Najnowsze badania ekonomiczne: Naukowcy są coraz mniej produktywni

25.02.2018
Radykalnie spada produktywność naukowców w gospodarce; banki centralne mogą wprowadzić wirtualne waluty po to, by wyeliminować inflację; młodzi mężczyźni coraz mniej pracują, a coraz więcej grają na komputerze – to wnioski z wybranych najnowszych badań ekonomicznych.


Nicholas Bloom, Charles I. Jones, John Van Reenen i Michael Webb przygotowali pracę „Are Ideas Getting Harder to Find?” (Czy coraz trudniej jest znaleźć nowe pomysły?). Zwracają w niej uwagę na to, że długoterminowy wzrost gospodarczy zależy od produktywności naukowców. Tymczasem znaleźli oni szereg dowodów – z różnych branż – na to, że ta produktywność gwałtownie spada.

I tak na przykład w przemyśle elektronicznym w ciągu ostatniego pół wieku obowiązywało tzw. prawo Moora, które mówi, że liczba tranzystorów w układzie scalonym podwaja się w równych odcinkach czasu (w praktyce ten odcinek wynosił około dwóch lat).

Autorzy pracy przyjrzeli się także temu, jak zmieniają się nakłady, by osiągnąć ten wzrost. Wydatki na badania i rozwój w tej dziedzinie wzrosły od 1971 r. osiemnastokrotnie. A więc, by osiągnąć taki sam procentowy wzrost wydajności komputerów jak pół wieku temu, musimy wydawać osiemnaście razy więcej pieniędzy na badania. Inaczej mówiąc, produktywność wydatków na badania w tej dziedzinie spada o 6,8 proc. rocznie.

Badacze znaleźli podobną zależność w przypadku produktywności w rolnictwie dla czterech najważniejszych roślin w USA: kukurydzy, soi, bawełny i pszenicy. Wydajność rosła od 1960 r. średnio o 1,5 proc. rocznie. By osiągnąć ten wzrost, liczba naukowców, pracujących w tej branży, wzrosła od 1969 r., w zależności od uprawy i sposobu pomiaru, od trzech do ponad dwudziestu pięciu razy.

Nicolas Bloom wraz z kolegami popatrzyli także, jak wydatki na badania naukowe przekładają się na wyniki w przypadku firm notowanych na giełdach. Okazuje się, że w całej gospodarce rocznie produktywność naukowców spada średnio o 9 proc. rocznie. By obecnie doprowadzić do takiego samego wzrostu przychodu, jak 30 lat temu, potrzeba przeciętnie piętnaście razy więcej naukowców. W USA produktywność badań naukowych spada co 13 lat o połowę. Mówiąc kolokwialnie – coraz trudniej wpaść naukowcom na dobry pomysł.

Zainteresowanym tym tematem polecam krótką, ale bardzo ciekawą książkę Prof. Tylora Cowena z George Mason University ”The Great Stagnation”. Autor obrazowo porównuje tam obecną sytuację w gospodarce do pozycji osoby, która zerwała z drzewa już wszystkie nisko wiszące owoce i teraz każdy kolejny będzie zrywać coraz trudniej.

Graham Beattie, Ruben Durante, Brian Knight i Ananya Sen opracowali analizę „Advertising Spending and Media Bias: Evidence from News Coverage of Car Safety Recalls” (Wydatki na reklamę i tendencyjność mediów: dowody z publikacji na temat wadliwych samochodów). Zajęli się w niej bardzo istotną z punktu widzenia współczesnych demokratycznych państw sprawą wpływu reklamodawców na treści redakcyjne mediów.

Regularnie pojawiają zarzuty w stosunku do konkretnych gazet czy magazynów (na przykład brytyjski dziennik „Daily Mail” był oskarżany o to, iż zbyt mało miejsca poświęcał skandalom związanym ze szwajcarskim bankiem HSBC, ponieważ był on jego istotnym reklamodawcą), ale nikt jednoznacznie nie rozstrzygnął na ile są one prawdziwe.

Autorzy zebrali dane o publikacjach z lat 2000-2014 na temat wad w autach sprzedawanych w USA, które skutkowały wezwaniami klientów do warsztatów w celu usunięcia usterek. Zbadano 115 różnych mediów, gdzie w tym czasie opublikowano w sumie 13 600 artykułów. Później zaś naukowcy sprawdzili czy istniała zależności między wydatkami reklamowymi producentów aut, których dotyczyły usterki i ich wielkością, a tym, ile miejsca na opisywanie „afer usterkowych” poświęcało dane medium.

Wyniki: wyższe wydatki na reklamę w ciągu dwóch lat przed ujawnieniem konieczności naprawy aut wiążą się z niższym prawdopodobieństwem tego, że w gazecie ukażą się jakiekolwiek informacje na ten temat. Ta zależność jest wyjątkowo silna w przypadku najpoważniejszych wad produkcyjnych.

Co jednak najważniejsze, gdy prasa częściej pisze o usterkach aut zawinionych przez producentów, mniej jest ofiar wypadków nimi spowodowanych.

Michael D. Bordo i Andrew T. Levin przygotowali analizę „Central Bank Digital Currency and the Future of Monetary Policy” (Wirtualna waluta banku centralnego i przyszłość polityki monetarnej). Zajęli się w niej badaniem powodów, dla których banki centralne mogłyby chcieć stworzyć własną wirtualną walutę.

Szwedzki bank centralny przygotował już raport na temat sensowności tej koncepcji, a William Dudley, szef Fed w Nowym Jorku, oświadczył ostatnio, że wirtualna waluta to „coś, nad czym się zastanawia”. Najciekawsze w tym pomyśle jest to, że wprowadzenie wirtualnej waluty odbyłoby się za pośrednictwem kont powiązanych z Rezerwą Federalną. To pozwoliłoby doprowadzić do wyeliminowania inflacji w długim okresie. Obecnie jest to niemożliwe, ponieważ bank centralny może tylko pośrednio wpływać na wysokość inflacji za pomocą stóp procentowych.

Autorzy przytaczanej pracy uważają zaś, że emitowana przez banki centralne wirtualna waluta może służyć jako praktycznie bezkosztowy środek wymiany. Podobnego zdania jest Międzynarodowy Fundusz Walutowy, którego analitycy zauważyli, że wprowadzenie wirtualnych walut przez banki centralne ułatwiłoby i przyspieszyło zawieranie transakcji między podmiotami z różnych krajów. Taka waluta byłaby szczególnie korzystna dla osób mniej zamożnych, które częściej korzystają z gotówki oraz prowadzących małe biznesy (pozwoliłaby obniżyć koszty transakcji). Używanie wirtualnej waluty banku centralnego byłoby pomocne w zniechęcaniu do unikania płacenia podatków, prania brudnych pieniędzy itp.

Zdaniem Bordo i Levina największe ryzyko związane z cyfrową walutą krajową wiąże się z opóźnianiem jej wprowadzenia (bankowcy zyskają kolejny instrument wpływania na rynek finansowy, co może być odczuwalne w trakcie ewentualnego kryzysu). Autorzy sugerują, że można ten problem rozwiązać łącząc wprowadzenie oprocentowanej wirtualnej waluty banku centralnego z relatywnie wysokimi opłatami za zamianę dużych kwot z waluty wirtualnej na gotówkę.

Mark Aguiar, Mark Bils, Kerwin Kofi Charles Erik Hurst w pracy „Leisure Luxuries and the Labor Supply of Young Men” (Luksusy czasu wolnego i podaż pracy młodych mężczyzn) zajęli się zagadką coraz mniejszej aktywności w pracy młodych mężczyzn w USA.

Od 2000 r. do 2015 r. liczba godzin przepracowywana przez młodych mężczyzn (wiek 21-30 lat) spadła o 203 godziny rocznie – czyli aż o 12 proc. Dla porównania, spadek wśród mężczyzn w wieku 31-50 lat był znacząco niższy: 163 godziny (8 proc.). Nie tylko mężczyźni pracują w USA wyraźnie mniej – rośnie grupa, która nie pracuje w ogóle.

Według danych z 2016 r. aż 15 proc. młodych mężczyzn (nie wliczając studentów) przez poprzedni rok nie pracowało w ogóle. W 2000 r. takich osób było tylko 8 proc. Co robią młodzi mężczyźni, gdy nie pracują? Z ankiety American Time Use Survey (ATUS) za lata 2012-2015 wynika, że spadek liczby przepracowanych godzin miał swoje odzwierciedlenie w podobnym zwiększeniu liczby godzin spędzonych na grach komputerowych. Wzrost wolnego czasu o 1 proc. wśród młodych mężczyzn wiąże się ze zwiększeniem czasu poświęcanego na gry komputerowe o 2,1 proc.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test