Mit greckich wyrzeczeń

12.02.2015
Odkąd w wyborach powszechnych w Grecji zwyciężyła przeciwna wyrzeczeniom partia Syriza, „grecki problem” znów absorbuje rynki i polityków w całej Europie. Niektórzy boją się powrotu do niepewności z 2012 roku, kiedy obawiano się, że grecki kryzys zadłużeniowy może zdestabilizować, a może nawet rozbić strefę euro. Tym razem jednak jest inaczej.


Jedna z decydujących różnic wynika z fundamentów ekonomicznych. W ciągu minionych dwóch lat pozostałe peryferyjne kraje strefy euro wykazały się zdolnością do wprowadzania dostosowań. Obniżając deficyt budżetowy, rozwijając eksport i zwiększając nadwyżkę na rachunku bieżącym dowiodły, że nie potrzebują finansowania. Grecja jest właściwie jedynym krajem, który ociąga się z reformami i który ma ciągle fatalne wyniki w eksporcie.

Dodatkową tarczę ochronną ma zapewnić krajom peryferyjnym planowany przez Europejski Bank Centralny zakup obligacji państwowych. Choć tego poluzowania ilościowego rząd Niemiec oficjalnie nie popiera, to powinien być on wdzięczny EBC za uspokojenie rynków. Niemcy mogą teraz zajmować twarde stanowisko wobec wysuwanych przez nowy rząd grecki żądań redukcji zadłużenia na wielką skalę i wstrzymania wyrzeczeń. Nie obawiają się bowiem, że na rynkach finansowych wystąpią zaburzenia takie jak w 2012 roku, kiedy to strefa euro nie miała innego wyjścia, jak tylko ratować Grecję.

Obydwa żądania rządu Grecji wynikają zresztą z nieporozumienia. Zacznijmy od tego, że Syriza, a także inni dowodzą, iż ogromny dług publiczny Grecji (aż 170 proc. PKB) jest nie do udźwignięcia i musi być zmniejszony. Ponieważ zdecydowaną większość ogólnego długu publicznego stanowi oficjalne zadłużenie kraju, to właśnie jego redukcji domaga się rząd.

Faktycznie jednak z uwagi na to, że oficjalni wierzyciele Grecji przyznali jej wystarczająco długie okresy karencji i ustalili wystarczająco niskie oprocentowanie, ciężar ten jest do udźwignięcia. Na obsługę długu Grecja wydaje obecnie mniej niż Włochy czy Irlandia, choć w obydwu tych krajach relacja długu do PKB jest (w ujęciu brutto) mniejsza. Spłata odsetek od oficjalnego zadłużenia Grecji sięga jedynie 1,5 proc. PKB, tak więc obsługa długu nie jest dla kraju problemem.

Relatywnie niskie koszty obsługi zadłużenia sprawiają, że znika także uzasadnienie wysuwanego przez Syrizę żądania odejścia od wyrzeczeń. Ostatni, zapoczątkowany w 2010 roku program ratunkowy „trojki” (Międzynarodowy Fundusz Walutowy, EBC oraz Komisja Europejska) przewiduje osiągnięcie w tym roku nadwyżki w budżecie pierwotnym (czyli bez płatności odsetkowych) na poziomie 4 proc. PKB. Byłoby to trochę więcej niż potrzeba na pokrycie odsetek, to zaś umożliwiłoby w końcu Grecji rozpoczęcie zmniejszania zadłużenia.

Krytyki nie wytrzymuje także wysuwany przez nowy rząd grecki argument, iż jest to cel wygórowany. Gdy bowiem ze zbyt wysokim zadłużeniem zmagały się inne kraje członkowskie Unii Europejskiej – jak Belgia (od 1995 roku) i Irlandia (od 1991 roku), a także Norwegia (od 1999 r.) – to utrzymywały one podobną nadwyżkę przez co najmniej 10 lat. Zwykle dochodziło do tego w następstwie kryzysu finansowego.

Można zasadnie dowodzić, że posunięcia oszczędnościowe w strefie euro są za silne i że dla podtrzymania popytu jej kraje powinny mieć większy deficyt budżetowy. Ekspansywną politykę fiskalną w celu pobudzenia popytu mogą jednak stosować tylko te rządy, które mają dostęp do finansowania rynkowego. W przypadku Grecji wyższe wydatki musiałyby być sfinansowanie z jednej lub kilku instytucji oficjalnych.

Z tego samego względu nieszczere jest twierdzenie, że „trojka” wymusiła na Grecji nadmierne wyrzeczenia. Gdyby w 2010 roku Grecja nie otrzymała wsparcia finansowego, musiałaby natychmiast swój wynoszący wówczas ponad 10 proc. PKB deficyt zredukować do zera. Finansując do 2013 roku utrzymywanie deficytu „trojka” właściwie pomogła Grecji odroczyć wyrzeczenia.

Grecja nie jest oczywiście pierwszym krajem, który żądał pilnego finansowania, żeby móc odwlec w czasie wyrzeczenia, a gdy już najgorsze minęło, uskarżał się, że cięcia są za duże. Zdarza się to zwykle wtedy, gdy rząd osiąga nadwyżkę pierwotną. Kiedy bowiem rząd jest w stanie sfinansować wydatki bieżące z podatków – gdyby nie konieczność spłaty odsetek, mógłby te wydatki właściwie zwiększyć – nasila się pokusa renegocjacjowania zadłużenia.

Gdy rozpoczynał się program „trojki”, powszechnie przewidywano, że Grecja będzie mieć pokusę pójścia tą drogą. Nowy grecki minister finansów, Yanis Varoufakis, potwierdził te przewidywania już w zeszłym roku, gdy dowodził, że nadwyżka pierwotna zapewni Grecji przewagę we wszelkich negocjacjach restrukturyzacji zadłużenia, bo będzie mogła ona po prostu zawiesić spłaty wobec „trojki” bez wywoływania jakichkolwiek problemów finansowych.

Takie podejście byłoby błędem. Udźwignięcie długu, którego zapadalność przypada za 20-30 lat i który jest bardzo nisko oprocentowany, nie stanowi dla Grecji praktycznego problemu: faktyczny problem stanowi parę przypadających w tym roku płatności na rzecz MFW i EBC, ale z tych płatności nowy rząd obiecuje się wywiązać.

Żeby jednak dotrzymać tej obietnicy (i zatrudnić więcej pracowników) Grecja potrzebować będzie więcej wsparcia finansowego od partnerów ze strefy euro. Ponadto jej systemowi finansowemu potrzebne będzie ciągłe wsparcie ze strony EBC.

Innymi słowy, nowy rząd Grecji musi teraz próbować przekonać swoich europejskich partnerów, że choć dąży do redukcji obecnego zadłużenia i odrzuca politykę oszczędnościową, która warunkowała poprzednie pożyczki, to jednocześnie zasługuje na większe wsparcie finansowe. Dla Syrizy i jej wyborców miesiąc miodowy będzie krótki.

© Project Syndicate, 2015

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test