Między rządem a rynkiem – nieustające rozdarcie

18.11.2018
Ile wolnego rynku, a ile interwencjonizmu państwowego jest najlepsze dla gospodarki – odpowiedzi na to i inne pytania szuka Paul de Grauwe w książce „The Limits of the Market: The Pendulum between Government and Market”.


Jak pisze autor na początku publikacji, której polski tytuł to „Granice rynku: Wahadło między rządem a rynkiem”, aż do lat 80. XX w. trwała na uniwersytetach ożywiona dyskusja na temat tego, czy gospodarką powinna sterować „niewidzialna ręka rynku” czy rząd. Każdy musiał się opowiedzieć po jednej albo po drugiej stronie.

Dziś jesteśmy mądrzejsi o to, że wiemy, iż stawianie problemu w prosty sposób: „rynek czy państwo” nie ma sensu. A to dlatego, że z praktyki wynika, iż gospodarka centralnie planowana nie działa dobrze, a reżimy, które ją wprowadziły, upadły. Z drugiej strony nigdzie na świecie nie ma państwa, gdzie o wszystkim decyduje wyłącznie rynek.

Zatem we wszystkich krajach na świecie mamy do czynienia z połączeniem interwencjonizmu państwa i rynku.

Nowe kluczowe pytanie jest więc takie: jakie proporcje działań rządu i „niewidzialnej ręki” są optymalne z punktu widzenia większości obywateli?

Autor zauważa, że nie ma jednego idealnego punktu. Raczej we wszystkich krajach na świecie mamy do czynienia z wahadłem, które ciągle przesuwa się to w stronę rynku, to państwa.

Można przy tym zauważyć ogólnoświatowe tendencje. De Grauwe utrzymuje, że do kryzysu w 2008 r. przeważały opinie, iż rynek się sprawdza i powinno być go więcej. Rok 2008 r. był punktem przełomowym, po którym wahadło zaczęło poruszać się w kierunku większej roli rządu w gospodarce. Do tego wątku autor wraca w ostatnim, trzynastym rozdziale zatytułowanym „Wahadło wychyla się między rynkiem a rządami” (ang. Pendulum swings between markets and goverments).

Dokonuje w nim bardzo ciekawego porównania konsekwencji kryzysu z 1929 r. i 2008 r. Jego zdaniem oba kryzysy miały taką samą przyczynę. I tu, i tam mieliśmy do czynienia z olbrzymią euforią, która sprawiła, iż zarówno firmy, jak i gospodarstwa domowe więcej inwestowały i konsumowały.

Banki przyłączyły się do zbiorowego entuzjazmu i uruchomiły tanie linie kredytowe, dzięki którym jeszcze łatwiej było konsumować i inwestować. Długi zaczęły się gromadzić, aż „domek z kart” rozpadł się. To co jednak odróżnia te kryzysy to reakcje rządów i skutki ich działań, które autor prezentuje na serii wykresów.

Przez pierwsze trzynaście miesięcy kryzysów z 1929 r. i 2008 r. widzimy na nich prawie identyczne spadki światowej produkcji przemysłowej. O ile jednak po 1929 r. spadki trwały przez 37 miesięcy, o tyle po 2008 r. już po 11-12 miesiącach nastąpiło odbicie w górę.

Skąd taka różnica?

Otóż po 2008 r. banki centralne i rządy w większości państw zareagowały zupełnie inaczej niż po 1929 r. Banki centralne „wpompowały” w gospodarkę mnóstwo pieniędzy, a politycy zwiększyli deficyty budżetowe. To zapobiegło spirali prowadzącej do zmniejszania się PKB, tak jak po 1929 r.

Badacz konkluduje, iż banki centralne i rządy wyciągnęły wnioski z Wielkiego Kryzysu z lat 30. i wzorcowo zapobiegły powtórzeniu się scenariusza sprzed ponad 80 lat. De Grauwe zauważa jednak, iż nie wszystkim należą się pochwały. Autor gani rządy państw strefy euro, porównując wzrost PKB po 2008 r. w krajach strefy euro, Wielkiej Brytanii i USA. Choć w tych trzech porównywanych gospodarkach spadek produkcji po 2008 r. był podobny, a później nastąpiło odbicie, to w krajach strefy euro doszło do kolejnej recesji w latach 2011-2012, której nie było za oceanem i na wyspach.

Ta recesja była wyjątkowo dotkliwa w krajach Europy południowej, gdzie np. w Grecji czy Hiszpanii bezrobocie wzrosło do 30 proc., niebezpiecznie przypominając dane statystyczne z Wielkiego Kryzysu. Autor upatruje przyczyn gorszych efektów polityki antykryzysowej w krajach strefy euro w tym, że kraje należące do tej grupy miały jedną walutę.

Temu problemowi poświęca cały jedenasty rozdział zatytułowany „Euro to zagrożenie systemu rynkowego” (ang. Euro is a threat to the market system). Jak De Grauwe uzasadnia tę mocną tezę?

Zauważa, iż kraje znajdujące się w strefie euro emitują obligacje w walucie, nad którą nie mają kontroli. To tak jakby emitowali papiery wartościowe w walucie innego kraju. Najważniejszym skutkiem tego jest to, że rządy krajów strefy euro nie mogą zagwarantować, iż będą miały pieniądze na wykupienie obligacji. Tymczasem politycy z krajów, które mają własną walutę, takich jak USA, Wielka Brytania, Szwecja czy Polska takiej gwarancji mogą udzielić, ponieważ dysponują krajowym bankiem centralnym. A z tego z kolei wynika fakt, iż rynki mogą w skrajnej sytuacji doprowadzić kraje strefy euro do bankructwa.

Autor wskazuje przykład Hiszpanii i uważa, że może tam dojść do kryzysu podobnego do tego z 2010 r. Wzrasta bowiem zadłużenie państwa. Inwestorzy zaczynają się obawiać, czy hiszpański rząd będzie miał pieniądze na spłatę zadłużenia. W efekcie sprzedają hiszpańskie papiery dłużne. To z kolei powoduje wzrost oprocentowania hiszpańskiego długu, a więc tamtejszy rząd musi ponosić wyższe koszty, jeżeli chce się zadłużać.

Z drugiej strony inwestorzy, którzy sprzedali hiszpańskie obligacje otrzymują za nie euro i zaczynają szukać bezpieczniejszych papierów wartościowych, np. niemieckich obligacji. W efekcie euro wypływają z Hiszpanii i płyną do Niemiec, a rządowi hiszpańskiemu faktycznie zaczyna brakować środków na wykupienie papierów dłużnych od wierzycieli. W skrajnych okolicznościach może to doprowadzić do bankructwa państwa.

Autor upatruje przyczyn gorszych efektów polityki antykryzysowej w krajach strefy euro w tym, że kraje należące do tej grupy miały jedną walutę. Temu problemowi poświęca cały jedenasty rozdział zatytułowany „Euro to zagrożenie systemu rynkowego”.

Taki scenariusz nie mógłby się zrealizować w Wielkiej Brytanii, co było widać chociażby we wspomnianym 2010 r. Wówczas Wielka Brytania miała podobne problemy, co Hiszpania, a zadłużenie rządowe wzrosło nawet bardziej niż na półwyspie Iberyjskim. W tej sytuacji inwestorzy mieli powody, by obawiać się o to, czy brytyjski rząd wywiąże się ze swoich zobowiązań. Mogli sprzedać brytyjskie obligacje i kupić niemieckie, ale by to zrobić, musieli najpierw sprzedać funty za euro.  To spowodowałoby spadek kursu funta. Ale funt nie miał i nie ma szansy zniknąć z Wielkiej Brytanii, tak jak euro może „wypłynąć” z Hiszpanii.

Najnowsza książka Paul De Grauwe dotyka bardzo ciekawego problemu, w szczególności z punktu widzenia obywatela Polski. Większość obecnych mieszkańców miała bowiem szanse doświadczyć tego, jak wygląda zmiana kierunku ruchu wahadła między rynkiem a państwem. W 1989 r. mieliśmy do czynienia z silnym wychyleniem w stronę rynku, co wiązało się ze zwiększeniem bezrobocia, które jeszcze w 2002 r. sięgało w naszym kraju 20 proc., oraz nierówności. Po ostatnich wyborach wahadło zmieniło kierunek o czym świadczy program 500 plus czy wprowadzenie po raz pierwszy w historii III RP godzinowej płacy minimalnej.

Dlatego warto uzupełnić lekturę publikacji autora z Belgii o książkę Sławomira Suchodolskiego „Jak sanacja budowała socjalizm”.

Książka De Grauwe`a pomaga zrozumieć mechanizmy rządzące ruchami wahadła rynku i państwa. Z punktu widzenia czytelnika polskiego pewną wadą dzieła może być to, iż autor te mechanizmy podaje na podstawie przykładów z krajów rozwiniętych.

Dlatego warto uzupełnić lekturę publikacji autora z Belgii o książkę Sławomira Suchodolskiego „Jak sanacja budowała socjalizm. Autor pokazuje, jak wyglądało miejsce „wahadła rynku” w II RP. To o tyle istotne, że duży wpływ na proporcje rynku i państwa w gospodarce mają uwarunkowania historyczne i kulturowe.

A publikacja Suchodolskiego pokazuje, że w okresie międzywojennym, gdy Polacy mieli ograniczony, ale jednak realny wpływ na politykę ekonomiczną kraju, panował u nas system z bardzo dużym udziałem państwa w gospodarce.

Podsumowując: książka Paula De Grauwa to krótka (ok. 150 stron), treściwa i przyzwoicie napisana publikacja, po którą warto sięgnąć, zwłaszcza w zestawie z dziełem Sławomira Suchodolskiego.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły