Na naukę co łaska, czyli 1 proc. CIT

22.03.2012
Pomysł przekazywania 1 proc. CIT na cele naukowe nie poprawi złych statystyk działalności badawczo-rozwojowej w Polsce. Gdyby przepis obowiązywał już w ubiegłym roku, naukowcy mogliby liczyć maksymalnie na 290 mln zł. Takie pieniądze nie przyniosą zmiany trendów. Ale byłoby to rozwiązanie unikalne w Europie.

(Opr. DG)


Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego, zapowiedziała w ubiegłym tygodniu, że będzie namawiać rząd do stworzenia mechanizmu umożliwiającego firmom (podatnikom CIT) przekazywanie 1 proc. podatku należnego na cele nauki. Byłoby do rozwiązanie analogiczne do tego, z którego korzystają osoby płacące PIT. Zdaniem minister przepisy umożliwiające firmom przekazywanie części podatku należnego mogłyby obowiązywać już od przyszłego roku (a więc dotyczyć rozliczenia za 2012 r.).

Jeżeli tak się stanie, nie zmieni to radykalnie sytuacji finansowej polskiej nauki. Gdyby przepis obowiązywał już w ubiegłym roku, naukowcy mogliby liczyć zaledwie na 290 mln zł (podatek należny CIT za 2010 r. wyniósł 28,9 mld zł  – nie ma świeższych danych oficjalnych MF). I to pod warunkiem, że wszyscy płacący CIT zdecydowali się przekazać 1 proc. swojego podatku.

Dla porównania organizacje pożytku publicznego otrzymały od podatników PIT w ubiegłym roku 402 mln zł, a w sumie trafiło do nich 0,67 proc. ogólnej kwoty należnego PIT.

Aby uzmysłowić sobie, ile znaczy te – potencjalne – 300 mln zł, warto porównać je do całości wydatków państwa na naukę. W 2011 r. wyniosły one ok. 7,4 mld zł (5,4 mld zł wydanych pod nadzorem ministerstwa nauki i 2 mld wydanych na badania i rozwój przez inne resorty). A zatem możliwa kwota CIT do przekazania to zaledwie 4,1 proc. obecnych wydatków państwa na naukę i prace badawczo-rozwojowe (B+R). Niewiele, a kiedy dodamy do tego, że poziom realizowanych u nas wydatków na badania i rozwój (w odniesieniu do PKB) stawia Polskę w ogonie listy krajów członkowskich UE, jeszcze bardziej widać, jak skromne są te potencjalne dodatkowe kwoty.

(Opr. DG)

Dla ubogiej polskiej nauki każda złotówka jest cenna. Może tak, tylko czemu robić to za pomocą 1 proc.? W końcu i tak są to pieniądze, które trafiłyby do budżetu, dlaczego więc państwo samo nie alokuje tej kwoty?

Ideę 1 proc. wymyślili  Węgrzy (przepisy w tej sprawie przyjęto w 1996 r.). Celem, którym kierował się rząd w Budapeszcie, było stworzenie specyficznego substytutu filantropii, która zanikła w skutek zubożenia społeczeństwa i rugowania tego typu postaw za panowania komunistów. (Grzegorz Makowski, Wiele twarzy jednego procenta) Do tej koncepcji od początku zgłaszano zastrzeżenia teoretyczne – cóż to bowiem za filantropia finansowana z budżetu państwa? Obrońcy pomysłu wskazywali jednak, że przekazywanie 1 proc. jest mimo wszystko formą osobistego zaangażowania w finansowanie celów społecznych i upowszechnia świadomość potrzeby wspierania instytucji działających na rzecz dobra publicznego. Jest to dobry grunt, na którym może w przyszłości rozwinąć się prawdziwa filantropia – argumentowali.

Przyjmijmy więc, że możliwość przekazania 1 proc. z CIT ma na celu upowszechnienie wśród firm postawy zaangażowania w finansowanie nauki, czy szerzej – prac badawczo-rozwojowych. Postawa taka niewątpliwie nie jest silną stroną polskich przedsiębiorców. Firmy działające w kraju wydają na B+R tylko 0,2 proc. PKB.

W zestawieniu 1000 firm z UE wydających  najwięcej  na prace badawczo-rozwojowe (EU Industrial R&D Investment Scoreboard 2011) znalazło się tylko 7 polskich przedsiębiorstw:

– Comarch,

– Asseco Poland,

– BRE Bank,

– Telekomunikacja Polska,

– Bioton,

– Bank Ochrony Środowiska,

– Netia.

Łącznie przeznaczyły one na B+R zaledwie 99,4 mln euro, czyli prawie tyle samo co węgierski Gedeon Richter (97,5 mln euro). Na pociechę trzeba jednak dodać, że firmy farmaceutyczne należą do najhojniejszych, jeżeli chodzi o wydatki na prace badawczo-rozwojowe. Na czele światowej listy firm najbardziej zaangażowanych finansowo w B+R jest szwajcarski Roche, który w 2010 r. wydał na ten cel 7,2 mld euro (ponad 3 razy tyle, co w tym czasie polskie firmy i rząd łącznie – obliczając wg kursu średniego euro w 2010 r.).

Zwiększenie prywatnego finansowania prac badawczo-rozwojowych jest więc w Polsce pożądane, ale eksperci mają wątpliwości, czy mechanizm 1 proc. jest w stanie się temu przysłużyć.

– Wbrew stereotypom, większość polskich przedsiębiorców zdaje sobie sprawę ze znaczenia i korzyści z prowadzenia prac badawczo-rozwojowych. Nie potrzebują więc żadnej psychologicznej perswazji i krzewienia postaw – uważa Magdalena Burnat-Mikosz, partner w Deloitte specjalizująca się w kwestiach B+R.

Jej zdaniem jednym z kluczowych czynników pozwalających na zwiększenie prywatnego finansowania B+R jest rozwój własnej działalności firm w tym zakresie. Pogłębianie współpracy przedsiębiorców z państwowymi ośrodkami naukowymi krótkoterminowo nie spowoduje przełomu. W tym przypadku potrzebna jest bowiem zmiana filozofii działania większości ośrodków akademickich.

Aby firmy angażowały się w B+R, zdaniem Magdaleny Burnat-Mikosz, potrzebne są m.in. zmiany w opodatkowaniu tej działalności.

– Przede wszystkim przepisy podatkowe powinny uwzględniać okoliczność, że prace badawczo-rozwojowe mogą zakończyć się fiaskiem oraz to, że potencjalny zysk z nich jest często oddalony w czasie. Tymczasem obecne rozwiązania podatkowe traktują koszt tych prac, jak każdy inny, a tak zwana ulga na wdrożenie nowej technologii to de facto zachęta do kupowania cudzych pomysłów – uważa Magdalena Burnat-Mikosz.

Dobroczynny wpływ zachęt podatkowych na poziom B+R jest dość dobrze udowodniony. Jeszcze w 2000 r. Nick Bloom, Rachel Griffith, John Van Reenen z University Collage London wykazali na danych z lat 1979-97 pochodzących z dziewięciu państw OECD, że obniżenie kosztów działalności badawczo-rozwojowej o jedną dziesiątą zwiększa poziom B+R o 1 procent w krótkim i o prawie 10 proc. w długim okresie. (Nick Bloom, Rachel Griffith, John Van Reenen, Do R&D tax credits work? Evidence from a panel of countries 1979–1997).

OECD stosuje tzw. B-index, pozwalający ustalić wysokość wsparcia podatkowego na jednego dolara zainwestowanego w prace badawczo-rozwojowe. Według ostatnich danych (z 2008 r.) najwyższe zachęty dla dużych firm oferowała Hiszpania – niemal 40 centów. W Czechach było to ok. 27 centów, w USA nieco ponad 10 centów a w Polsce zaledwie 1 cent. Trochę lepiej wypadła Polska pod względem wartości zachęt podatkowych dla małych przedsiębiorstw – 2,5 centa na każdego zainwestowanego dolara, ale i tak dawało to nam ostatnie miejsce w zestawieniu 20 państw (Jacek Warda, Generosity of R&D Tax Incentives).
Trzeba jednak powiedzieć głośno, że chociaż zawsze należy „równać do góry”, to do USA nie jest dobrze się porównywać. Najkrócej rzecz ujmując – z dwóch powodów. Po pierwsze znakomita część projektów badawczych jest tam finansowana z prywatnych pieniędzy, po drugie – wiele wynalazków to zasługa armii. To armii USA zawdzięczamy internet czy kuchenkę mikrofalową i całą listę innych rzeczy, których technologie działania były opracowywane na potrzeby wojska i z budżetu wojska.

(Opr. DG)

Dla pełnego obrazu trzeba jednak stwierdzić, że zachęty podatkowe nie stanowią warunku sine qua non wysokich nakładów prywatnych na działalność B+R. Z wykresu powyżej widać, że specjalnych rozwiązań podatkowych w tym względzie, podobnie jak Polska, nie stosowały m.in Szwajcaria, Niemcy, Szwecja i Finlandia. Nie przeszkadza to przedsiębiorcom z tych krajów zajmować czołowych pozycji pod względem finansowania prac badawczo-rozwojowych (niemiecki Volkswagen z kwotą 6,26 mld euro był pod tym względem liderem wśród firm z Unii Europejskiej w 2010 r.).

Jeżeli pomysł 1 proc. CIT na cele naukowe zostanie zrealizowany, będzie to rozwiązanie unikalne. W żadnym kraju nie obowiązują bowiem przepisy, który zawężałyby krąg obdarowanych do instytucji badawczo-rozwojowych.

Wprawdzie stworzenie możliwości przekazywania 0,7 proc. podatku należnego na cele nauki było ostatnio dyskutowane w Hiszpanii, ale i tam chodziło o dodanie nowej kategorii beneficjentów do już istniejącego mechanizmu. Jest to zresztą pomysł samego środowiska badawczego, zaniepokojonego zapowiedzią zmniejszenia rządowego finansowania nauki o 600 mln euro i włączenia ministerstwa nauki do resortu gospodarki. Nie jest to więc element jakiejś strategii, ale reakcja na bieżącą sytuację.

I chyba z tej perspektywy należy rozpatrywać krajową koncepcję 1 proc. CIT na naukę. Pomysł ten jako pierwsza, w połowie lutego, zgłosiła w Sejmie posłanka opozycji i była minister edukacji Krystyna Łybacka (SLD). Minister Kudrycka zastrzegła wtedy, że rzecz wymaga „bardzo głębokich analiz, przeliczeń, symulacji”. Dwa dni później – 17 lutego -„Rzeczpospolita” w alarmistycznym artykule „Polska nauka na krawędzi” napisała o ograniczeniu kwot przekazywanych przez ministerstwo instytutom PAN. Cytowani szefowie instytutów akademii nie szczędzili mocnych słów krytyki pod adresem resortu. To mogło skłonić minister do skrócenia etapu analiz i symulacji i ogłoszenia, że pomysł 1 proc. wart jest wdrożenia.

Nie uspokoiło to jednak nastrojów, „Rzeczpospolita” znalazła w PAN kolejnych rozmówców, którzy dali asumpt do powstania materiału pt. „PAN grozi likwidacja?” (14 marca). Na artykuł odpowiedział prezes akademii, prof. Michał Kleiber, przesyłając sprostowanie. Zareagował także wiceminister MNiSW Marek Ratajczak, który 15 marca tłumaczył w Sejmie, że obowiązującą zasadę wspierania w pierwszym rzędzie najlepszych ośrodków trudno pogodzić z postulatem, by wszystkich finansować coraz wyższymi kwotami. Dorzucił jednak pojednawczo, że „w wyniku podjętych starań” ministerstwo znajdzie dodatkowe dotacje. Dzięki temu również mniej efektywne instytuty mogą liczyć na więcej niż w ubiegłym roku.

Jak widać, ministerstwo nauki już teraz własnym przykładem upowszechnia postawę filantropijną, wspierając słabych i pokrzywdzonych. Tego typu działania nie zapewnią jednak rozwoju działalności B+R w Polsce. Trzeba mieć nadzieję, że starczy też czasu na opracowanie bardziej długofalowych rozwiązań, które przybliżą kwoty wydatków B+R w Polsce przynajmniej do poziomu Czech.

Sonda na temat 1 proc. z CIT przeprowadzona na fanpejdżu Obserwatora na FB

>http://www.facebook.com/obserwatorfinansowy

Autor pracuje w firmie PR Profile, kieruje zespołem obsługującym projekt Entuzjaści edukacji Instytutu Badań Edukacyjnych. Wcześniej był dziennikarzem w Pulsie Biznesu, Gazecie Prawnej i Rzeczpospolitej.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test