansowanych technologii, ale z danych wynika, że najważniejsza jest jednak akumulacja zasobów wewnętrznych skorelowana w oczywisty sposób ze stopami oszczędności.

Potrzeba dynamiki

Trudno wyobrazić sobie rosnące gospodarki bez firm wybijających ponad średnią. Warunkiem pozytywnego oddziaływania dużych przedsiębiorstw na gospodarkę i jej wzrost nie jest ich liczba, a dynamika i efektywność. Zmierzono to, wyodrębniając firmy z przychodami w wysokości co najmniej 500 mln dolarów rocznie i sprawdzając, jak sobie poradziły pod względem zyskowności po upływie 10-15 lat. Czy pozostały w najwyższym kwintylu (piątej części zbioru) firm o najwyższych zyskach?

Okazało się, że w najszybciej rozwijających się państwach z grupy emerging markets, ruch w ostatnim kwintylu jest znacznie intensywniejszy, niż w państwach wysoko rozwiniętych – tzn. więcej firm z niego wypada i więcej do niego wchodzi po raz pierwszy. Na umownej, bogatej Północy jest zatem więcej sytych, mało ruchliwych „misiów” niż na aspirującym Południu. Zaskoczenie byłoby nie na miejscu, ponieważ w każdej gonitwie potrzebny jest dynamizm, a im więcej dynamizmu, tym łatwiej o kontuzje, w tym przypadku porażki biznesowe albo nawet upadki. Gdyby szukać przekonującego przykładu znanego z autopsji także w Polsce, to przypomnieć można spektakularny wzrost i katastrofalny upadek południowokoreańskiego konglomeratu Daewoo 20 lat temu.

Wielkie i duże korporacje mają z reguły ponadprzeciętne zdolności eksportowe i stanowią często bodaj najważniejszą dźwignię wzrostu w swoich państwach. Ich wyższa sprawność przekłada się na możliwości działania firm mniejszych, pełniących rolę podwykonawców. Duże firmy płacą lepiej i ma to pozytywne przełożenie na czynnik dochodowy oraz popytowy. Są w stanie wygospodarować środki na badania i rozwój, a to przekłada się na konkurencyjność ze źródłami w innowacyjności.

Rola państwa

W badaniu zidentyfikowano 40 najróżniejszych programów, polityk i konkretnych narzędzi oddziaływania rządów na warunki, kierunki oraz sposoby działalności gospodarczej. Od stosowania bodźców do inwestycji poprzez przymuszanie ludności do oszczędzania, rozwiązania poprawiające konkurencyjność, po wzmacnianie rządów prawa, luzowanie warunków zatrudnienia czy upraszczanie przepisów oraz procedur. Analizie poddano zatem działania regulacyjne.

Duża liczba młodych rąk do pracy ma o wiele mniejsze znaczenie dla rozwoju, niż dostęp do kapitałów i technologii.

Zwraca uwagę wniosek, że mitem jest pogląd dużej lub nawet decydującej roli tzw. renty demograficznej w sukcesach wzrostowych państw rozwijających się. W świetle badania MGI, duża i rosnąca liczba młodych rąk do pracy miała i ma o wiele mniejsze znaczenie, niż dostęp do kapitałów (oszczędności) oraz technologii oraz w efekcie wzrost wydajności. Zauważalne są natomiast dobre skutki wydatków rządowych na edukację.

W badaniu intencjonalnie pominięto kwestie formy rządów, choć można spekulować, że inaczej funkcjonuje gospodarka w dyktaturze lub reżimie autorytarnym, a inaczej w systemie demokratycznym. Autorzy stwierdzają jednak, że nie zauważyli, żeby forma rządów była szczególnym wyróżnikiem między przodownikami wzrostu, a państwami bez sukcesów na tym polu. Podkreślają natomiast, że w grupie liderów rządy odgrywały bardzo dużą rolę i były bardzo aktywne, ale trzymały się głównych zasad gospodarki rynkowej.

Na marginesie i bez związku z treścią lub konkluzjami raportu MGI warto jednak wskazać przykład Etiopii, gdzie niedawno odsunięta od władzy dyktatura miała na koncie prawie 5 proc. średniorocznego wzrostu, ale było to głównie efektem inwestycji państwowych w infrastrukturę, finansowanych z pożyczek zagranicznych. W rezultacie, dług w walutach wymienialnych to dzisiaj trzyipółkrotność rocznego eksportu, a kraj stoi na progu kryzysu zadłużeniowego.

Dalej Polsko

W pracy znalazło się także miejsce dla Polski, zaliczanej jeszcze często do emerging markets. Zostaliśmy zakwalifikowani jako „bardzo niedawni przyspieszacze” (very recent accelerators). Są to państwa, które przez 50 lat nie poprawiły średniorocznego tempa wzrostu w porównaniu z USA. W grupie tej mamy za współtowarzyszy m.in. Bangladesz, Peru i Filipiny.

Brzmi nieszczególnie, ale bez obrazy – mogło być gorzej, jak stało się z Rosją, Ukrainą, RPA, czy Wenezuelą – wszystkie w tyle za Ameryką. Poza tym, czy wierzy ktoś naprawdę, że po 30 latach dużych i małych sukcesów, ale też niepowodzeń mielibyśmy spocząć na laurach?


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły